reklama

Besson: Reżyser nie dojrzewa ze swymi widzami

Redakcja
Z Lucem Bessonem, francuskim reżyserem, twórcą m.in. "Piątego elementu", "Wielkiego błękitu", "Nikity", "Leona zawodowca", rozmawia Agaton Koziński

Słynie Pan ze swojej wyobraźni. Czy można się tego w ogóle nauczyć?
Traktuję wyobraźnię jak mięsień. Im bardziej się go trenuje, tym jest sprawniejszy. Mam błyskotliwych przyjaciół całkowicie pozbawionych wyobraźni. Ten mięsień się u nich nie rozwinął.

Jak należy ten mięsień ćwiczyć?
Trzeba zacząć bardzo wcześnie. I pamiętać o podstawowych zasadach. Na przykład nie pozwolić się przytłoczyć zabawkami. Gdy młody człowiek ma ich za dużo, ciągle nie odchodzi od gier komputerowych, telewizji, internetu, zabija niejako swą wyobraźnię. One bowiem zamiast ją pobudzać, zastępują ją. Na całe szczęście wyrastałem w innych warunkach. Wychowałem się blisko morza, skąd do najbliższego sklepu z zabawkami trzeba było płynąć łódką dwie godziny. Nie miałem więc wyboru. Musiałem sam sobie wymyślać zabawy. A potem okazało się, że tak wyćwiczyłem sobie wyobraźnię.

To naprawdę wystarczy? Zawsze uważałem wyobraźnię za dar.
Rozwinąć ją pomaga także samotność. Kiedy nie ma nikogo w okolicy, trzeba polegać tylko na sobie - i tu otwiera się pole dla wyobraźni. Kiedy mieszkałem na wsi, za oknem widziałem tylko krowy. I wtedy zacząłem pisać "Piąty element". Nie chciałem patrzeć na krowy, tylko na latające taksówki i statki kosmiczne. I zacząłem sam je sobie wymyślać.

Po "Piątym elemencie" znalazł się Pan na szczycie. Mimo to ciągle Panu chce się kręcić filmy - w dodatku teraz zajął się Pan kinem familijnym.
Nigdy nie szukałem w kinie pieniędzy, sławy - nawet nie dostrzegłem, kiedy ona do mnie przyszła. Przez pierwsze dwa lata mojej pracy jako filmowca nie otrzymywałem za to nawet wynagrodzenia. Dopiero po tym czasie dostrzegłem, że dzięki swej pasji mogę zarabiać na życie. Zresztą gdyby naprawdę zależało mi na sławie i pieniądzach, przeniósłbym się do Hollywood. Kiedyś regularnie co kilka tygodni ktoś do mnie stamtąd dzwonił i proponował nakręcenie filmu. Potem przysyłali scenariusz, ja go czytałem i miałem świadomość, że jest wielu reżyserów, którzy nakręcą taki film dużo lepiej niż ja.

Jest Pan reżyserem francuskim, ale Pana filmy są bardzo hollywoodzkie. Nawet akcja Pana najnowszej produkcji "Artur i zemsta Maltazara" rozgrywa się w Connecticut.
Akurat akcję filmu umieściliśmy tam z zupełnie innych powodów. Przygody Artura rozgrywają się w latach 50. Początkowo chciałem film kręcić gdzieś we Francji. Ale było to niemożliwe. W latach 50. Francja była ciągle pobojowiskiem po II wojnie światowej, poza tym kraj był bardzo zacofany, nie mieliś_my nawet ciągników. Nie wyglądało to zabawnie - a mi zależało na kolorowej, wesołej historii. Connecticut w wojnie nie ucierpiało. W USA dominowały wtedy cadillaki, pojawiły się pierwsze pralki i sukienki w kwiaty. To wyglądało dużo lepiej w kadrze niż smutna Francja. Dlatego zdecydowałem się przenieść akcję filmu za ocean.

Ale czemu zdecydował się Pan kręcić filmy dla dzieci?
Miałem taki moment, w którym uznałem, że nie będę już kręcić filmów. Nie stałem za kamerą przez dwa lata. Miałem świadomość, że po "Wielkim błękicie", "Nikicie", "Leonie zawodowcu" mam grupę fanów, którzy uważnie śledzą każdy mój ruch. Zwyczajnie nie chciałem iść zawieść - dlatego uznałem, że lepiej nic nie robić. Staram się kręcić produkcje, w które wierzę.

I teraz wierzy Pan w filmy dla dzieci?
Traktuję je śmiertelnie poważnie. Na przygotowanie trzech części przygód o Arturze [01.01. 2010 r. do polskich kin wejdzie druga część: "Artur i zemsta Maltazara", za rok pojawi się ostatnia: "Artur i wojna dwóch światów" - red.] poświęciłem dziewięć lat. Robię to, bo zwyczajnie w to wierzę.

Naprawdę? "Artur..." to zwyczajny film. Pan tymczasem ma taką pozycję, że nie musi kręcić. Nie korci Pana zrobienie czegoś, co pozwoli przejść do historii kina? Czegoś na miarę "Obywatela Kane’a" na przykład?
Gdy miałem siedem lat, obejrzałem "Księgę dżungli" - i do dziś uważam ten film za jeden z najważniejszych w moim życiu. Na pewno miał większy wpływ na mnie niż "Obywatel Kane". Owszem, krytycy okrzyknęli go dziełem wybitnym, ale dla mnie znaczy on niewiele. Tak naprawdę nie ma filmów, które są wybitne w kategoriach bezwzględnych. Każdy z nas ma produkcje, które go uformowały jako widza, odbiorcę kina, człowieka. Takie, które go czegoś na_uczyły. Dla mnie, gdy byłem młodszy, bardzo ważnym artystą był Louis de Funes. On potrafił robić sobie żarty z policji, religii - w jego czasach wszyscy byli bardzo poważni, nikt sobie na to nie pozwalał. To pozwoliło mi spojrzeć na rzeczywistość z innej perspektywy. Po cichu liczę, że za 20 lat jakiś dzisiejszy dzieciak wspominał "Artura..." tak, jak ja dziś wspominam "Księgę dżungli".

Wątpię w to.
A ja nie. Gdy na ekrany wszedł "Wielki błękit", krytyka go zmiażdżyła. Usłyszałem, że ten film to nic niewart stek bzdur. A jednak do dziś spotykam ludzi, którzy mówią, że zmienił on ich życie, pokazał im całkowicie inną rzeczywistość. Mimo że od jego premiery minęło 25 lat. Takich widzów szukam.

Ja do nich należę. Zachwycił mnie Pan "Leonem zawodowcem", bardzo podobały mi się "Nikita" i "Wielki błękit". A już "Piąty element" uważam za arcydzieło, dowód, że wyobraźnia w kinie nie ma granic. Byłem na nim w kinie pięć lub sześć razy. Ale po nim spodziewałem się, że pójdzie Pan krok dalej. A Pan od tego uciekł - nakręcił historyczną "Joannę d’Arc", a potem zajął kinem familijnym.
Czemu?

Taki po prostu jestem. Nie lubię tkwić w klatce. Kręcenie kolejnych sequeli "Piątego elementu" byłoby dla mnie koszmarem.

Nie o tym mówię. Miałem nadzieję, że Pan spróbuje stworzyć coś w stylu "Blade Runnera". Film, który z jednej strony będzie popisem wyobraźni, a z drugiej powie coś ważnego o ludziach.
To nie takie proste. Reżyser, decydując się nakręcić film, wchodzi z widzem w relację. Stara się opowiedzieć mu historię. Ale nic nie jest dane na zawsze. Bo reżyser ewoluuje - ale zmienia się również widz. Gdy miałem 16 lat, obejrzałem "Lot nad kukułczym gniazdem". On mnie zszokował, dosłownie urwał mi głowę. Ale 20 lat później puściłem go grupie swych przyjaciół, którzy wcześniej nie mieli okazji go widzieć. I dla nich nie był on już niczym wielkim. Ten film nie był dla nich takim ciosem w twarz, jakim był dla mnie. Tylko że oni byli dużo starsi w chwili projekcji niż ja, mieli dużo więcej doświadczeń, widzieli dużo więcej filmów. Podejrzewam, że tak samo było z "Piątym elementem" u pana - ten film trafił dokładnie w swój czas. Ale ja jako reżyser nie mogę sprawić, że tak będę trafiał każdym swoim filmem. Dobrze, że udało mi się raz.

Nie raz, tylko kilka razy. Właściwie każdy Pana film trafiał do mnie w sposób szczególny - do czasu "Joanny d’Arc".
Bo widział Pan w międzyczasie mnóstwo filmów. Ja mam podobnie. Od czasu "Lotu nad kukułczym gniazdem" obejrzałem tysiące produkcji. Czasami któraś mnie zachwyci, sporo mi się po prostu podoba. Ostatnio szalenie podobała mi się "Mała miss" - to było coś nowego w kinie. Czekam z niecierpliwością na "Avatara".

Ale mimo wszystko nie marzy się Panu, by spróbować stworzyć coś, co mogłoby stać się dziełem wybitnym? Starczy Panu kręcenie filmów familijnych?
Od kilku lat chodzi mi po głowie kilka projektów. Czekam, aż dojrzeją. Z filmami jest jak z owocami - trzeba poczekać, zanim spadną z drzewa. Na pewno "Avatar" działa na wyobraźnię.

Rozmawiał: Agaton Koziński

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Materiał oryginalny: Besson: Reżyser nie dojrzewa ze swymi widzami - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

s
spokojny

A po wała kino jak wszystko jest w TV, wideotece albo na internecie nie? A teatr? Po co to komu? Film może pokazać wszystko to co może pokazać teatr natomiast odwrotnie tak się nie dzieje: teatr nie jest w stanie pokazać większości rzeczy, które w filmie są rzeczą normalną, np. zwykły zachód słońca. Z tego powodu teatr prawdopodobnie będzie się dalej "kurczył" i czeka go los podobny do cyrku - w XIX wieku cyrk był masową rozrywką a dzisiaj chodzi się tam o wiele rzadziej i głównie z młodszymi dziećmi. Teatr był kiedyś też ważną rozrywką a obecnie traci na znaczeniu. Podobnie jest z tradycyjną książką, która musi ustąpić miejsca mediom elektronicznym, graficznym, obrazkowym, filmowym.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3