18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Bartoszewski: Najważniejsze, że wierzyłem na tyle, by po obozie pójść do spowiedzi

Władysław Bartoszewski
Fot. Paweł Nowak / POLSKAPRESSE
- Najważniejsze, że wierzyłem na tyle, by po obozie pójść do spowiedzi. Trafiłem na księdza, który zwrócił mi uwagę, że skoro już przyszedłem do spowiedzi, to wierzę w Boga, a skoro wierzę w Boga, to muszę wierzyć w to, że Bóg nie tylko istnieje, ale - jak mnie uczono - jest sprawiedliwy i jest miłością - mówi Władysław Bartoszewski w rozmowie z bp. Tadeuszem Pieronkiem. FRAGMENT KSIĄŻKI "TO, CO NAJWAŻNIEJSZE".

Biskup TADEUSZ PIERONEK: Panie profesorze, panie ministrze, czy wiara religijna przydała się panu w życiu?

WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI: Nie wyobrażam sobie obecnie, z perspektywy doświadczeń wielu lat, jak wybrnąłbym z różnych sytuacji, gdybym nie miał oparcia w tej bardzo podstawowej dziecięco-młodzieńczej wierze. Trudne sytuacje w moim życiu zaczęły się bowiem nie z wyboru, lecz ze względu na los pokolenia, do którego należę. Pokolenia, które w dojrzałość wchodziło w czasie wojny i okupacji. Poza codziennymi kłopotami, które zwykle trapią każdego z nas, wojna niosła dodatkowe problemy dla ogółu Polaków - nie tylko dla katolików - straszne, trudne do ogarnięcia, niekiedy wręcz infernalne. Moje pierwsze "dojrzałe" konfrontacje z doświadczeniem wiary były więc bardzo trudne, gdyż wcześniej jako uczeń katolickiej szkoły aż do matury nie miałem problemów w kontakcie z wiarą wyznawaną tradycyjnie, związaną z uczęszczaniem do kościoła czy przystępowaniem do sakramentu.

Przyszła jednak wojna i mając osiemnaście lat, znalazłem się w niemieckim, hitlerowskim obozie koncentracyjnym Auschwitz. Doznałem tam - trzeba powiedzieć - szoku wynikającego z zetknięcia ze strachem, z nędzą, słabością, z brakiem własnego przygotowania do ciężkich warunków, w jakich nigdy wychowywany nie byłem. Mój ojciec pracował jako urzędnik i nie cierpiałem głodu, nikt mnie nie bił, nikt nikogo nie bił w moim domu, nikt nie znęcał się nad nikim w najbliższym otoczeniu.

Nagle wszystko, łącznie z ogólnymi warunkami okupacyjnymi, stało się przytłaczające. Nie miałem wtedy zresztą kontaktu z duchownymi, nie stykałem się z nimi w najbliższym otoczeniu i moja wiara była wydana na pierwszą próbę. Jestem dziś wdzięczny za to, że zdołałem wybrnąć z kryzysu, w który wówczas wpadłem z rozpaczy, z nieumiejętności poradzenia sobie, z nie dość silnej zapewne wiary, bardziej tradycyjnej niż praktykowanej z przekonania. Poraziła mnie świadomość, że Bóg dopuszcza dziejące się wokół zło. Do dziś filozofowie i teologowie różnych wyznań zastanawiają się nad problemem Auschwitz. Głos zabierali na ten temat obaj ostatni papieże podczas odwiedzin na terenie byłego obozu, na miejscu wydarzeń.

Towarzyszyłem im w obu przypadkach. Składałem wizytę w Auschwitz z Janem Pawłem II, później z Benedyktem XVI. Słuchałem ich wypowiedzi. Skoro osobistości tego pokroju natrafiły na pytania bardzo trudne do odpowiedzi, to jakże osiemnastoletni chłopak mógł znaleźć jasną odpowiedź i niezachwianie wierzyć?

Najważniejsze, że wierzyłem na tyle, by po obozie pójść do spowiedzi. Trafiłem na księdza, który zwrócił mi uwagę, że skoro już przyszedłem do spowiedzi, to wierzę w Boga, a skoro wierzę w Boga, to muszę wierzyć w to, że Bóg nie tylko istnieje, ale - jak mnie uczono - jest sprawiedliwy i jest miłością. To nic, mówił, że nie mogę pogodzić wiary z moimi własnymi doświadczeniami. On - ksiądz - też nie zna w pełni Bożych planów, bo również jest tylko człowiekiem. Spróbujmy jednak - zachęcał - rozważyć, jaki plan mógł mieć Bóg, sprawiając, że ocalałem? "Zastanów się, jeżeli ocalałeś, to w konkretnym celu - powiedział mi. - Po co więc ocalałeś? Jak myślisz? Zastanówmy się razem, po co ocalałeś...". Ten mało wtedy znany kapłan, niepochodzący nawet z diecezji warszawskiej, ale z odległej diecezji pińskiej na Wschodzie, ksiądz Jan Zieja, stał się w późniejszych latach bardzo znaną postacią. Do dziś utrzymuje się opinia o jego świętości, jak słyszałem, podejmowane są nawet różne przymiarki do procesu beatyfikacyjnego. Człowiek ten powiedział mi wprost, że mam do spełnienia wyznaczone Bożym planem zadanie. Przyjąłem jego wyjaśnienie. Było mi po prostu łatwiej żyć ze świadomością, że mam coś do zrobienia, że nie stoję w obliczu braku jakiejkolwiek nadziei. Byłem wychowany w poszanowaniu instytucji Kościoła i osób duchownych. Skoro więc duchowny zapewniał mnie, że mam przed sobą zadanie, musiałem jego słowa przyjąć z zaufaniem.
To mnie wtedy ocaliło. Ocaliło i przekonało, że jestem w stanie zrobić coś pożytecznego, co by pomagało innym i spotykało się z przychylnością osób przyzwoitych. W krótkim czasie spotkałem niezwykłe postacie, na przykład pisarkę Zofię Kossak i jej otoczenie, ludzi motywowanych głęboką wiarą w to, co robili, osoby o wiele bardziej ode mnie doświadczone, z pokolenia moich rodziców. Wszyscy oni byli zaangażowani w czynną postawę wynikającą z ich wiary. Uzyskiwałem więc kolejne wzorce postępowania, choć dostrzegłem to dopiero po latach. W tym sensie wiara pomogła mi niesłychanie. Nie wiem, jak moje życie potoczyłoby się dalej przy wszystkich błędach, niedociągnięciach i grzechach. Dzisiaj mogę powiedzieć, mając lat dziewięćdziesiąt, że w mojej publicznej działalności żałuję tylko tego, iż nie dość zdołałem wykrzesać z siebie energii i sił, aby w różnych sprawach zrobić więcej. Dzięki oparciu, jakie wtedy zyskałem, oparciu w wartościach, w środowisku, w kierunku działania, nie żałuję dziś niczego i jestem z tego okresu mojego życia raczej zadowolony.

BP TADEUSZ PIERONEK: Panie profesorze, uprzedził pan profesor odpowiedzią moje następne pytanie, ale ja powrócę do niego. W życiu pana profesora było bardzo wielu księży. Jest to cała lista, począwszy od księdza Juliana Chrościckiego, Romana Archutowskiego, Zygmunta Trószyńskiego, jest już tu wspomniany ksiądz Jan Zieja, jest ksiądz Andrzej Bardecki, biskup Karol Wojtyła. Z wywiadów, których pan profesor udzielił na ten temat, bardzo dużo wiemy, ale mniej wiemy o świeckich znajomościach. Jedną osobę pan profesor wymienił. Czy można by poszerzyć to grono ludzi, którzy osobiście dawali panu świadectwo i wzór postępowania?

WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI: Przede wszystkim oczywiście księża, których spotkałem w życiu chłopięcym, i którzy przygotowali mnie do sakramentu spowiedzi i wejścia w dalszy bieg życia w Kościele. Ksiądz Julian Chrościcki. Następnie dyrektor naszej szkoły ksiądz Roman Archutowski (od 1999 roku błogosławiony i wyniesiony na ołtarze przez papieża Jana Pawła II jako męczennik Majdanka) i jego brat - także duchowny - Józef. Ksiądz Józef Burakowski, który uczył mnie w liceum, a w 1941 roku zginął w Auschwitz. Ksiądz Jan Zieja, do którego myślą ciągle wracam. W więzieniach spotykałem potem dorywczo księży jako współwięźniów, u jednego z nich, księdza Jana Stępnia, odbyłem nawet w końcu lat czterdziestych spowiedź generalną, nie wiedząc w ogóle, czy wyjdę z więzienia żywy.

Prawdą jest więc, że na mojej drodze spotykałem różnych księży. Ale miałem też szczęście spotkać osoby świeckie, w pewnym sensie cichych wyznawców wiary, niekiedy bohaterów w osobistym życiu i postawie wobec sytuacji, w których się znaleźli. Nie wszyscy mają znane nazwiska. Byli wśród nich adwokaci, naukowcy, pedagodzy, ludzie różnych profesji. Byli współwięźniowie, którzy - jak uważam - kierowali się przede wszystkim nakazami wiary i uwrażliwionego przez głęboką wiarę sumienia. Widziałem, jak się modlili. W milczeniu obserwowałem, jak reagowali na różne sytuacje. Byli to więc ludzie, którym wiara pomagała i mogli, może oświeceni tą drogą.

W przypadku wielu ludzi, których napotykałem, nie chodziło o pomoc udzieloną mnie, lecz pomagających innym w mojej obecności, niekiedy wspólnie ze mną, jak choćby w bardzo trudnych, ryzykownych i powodujących stały lęk sytuacjach pomocy ukrywającym się Żydom. Jak wiadomo, okupant za pomoc Żydom karał śmiercią i to bezlitośnie, bo niekiedy dokonywano egzekucji całych rodzin za czyny jednego z ich członków. Było to już wtedy wiadome ludziom, wśród których się obracałem. Siłę do współdziałania z nimi, do traktowania mego udziału jako coś oczywistego, czerpałem ze środowiska katolickiego. Zofia Kossak nie była bowiem osamotniona. Miała oparcie w bliskiej rodzinie, podobnie motywowanej - między innymi w swojej ciotecznej siostrze Annie Marii Lasockiej, która w codziennym życiu wojennym wykazywała taką samą postawę. Myślę, że rodzina Zofii Kossak w pewnym sensie "odziedziczyła" po niej niemało. Wiem bowiem o pięknej drodze części jej bliskich, choć opowiadać o nich tutaj nie chcę, gdyż nie wiem, czy żyjący życzyliby sobie tego. Wiedziałem więc o istnieniu środowiska ludzi dobrej woli. Było ono częściowo związane z Laskami, po części zaś z przedwojennymi kręgami inteligencji skupionej wokół kwartalnika "Verbum". Wiadomo mi było, choć bardzo ogólnie, o działalności środowisk konspiracyjnych. Kiedy dorosłem, spotkałem się z tymi ludźmi, mogłem ujrzeć, że ich postawa w jakiś sposób różni się od wielu innych, także tych ochrzczonych, także katolików. Do grona tych osób należał poznany przeze mnie przelotnie już w czasie okupacji, w kwietniu 1943 roku, Jerzy Turowicz - mężczyzna wtedy stosunkowo młody, w sile wieku, przystojny, energiczny, z którym w późniejszych latach złączyła mnie nie tylko bliższa znajomość, ale - ośmieliłbym się powiedzieć - obustronne zaufanie i przyjaźń trwająca do końca jego życia.
Bożym zrządzeniem napotkałem więc na osoby niezwykłe, choć naturalnie życie moje mogło się potoczyć inaczej. Mogłem ich na mej drodze nie spotkać, mogłem spotkać innych - ludzi złych lub dobrych, ale niemotywowanych nakazami miłości bliźniego i wiary. Dla mnie osobiście - wyniesiona ze szkoły średniej, katolickiego gimnazjum Stanisława Kostki i prowadzonego przez lazarystów liceum Katolickiego Towarzystwa Wychowawczo-Oświatowego "Przyszłość" w Warszawie - prawda opierała się o wiarę, o nadzieję i miłość, wyrażała się w słowach Kazania na Górze (do dzisiaj zresztą podczas wizyt w Ziemi Świętej bywam na Górze Błogosławieństw). Wartości wyniesione z wychowania w wierze znalazły przełożenie na całe moje późniejsze życie. Przykazanie miłości bliźniego, hasła podstawowych cnót: wiary, nadziei i miłości oraz Kazanie na Górze stanowiły łącznie "zestaw podręczny" młodego człowieka, który nie bardzo jeszcze wiedział, co wyniknie z owych wartości w jego późniejszym życiu. I owe wartości towarzyszyły mi stale, we wszystkich sytuacjach, w których nie zawsze znajdowałem się z własnego wyboru.

Po więzieniach hitlerowskich i wojnie trafiłem do więzień komunistycznych, gdzie wywierała naciski inna obłąkana ideologia - gniotła, groziła. Spędziłem w nich sześć i pół roku. W gruncie rzeczy ówczesny okres więzienny nie zachwiał moją wiarą w istnienie Boga. Pewnym ułatwieniem było jako tako pomyślne zakończenie owego etapu. W Polsce nastąpiły bowiem zmiany: powrót do działania księdza prymasa Stefana Wyszyńskiego, uwolnienie go z aresztu i internowania, późniejsza jego działalność. Wszystkie te wydarzenia jako warszawiak, człowiek z diecezji warszawskiej, przeżywałem na co dzień z bliska - znałem je nie z książek, lecz z praktyki. Zapanowało pewne ożywienie. Powstawały Kluby Inteligencji Katolickiej. W końcu lat pięćdziesiątych napotykałem w nich podobnie myślących ludzi, nie tylko zresztą w mojej rodzinnej Warszawie, ale w bardzo dużym zakresie także w Krakowie i we Wrocławiu, gdzie bywałem regularnie. Nieco później, na początku lat siedemdziesiątych, po przyjeździe ówczesnego księdza arcybiskupa Gulbinowicza, zacząłem wręcz współdziałać z Kościołem i jego instytucjami na terenie Wrocławia. Z tamtych czasów pochodzą moje kolejne znajomości. Dzisiaj wiele z tych osób to bliscy przyjaciele, wtedy byli ludźmi, do których miałem zaufanie. Józef Puciłowski, młody doktor historii na Uniwersytecie Wrocławskim, u którego pomieszkiwałem i nocowałem we Wrocławiu, wstąpił do dominikanów, dopiero mając 42 lata.

Przedtem był moim zaufanym kolegą, z którym, pomijając teologię, znajdowaliśmy podobne motywy, impulsy, sposoby działania i decyzje, które nas zbliżały. Takich osób jest więcej, ale Józef Puciłowski jest znanym przykładem, do dzisiaj - mając ponad siedemdziesiąt lat - nadal spełnia swoją rolę pedagogiczną u dominikanów w Krakowie.

Skróty od redakcji

Władysław Bartoszewski,"To, co najważniejsze", PWN,
Warszawa 2012, cena 34,90 zł

FLESZ: Kiedy będzie wiosna? Zwierzęta dają sygnały.

Wideo

Materiał oryginalny: Bartoszewski: Najważniejsze, że wierzyłem na tyle, by po obozie pójść do spowiedzi - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 10

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

j
ja ja

Mówił, że był CHORY... Chorym hitlerowcy krzywdy nie robili, o nie, tylko miłosiernie zwalniali... Takie to wnioski można wyciągnąć na podstawie bajań Bartoszewskiego. Bajek-POdróbek oPOwiedział ten człowiek znacznie więcej! A jego fantasmagorie zwłaszcza Niemcy nagradzają sowicie. Zresztą w czasie wojny bał się Polaków, nie Niemców. I to jedyna prawda.

j
jacek

No nareszcie przestaliscie tytułować tego "dyplomatołka" profesorem.
Mam nadzieję ,ze już nigdy nie bedziecie kłamać Polaków na temat wykształcenia "bydłoszewskiego"

s
szalom

To ten bohater co o polskich patriotach mówił że to jest bydło,dlaczego rodzina tego jegomościa jest "tabu" dla opini publicznej.Nas to bardzo ,ale bardzo interesuje!

k
kto to finansuje?

truchła straszące Polaków swoją straszliwością.
Emerytowany biskup pełen nienawiści i niby profesor bez matury, zbieracz laurek, plujący nienawiścią.
Dobrana parka.

j
juk

To on jeszcze zyje? Dlaczego on jeszcze zyje? .Przeciez dobry zyd to martwy zyd 2m. w ziemi

A
ALA

ALE TY CZLOWIEKU SOJA ROLE CZŁOWIEKA TYLKO ODGRYWASZ A NIE REALIZUJESZ. NIE ODPOWIEDZIALES WIEC NA OCZEKIWANIE KAPLANA LECZ WIWINALES SIE RETORYKA. TO TAKA TYPOWA POSTAWA JAK ZE SKRZYPKA NA DACHU

p
polo

Czy człowiek powołujący się na swoja wiarę i osoby duchowne
które spotkał w życiu, może tak ostentacyjnie wyrażać pogardę wobec Polaków?
Zastanawiające jest to dlaczego?
Co takiego zdarzyło się w życiu "profesora", że to Polacy budzą w nim taka niechęć
(a może strach?) i jednocześnie przyjmuje nawet najdrobniejsze apanaże i zaszczyty od wszystkich niemieckich organizacji?

J
Jan

robi sobie wywiady. Śmierdzi POtwornie.

F
Franciszka

... w relacje Bartoszewskiego. Nie ma na to miejsca by napisać o długich, i dość skomplikowanych losach pana Bartoszewskiego, które kształtowały jego antypolskie poglądy ( by wspomnieć tylko "brzydką panne na wydaniu", którą miała być Polska, wobec, niewątpliwie pięknego Niemca, czy że bał się Polaków, bo Niemcy "wykonywali tylko" rozkazy). Jenego imć Bartoszewski nie tłumaczy, jak to się stało, że tak "po prostu" zwolniono go z Auschitz, i to na dzień przed rozstrzelaniem kilkudziesięciu AK-owców....???!!!!!

p
paw

Dziwny katolik,za aborcją eutanazją invitro, wycierający sobie usta kościołem.I nienawidzący przeciwników politycznych.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3