Hokus-pokus, pomidorówka! Rozmowa z Grażyną Lutosławską

Sylwia Hejno
"Jak Arni i Dobek ratowali świat" to nowa książka Grażyny Lutosławskiej. Na spotkanie promocyjne z udziałem autorki zaprasza DDK Węglin. Odbędzie się ono w sobotę, przy ul. Judyma 2 a. Początek o godz. 12
"Jak Arni i Dobek ratowali świat" to nowa książka Grażyny Lutosławskiej. Na spotkanie promocyjne z udziałem autorki zaprasza DDK Węglin. Odbędzie się ono w sobotę, przy ul. Judyma 2 a. Początek o godz. 12 Małgorzata Genca
- Słowami też można czarować - mówi Grażyna Lutosławska, dziennikarka i pisarka, nagrodzona w tym roku kulturalną Nagrodę Miasta Lublin za Całokształt Działalności. Właśnie ukazała się jej nowa książka "Jak Arni i Dobek ratowali świat"

W jednym z felietonów opisujesz taką scenkę: chłopiec biegnie brudny, z rozdartą kurtką, ale szczęśliwy. Mama podnosi lament. Na szczęście to tylko scena z przedstawienia. Jak jest w rzeczywistości? Czy nie otaczamy dzieci parasolem ochronnym, który przeszkadza im być dziećmi?
Myślę, że jest w tym dużo racji, ale z drugiej strony przypomniała mi się historia z dzieciństwa. Przyjechała do mnie na wakacje młodsza siostra cioteczna. W jej walizce znajdowały się przepiękne, białe rajstopki i śliczne, wyprasowane sukieneczki. Już pierwszego dnia pobiegłyśmy na podwórko. Wróciłyśmy po kilku godzinach, ja szczęśliwa, ona zapłakana. Ja byłam brudna, ona wciąż czysta. Następnego dnia moja mama spakowała te wszystkie cudne ubranka i dała jej moje, mówiąc, że nie musi na nie uważać. Spędziłyśmy wspaniałe wakacje. Myślę, że zawsze były i zawsze będą jakieś białe rajstopki, których nie można zniszczyć. Ale dzieci i tak znajdą sposób na to, żeby poradzić sobie z przeszkodami.

Arni i Dobek, bohaterowie Twojej nowej książki, radzą sobie znakomicie - wyprawiają się na drugą stronę miasta, podkradają truskawki, mają sekrety przed rodzicami… Czy to nie jest trochę niepedagogiczne?
To nie są niedobre dzieci. Ale nie są też święte. To po prostu… dzieci. Arni i Dobek mają niezwykłą umiejętność zapamiętywania pewnych rzeczy wybiórczo, zresztą tak jak czasem dorośli. Wiedzą na przykład, że nie wolno samemu iść na drugi koniec miasta, no ale przecież we dwóch to co innego. W swoim nieposłuszeństwie starają się zachowywać tak, żeby nie zranić tych, których kochają.

Czy cuda są nam potrzebne w życiu? Cała historia rozpoczyna się banalnie, od zupy pomidorowej.
Są bardzo potrzebne. Prowadziłam kiedyś aukcję. Nagle w drzwiach pojawił się poeta, który przyniósł do wylicytowania drewnianą laskę. Powiedział, że należała do tajemniczego szamana z Ukrainy i potrafi spełniać życzenia. Niby nikt nie uwierzył w tę historię, ale z sali padały coraz większe kwoty - okazało się, że wszyscy potrzebowali czarów do załatwienia swoich spraw! Mój bohater, Arni, też dostaje do ręki taką zaczarowaną laskę. Wystarczy wypowiedzieć jedno życzenie, żeby uratować świat. Tylko jedno. A pokus jest wiele...

Gdy chłopcy znaleźli się w opresji, ta czarodziejska laska została w domu, zamiast niej wzięli zwykłą, a i tak wszystko skończyło się dobrze.
Bo chłopcy odkryli coś, co jest lepsze od czarów. Co to takiego - odpowiedź na to pytanie zostawiam czytelnikom. Przypominam, że słowami też można czarować. Mówi o tym na przykład mama Arniego: na obiad jest dziś zupa pomidorowa, bo tata mnie o nią poprosił. Słowa mogą mieć moc czarodziejskiej różdżki: za ich pomocą zawieramy na przykład związek małżeński, przyrzekamy miłość, dzielimy ziemię. Słowo może stać się ciałem. W mojej książce aż roi się od czarów. Ale nie stoją za nimi żadne siły nadprzyrodzone.

Może dostrzeganie tych czarów zależy od punktu widzenia? Bohaterką różnych Twoich tekstów jest codzienność, ta najbardziej błaha, a jednak niezwykła.
Codzienność to bardzo bogata rzeczywistość. Jest w niej miejsce i dla zupy pomidorowej, i dla traktatów metafizycznych. Harmonia jest wtedy, kiedy te porządki się przenikają. W codzienności robię miejsce nawet dla krasnoludków. Pamiętam spotkanie po spektaklu na podstawie mojej sztuki "O dwóch krasnoludkach i jednym końcu świata". Nauczycielka zaczęła dyskusję od prośby: "No, powiedzcie dzieci, że krasnoludków nie ma". A na to kilkuletnia dama z pierwszego rzędu: "Jak to nie ma? Są w wyobraźni." I ja się z nią zgadzam, bo jak mówi Stanisław, bohater mojego słuchowiska pt "Bazarek": "O krasnoludkach wiemy jedynie to, że ich nie widzieliśmy".

Czy tak, jak Alicji, udało Ci się zajrzeć do króliczej nory?
Zdjęcie, które można zobaczyć na moim "Blogu ze smakiem" powstało w jednym z najpiękniejszych parków krajobrazowych w Anglii. Jest w nim polana pełna króliczych nor. "Podążaj za białym królikiem" - napisał Morfeusz na ekranie komputera Neo, który miał uratować świat. Ale jak tu podążać, kiedy na polanie nie ma zasięgu? Którą z króliczych nor wybrać? Trzeba znaleźć własne wyjście - pomyślałam. Nie zajrzałam więc do króliczej nory, ale znalazłam początek swojej drogi. Taka łąka bez internetu bardzo się czasem przydaje. Ale zupełnie bez niego żyć bym nie chciała. Tyle wiedzy w zasięgu ręki! To nie do przecenienia. To że dzięki niemu mogą się odnaleźć ludzie o podobnej wrażliwości z różnych stron świata.

Znasz lubelską kulturę od podszewki. Jednak konsekwentnie od lat nie krytykujesz, nie oceniasz, nie uprawiasz agresywnej publicystyki.
Razi mnie w zasadzie jedna rzecz - pojawiająca się niekiedy, zawłaszczająca i oceniająca postawa, że to, co robię jest najważniejsze, inni się nie liczą. Życie kulturalne w Lublinie jest różnorodne i to jest jego bogactwo. Szkoda czasu na krytykowanie tego, co robią inni, róbmy swoje. Nie krytykuję, bo swoją uwagą wolę wzmacniać to, co mi się podoba. Kiedyś bardzo długo płynęłam statkiem, a za burtą niewiele się działo - szare, nijakie, powtarzające się widoki. Zeszłam na chwilę pod pokład, a gdy wróciłam, zobaczyłam, że po drugiej stronie pięknie zachodzi słońce. Wystarczyło odwrócić głowę, żeby dostrzec coś niezwykłego.

Twoja audycja "Nie tylko rozrywkowa niedziela radiowa" w Radiu Lublin doczekała się nawet zlotów jej miłośników. Jaka jest ta społeczność?
To prawda, były już dwa zloty. A jacy jesteśmy? Cudownie różni. Ale lubimy wypić razem poranną, niedzielną kawę, zjeść kawałek ciasta, porozmawiać o książkach, teatrze, konfiturach, widoku z okna, przygotowywaniu obiadu. Co z tego, że po dwóch stronach radioodbiornika? Niektórych słuchaczy znam od lat, również osobiście - pojawiają się w radiu albo spotykamy się na wydarzeniach kulturalnych. Wiele lat temu umówiliśmy się, że w tym programie nie będziemy narzekać ani rozmawiać o polityce, że spróbujemy dostrzec pomijaną często w mediach, dobrą stronę codzienności. Pewnego razu zatelefonował pan, który zaczął marudzić i politykować - zdarzył mi się jeden taki przypadek na prawie dwadzieścia lat prowadzenia tej audycji. Nie skomentowałam jego telefonu, podziękowałam i odłożyłam słuchawkę. Za moment odezwał się drugi słuchacz i powiedział: "Wie pani, ten pan chyba do nas nie pasuje". To był najpiękniejszy prezent, jaki otrzymałam jako dziennikarka, to słówko "nas". Czuję, że jadam niedzielne śniadania z bliskim.

"Jak Arni i Dobek ratowali świat"(wyd. Norbertinum) to nowa książka Grażyny Lutosławskiej.
Na spotkanie promocyjne z udziałem autorki zaprasza DDK Węglin. Odbędzie się
ono w sobotę, przy ul. Judyma 2 a. Początek o godz. 12. Fragmenty książki zaprezentuje Mateusz Nowak.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

O
Olo
Czy w Lublinie nie ma lepszych gości i gościóweki do lansu. Tylko na siłę byle ladaco.
Dodaj ogłoszenie