18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Jacek Stec z Lublina z przyjaciółmi podbijają świat (ZDJĘCIA)

RedakcjaZaktualizowano 
Jacek Stec z Lublina podróżuje z przyjaciółmi po całym świecie. Siedzenie w domu przed telewizorem na pewno nie jest dla nich. Przeczytajcie, co ich spotkało w czasie tegorocznej wyprawy.

Siem Reap, Kambodża, 26 sierpnia 2011, 23:43
Znowu pada. To nie deszcz. To nagła ulewa. Kolejna noc z rzędu. W nocy leje deszcz, w dzień niemiłosiernie praży słońce. Ulice wokół hostelu ponownie zamienią się w rdzawą maź. Kolejna noc w łóżku na palach, na przepoconej pościeli, otoczony zwiewną moskitierą. Kilka komarów musi być nadal gdzieś pod nią, bo ostatniej nocy obudziłem się ze swędzącymi bąblami na nogach. Mam nadzieję, że nie przyczepi się do mnie gorączka dengi jak w Rio, a tym bardziej malaria. Marcin profilaktycznie zażywa doksycyklinę. WHO stara się wspierać rząd kambodżański w walce z komarami, aby zapobiec pandemii gorączki dengi w tym rejonie. Gdzieniegdzie przy zbiornikach wodnych dostrzec można blask fluorescencyjnego światła lamp owadobójczych. Deszcz uderza rytmicznie o blaszane dachy budynków. Nie ma okien, czuję swąd spalenizny. Płacąc 1 USD za łóżko nie można oczekiwać luksusów w postaci okien. Deszcz skłania mnie do refleksji, podobnie jak tanie kambodżańskie piwo za 0.50 USD, które wypiłem zanim zszedłem na dół. Leżę płasko na materacu i wsłuchuję się w dźwięk deszczu.

Jesteśmy w podróży już trzy miesiące.

Dokładnie 1 czerwca wyruszyłem z Marcinem załadowaną po brzegi czerwoną Corsą z Dublina do Polski. Przejazd do Rosslaire w południowej Irlandii, prom, podróż przez Europę. Równie zwariowana jak jej uczestnicy. Czasami bez hamulców. Dosłownie! Jakież było zdziwienie Marcina gdy nieopodal Hamburga, na skrzyżowaniu, w naszym oplu zawiodły hamulce! Po raz kolejny okazało się, że warto mieć przyjaciół wszędzie. Tym razem pomógł nam kolega Marcina z tej samej dzielnicy w Policach-Paweł. Podróżując przez Belgię udało się nam spędzić kilka przyjemnych chwil z rodziną Marcina mieszkającą na stałe w Brukseli. W Holandii z kolei zaskoczyliśmy swoim przyjazdem koleżankę Marcina - Elwirę do tego stopnia, że gdy pojawiliśmy się w jej progu początkowo go nie poznała po czym rzuciła się mu na szyję.

To już wszystko za nami.

Podobnie jak ostateczne przygotowania do podróży w Polsce, przejazd z Polski na Ukrainę, następnie do Moskwy i niesamowita podróż koleją transsyberyjską nad jezioro Bajkał, gdzie po raz kolejny okazało się, że warto mieć przyjaciół na całym świecie. Te kilka dni spędzonych w Buriacji w domu rodziców Leny (żony jednego z moich sąsiadów i jednocześnie jednego z moich najlepszych przyjaciół) będziemy wspominać z sentymentem. Podobnie jak szaloną ucieczkę samochodem przed tornado na stepach w Mongolii i minę Marcina, który z nieukrywaną ekscytacją po naszym powrocie z Pustyni Gobi opowiadał nam, jak to został zaatakowany nożem przez kierowcę taksówki w Ułan Bator i jak to dzięki zachowaniu zimnej krwi i znajomości technik walki udało mu się wyjść ,,kostusze sprzed ostrza’’. Co więcej, dzięki swojej zaciętości udało mu się doprowadzić sprawcę ataku przed wymiar sprawiedliwości czym nam bardzo zaimponował. To już za nami.

Niesamowite jak ten czas ucieka.

W podróży uwydatnia się to z podwójną siłą. Przemyt Agaty w bagażniku samochodu do Chin, Pekin, Szanghaj, Hong Kong, Bangkok, Kuala Lumpur, Singapur, samotna jazda rowerem Marcina z Szanghaju do Hong Kongu, jego włóczenie się po bezdrożach Wietnamu. Miesiące zdają się być teraz sekundami! Patrząc na naszą stronę internetową, która jest jednocześnie fotoblogiem z naszej podróży (www.adventure-hunters.com) aż trudno uwierzyć, że jest to już częścią naszej historii. Naszej: Alicji, Agaty, Marcina i mojej. Every day creates your history - jak głosi nasza strona. Historii ludzi, którzy byli gotowi zrezygnować z pracy, sprzedać wszystko co posiadali (jak Marcin), opuścić swoje wygodne życie, aby tułać się spoceni po świecie, dźwigać ciężkie plecaki, spać na stojąco podróżując kilkanaście godzin pociągiem po Chinach, być kąsanym przez kambodżańskie komary, być napastowanym przez kierowców kambodżańskich tuk-tuków, marznąć w środku lata w klimatyzowanym tajlandzkim autokarze ryzykując utratę swoich rzeczy, gdyż na pokładzie oprócz pasażerów jest także złodziej... I w końcu oglądać biedę wymieszaną z luksusem na ulicach Siem Reap, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy ,,śmierć Tajom’’. Wszystko to w imię przygody i nieodpartej chęci poznania świata. Wyrwania się z rutyny dnia codziennego, utartych schematów: dom, praca, sklep, praca, szkoła, praca...

Nasza podróż już procentuje.

Odsetkami są poznani przez nas po drodze niesamowici ludzie, tacy jak Anthony - emerytowany Australijczyk mieszkający ze swoją tajską żoną na stałe w jej ojczystym kraju, a podróżujący obecnie drogą lądową z Azji do Paryża. Brett - Amerykanin mieszkający obecnie w Dubaju. Billy i jego dziewczyna - obydwoje z Dublina, emigrujący z pogrążonej w recesji Irlandii przez Azję do Kanady. Łukasz robiący interesy w Szanghaju, Emilia podróżująca przez najbliższe półtora roku dookoła świata... Przykłady można by mnożyć. Nowe znajomości, nowe przyjaźnie, nowe kontakty, nowe możliwości. To powoduje, że mamy ciągłą ochotę na więcej. Więcej przygód, więcej życia. I to właśnie jest czynnik, który nas połączył. Połączyło nas ogłoszenie w internecie. Pomimo tego, że jesteśmy tacy inni, jesteśmy jednak tacy sami. Jesteśmy backpackerami. Deszcz przestaje padać. Czas dołączyć do Marcina, Agaty i innych. Czas na haust życia kambodżańskiej ulicy.
30 sierpnia
Hallo, wake up! Hallo! Hallo! Słyszę pukanie do drzwi. Ktoś zamówił pobudkę i śpi nadal jak suseł. Hallo, hallo... Suzzie też zamówiła pobudkę i też zaspała na autobus do Laosu. Mnie obudził poranny harmider i oczywiście dźwięk modlitwy muezina wymieszany z dźwiękami dzwonków (prawie jak w Tybecie) oraz dziwnymi, trudnymi do sprecyzowania odgłosami jakiegoś w zwierzęcia. To zadziwiające, jak wielki wpływ na życie człowieka ma religia. Ludzie gotowi są wstać o 5 rano, aby odprawić poranny obrzęd. 365 dni w roku. Nie ważne jak są lub byli zmęczeni. Śmiem twierdzić, że religia muzułmańska jest silniejsza niż katolicka. Myślę, że nie ma co do tego wątpliwości choć ciężko obydwie te religie i ich wyznawców ze sobą porównywać. Myślę, że my nie jesteśmy tak zdeterminowani. Ja byłbym zbyt leniwy, aby każdego dnia rano wstawać i odprawiać poranne rytuały.
Moim rytuałem w Kambodży stało się poranne smarowanie pokąsanej przez komary skóry.

Tak, religia to potężna siła.

Tak silna, że ludzie są gotowi mieszkać w slumsach nad rzeką z widokiem na ociekającą przepychem świątynię. Wczoraj wypożyczyliśmy rowery i pojeździliśmy po okolicy. Tym razem miałem w końcu wystarczająco dużo czasu, aby przyjrzeć się i slumsom i świątyniom. I jedne i drugie robią przytłaczające wrażenie. Z jednej strony niesamowita bieda, praktycznie zerowe warunki higieniczne, z drugiej zaś bogactwo i rozmach. Ludzie zawsze byli, są i będą gotowi oddać swoje ostatnie pieniądze na ,,zbawienie''. To niewątpliwie łączy wyznawców wszystkich religii na świecie. Wierzymy, że w przyszłym życiu będzie nam lepiej.

Pan mieszający cement za ścianą zaczyna pracę o 05:30. Właśnie zaczął pracować. Mnie to już w sumie niewiele obchodzi. To nasz ostatni dzień w Kambodży. Za kilka godzin wracamy do Bangkoku, który przyznam szczerze - uwielbiam. To miasto dla każdego. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. I ten, który chce poczuć się jak Leonardo di Caprio w ,,The beach'' i ten, kogo fascynuje buddyzm i chciałby odpocząć w cieniu lokalnych świątyń. Bangkok to temat rzeka. Wracamy tam już 3 raz. Wkrótce zostanę chyba ekspertem w tym temacie! Ps. Dzięki Suzzie odkryłem tajemnicę żebrzących o mleko w proszku dzieci lub matek z dziećmi na ręku. Wyglada to tak: mleko kosztuje 4 USD. Turysta o miękkim sercu wchodzi do sklepu, kupuje mleko, myśli, że zrobił własnie dobry uczynek i wniósł swoją cegiełkę w naprawę świata. Wraca do hotelu uradowany. Tymczasem zakupione przez niego mleko wraca właśnie do sklepu, w którym zostało kupione z tą różnicą, że wraca tam za 2 USD a nie 4 USD. Wszyscy są zadowoleni - i turysta (wszak uczynił właśnie świat lepszym) i sklep( odzyskuje ten sam towar za połowę ceny) i nieszczęsna matka (bo zarobiła własnie 2 baksy).

05:45 czas wstawać.

Do moich drzwi nikt nie zapuka, aby mnie obudzić. Po prostu ich nie ma. Trudno zapukac w moskitierę!

09:45 już w busie do granicy z Tajlandią. Kierowca zorganizował właśnie krótki ,,stopover,, przy sklepie. Od razu napada na nas gromadka kilkunastoletnich dziewczyn. Te może i są biedne, ale do tego wulgarne, a tego już nie toleruję. 1 dollar, 1 dollar, where are you from, 10 dollar, 10 juro - widzę, że podbijają stawkę. 10 euro? Za co? Właśnie zapłaciłem 1 usd za małą butelkę wody, która normalnie warta jest 20 centow. Spelnilem juz dobry uczynek. Marcin wraca z toalety. Jego frustracja również sięga zenitu. 1 usd za toaletę, czytaj dziura w podlodze. Zastanawia mnie tylko jedno: mianowicie dlaczego te dzieci nie żebrzą przy tych luksusowych toyotach, których wiecej tutaj niż w Polsce. Dziś rano Marcin (Polak spotkany w hostelu) opowiedział nam historię, jak to prezydent tego kraju przyjechał w okolice Siem Reap. Jechał swoim czarnym hummerem i przez okno strzelał do zwierząt, w tym zwierząt na polach.

Kraje trzeciego świata. Jeżeli już się w nich znajdziesz, poczujesz na własnej skórze o co chodzi. Jeżeli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A że jesteś turystą to od razu stawka dla Ciebie jest double albo triple. Bywa, że odmawiasz, bo nie dajesz się naciągnąć. Wtedy słyszysz: Fuck off (jak Marcin od kierowcy tuk-tuka (kobiety) w Wietnamie. Nie ma sensu tracić nerwów, lepiej nasycić oczy soczystą zielenią ciągnących się wzdłuż drogi pól ryżowych. Szosą pomknęło właśnie nowe porshe cyenne. Poboczem idą boso mnisi. Popatrzyłem na swój nowy plecak od Nort Face'a. W Europie 300 zł. Jego rzeczywista wartość - 30 zł. Bo za tyle go tutaj kupiłem.
3 września 2011

Otoczeni soczystą zielenią tropikalnego lasu podróżujemy pełną ostrych zakrętów drogą na samą północ Tajlandii, do miasteczka Pai położonego nieopodal granicy z Birmą. Raz w dół, raz w górę, kierowca raz po raz macha dźwignią zmiany biegów redukując bieg na niższy. Jakość asfaltu - bez zarzutu. Niejedna polska wieś, w tym moja, chciałaby mieć taka drogę. Obok mnie i przede mną dwóch małych tajskich chłopców ze swoimi rodzicami. Siedzimy zaraz przy kierowcy, tuż przy przedniej szybie. Chłopaki mają frajdę.

Marcin wybudził się właśnie z porannego letargu. Fakt, to nie był łatwy poranek. Ciężko było wstać po wczorajszym lokalnym ośmioprocentowym winie ,,Siam Sato'', którym zapijaliśmy nerwy stracone w indyjskim konsulacie w Chiang Mai. Ponieważ moja wiza tajlandzka (wjazdowa) znajduje się w moim starym paszporcie, a nie w nowym, który otrzymałem w polskiej ambasadzie w Bangkoku, odrzucono mój wniosek o wizę indyjską. Co ma wiza tajlandzka do indyjskiej? Nie wiem, ale nie mogłem przetłumaczyć tej upartej kobiecie, że w przeciwieństwie do starego paszportu strona z wizą do Tajlandii nie została anulowana i nadal obowiązuje. Wysłała mnie do biura emigracyjnego, bym przebił pieczątkę ze starego paszportu do nowego. Problem polegał na tym, że oni nie mogą tego zrobić. Aby dostać wymagany stempel muszę więc... ponownie wyjechać i wjechać do Tajlandii.

Mam tego dość.

Skoro wszechświat nie chce mnie w Indiach, mówię Indiom: nie, dziękuję. Mam pewną zasadę: jeżeli ktoś odmawia mi prawa wjazdu, nigdy tam nie jadę. Lista miejsc na świecie, które chciałbym zobaczyć jest tak długa, że nie starczy mi życia. Płacić ponad 50 euro za wizę indyjską i jeszcze o nią żebrać, to lekka przesada. Wiza do USA kosztowała mnie 100 USD i dostałem ją od ręki na 10 lat. Wydaje mi się, że jest znaczna różnica pomiędzy tymi krajami. Skoro tak rząd indyjski zachęca do odwiedzenia jego kraju - chociażby robiąc sobie wolne w środku tygodnia nie informując o tym na oficjalnej stronie ambasady...

Inna sprawa: odwiedziłem wczoraj wioskę kobiet z długimi szyjami. Jakie wrażenia? Jak w zoo, z tą jednak różnicą, że w zoo zwierzęta nie zachęcają Cię na każdym kroku, abyś coś od nich kupił. Tak naprawdę kobiety te wywodzą się z Birmy. Ktoś z głową do interesu sprowadził je do Tajlandii i robi na tym interes.

09:42 na parkingu, po krótkim postoju na śniadanie, poznałem Michelle z Niemiec. Okazuje się, że można wjechać do Birmy drogą lądową! Ona tak zrobiła, aby przedłużyć swoją wizę. 500 batów i sprawa załatwiona. Pytanie tylko, czy ja już w ogóle chcę jechać do Indii. Odechciało mi się. Aczkolwiek jest to zawsze jakaś opcja. Koniec pisania, lepiej podziwiać górzyste krajobrazy! W końcu to jest to, na co czekałem. Myślę, że w Himalajach poczułbym się spełniony. Może więc warto zaryzykować?
4 września

Nie mogę usiedzieć na twardej drewnianej ławce naszej ulubionej ,,restauracji'' w Pai. Cały dzień jeżdżenia skuterem po tajlandzkich wertepach odbiło swoje piętno na moich ,,4 literach"! Wczoraj było podobnie, ale jak tu nie skorzystać z takiej okazji! Wypożyczenie jednośladu kosztuje tutaj tylko 10 zł/dobę! A paliwo po 14 batów, czyli 1.40 zł!

Ufff... Skoro moje Nam Prik Ong with chcken (które właśnie jem czekając na Marcina i Agatę, zgubiłem ich gdzieś po drodze) jest medium spicy, to nie chce wiedzieć jak smakuje spicy! Gdybym przystawił zapalniczkę do ust prawdopodobnie zionąłbym ogniem jak smok wawelski! Kuchnia tajska jest dość pikantna. Na każdym kroku używa się tutaj ostrej papryczki chilli i curry. Nie bez powodu. Ostre przyprawy zabijają bakterie.

Po Pai oczekiwałem jakiejś zagubionej w górach wioski. Tymczasem przebywamy w miasteczku, w którym infrastruktura turystyczna jest tak samo dobrze rozwinięta jak w polskim Zakopanem z tą różnicą, że w Zakopanem za 3.50 możesz wypić szklankę wody, a tutaj zjeść porządny obiad. Polska jest dla turystów drogim krajem. Pomimo tego, że zarabiam w euro, również tak uważam. Nasz kraj ma wiele do zaoferowania jednak za nieporównywalnie większe pieniądze. Dlatego najczęściej na wakacje zawsze wybieram inne kraje choć swój własny również kocham i często za nim tęsknię. Ludziom wydaje się, że skoro tak dużo podróżuję to muszę mieć poduszki wypchane pieniędzmi. Fakt, aby podróżować trzeba mieć pieniądze. Nie jestem jak Cejrowski lub Wojciechowska, oni od razu zyskują sponsorów i nie jeżdżą za swoje pieniądze. Robią co lubią i jeszcze na tym zarabiają. Różnica pomiędzy mną a wieloma innymi osobami polega na tym, że ja nie mam kredytów na mieszkanie, samochód... i nie będę spłacał ich przez resztę swojego życia. I dobrze mi z tym.
8 września

Właśnie wróciliśmy z najbardziej imprezowej dzielnicy Chiang Mai - dzielnicy ,,czerwonych latarń''. Ulica emanuje legendarną tajską rozpustą. Chodniki pełne dość ładnych, czasami ślicznych dziewczyn. Czy aby na pewno dziewczyn? Ale o tym za chwilę. Uśmiechają się do nas, zachęcają do masażu, ponętnie kręcą biodrami. Kilka rzuca mi się na szyję, jedna ściska moje pośladki. Idziemy dalej.

Skręcamy w prawo. Pub za pubem, przy wejściu do każdego z nich skąpo ubrane ślicznotki. Od razu zachęcają do wejścia do środka, uśmiechając się machają do nas z daleka. Wchodzimy do jednego z pubów. Pośrodku duży ring do musi tai. Na nim dwóch zawodników okłada się pięściami i nogami. Nagrywam walkę. Mija runda za runda. Popijamy piwo - 12 zł za kufel. Drogo. Kończymy i wychodzimy.

Siadamy przy kanale. Przyglądamy się z dystansu nocnemu życiu w Chiang Mai. Po chodniku biegają ogromne karaluchy. Nie ustępują im wielkością lokalne szczury. Przy szosie stoją trzy ponętne dziewczyny. Raz po raz mijają je zachodni turyści - tylko mężczyźni. Panienki starają się zwrócić na siebie ich uwagę. Oni przechodzą obojętnie. Wpadamy na pomysł. Urządzamy prowokację. Marcin udaje klienta. Pewnym krokiem zmierza w ich kierunku. Siedzę na ławce, nagrywam Marcina romansującego z dziewczynami. Robię duży zoom na twarz jednej z nich. Ubrana w krótką, czerwoną, ciasno opinającą ciało sukienkę. Ma nieco kwadratowe rysy twarzy. - Ello! Coś mi tu nie gra - mowie do Agi. Kilka chwil później wraca Marcin. Jest bardzo zdegustowany, nie może przestać się śmiać. - To są ladyboys! Pełny serwis 800 batów, czyli 80 zł! - mówi. Oo! Idą w naszym kierunku! Czas się zwijać! Chyba zauważyły o co chodzi!
13 września

W lekkim napięciu stoję na hali odpraw na lotnisku w Bangkoku. Wstępne negocjacje z panią przeprowadzającą odprawę lotu do Dhaki w Bangladeszu wyglądają obiecująco, choć nie chcę zapeszać, bo wszystko zmienia się z minuty na minutę. Dziś rano otrzymałem maila od agencji, w której kupiłem lot do Kathmandu z Biman Airlines informujący, że mój lot został przełożony na jutro na godzinę 04:45 rano. No i się zaczęło! Próba kontaktu z agencją: brak wyniku. Próba kontaktu z linią lotniczą: telefon nie odpowiada. Do tego doszła jeszcze wiza tranzytowa do Bangladeszu. Święcie przekonany, że jej nie potrzebuję przeczytałem, że jednak stan rzeczy wygląda inaczej i mogę mieć poważny problem.

Zaczyna się pościg z czasem. Razem z Wojtkiem biorę tuk-tuka i na złamanie karku pędzimy przez pół Bangkoku do ambasady. No i... zamknięte! W drzwiach rozmawiam z pracownikiem ambasady. Praktycznie się wprosiłem. Uspokaja mnie, mówi, że nie potrzebuję wizy. Nic, wierzę mu na słowo. Jak się okazuje, właśnie organizują mi wizę na lotnisku. Trzymam kciuki. Musi się udać. Marcin już w Kalkucie, Agata w drodze do Berlina. Teraz kolej na mnie, a czas goni. Lot jest opóźniony, a ja muszę opuścić kraj przed północą. O 00:00 wygasa moja wiza do Tajlandii. Jeżeli nie opuszczę Tajlandii na czas będę musiał płacić karę 500 batów (50 zł) za każdy mój dzień nielegalnego pobytu. Muszę przejść na ,,druga stronę'' przed północą.

Pracownicy Bimana pytają mnie o hotel. Mówię otwarcie, że doceniam ich dbałość o klienta, ale mogę spędzić te kilka godzin na lotnisku. Muszę tylko oficjalnie opuścić Tajlandię. Mam jej szczerze dosyć. Dosyć użerania się z kierowcami tuk-tuków (dziś za kurs warty 200 batów chcieli wyciągnąć ode mnie 400). Cóż, postali sobie, bo starszy chiński pan zawiózł mnie w dwie strony za 400 i na dodatek bardzo nam pomógł znaleźć ambasadę Bangladeszu. Dalem mu 100 batow napiwku;)

Dosyć pytań: "Do you want a massage?", dosyć: "maybe a suit. No? Why not?" I tak pięć razy dziennie. Czy oni w tym Bangladeszu nie mają telewizorów plazmowych, że zaraz wiozą ich aż 11? Czas goni. Tajlandia to ładny kraj, ale moja opinia o ich mieszkańcach jest już zgoła odmienna. Cieszę się, że wyjeżdżam, tzn. mam taką nadzieję. Rany, ale przy tej odprawie jest bałagan! Jedni podchodzą, inni odchodzą, brak jakiejś kolejki. Wolnoamerykanka. Nasze standardy w Europie są naprawdę wysokie. Nawet te tzw. ,,tanich linii lotniczych''.

14 września Dhaka, Bangladesz.
Nie, jednak nasze standardy niekoniecznie są takie wysokie jak mi się zdawało. Na wstępie zaproponowano mi hotel. Mówię, że chętnie ale nie mogę zostać ze względu na wizę. Ostatecznie wsadzili mnie i kilka innych osób do Bangkok Airlines i takim oto sposobem znalazłem się na podłodze lotniska w stolicy Bangladeszu. Miły pan poszedł ze mną odebrać mój bagaż (ominąłem procedurę wizową). Pogadaliśmy sobie o mojej podróży, co chcę robić w Nepalu. Dałem mu wizytówkę. Ludzie z Bangladeszu zdają się być milsi niż z Tajlandii. Na lotnisku w BKK się śmieją, jedna ładna pani do mnie zagaduje. O rany, jeszcze sobie tutaj posiedzę. Odlot o 13 a jest 05:20. Marcin pisze, że Kalkuta jest głośna i syfiasta. Agata już jedzie z Berlina do domu. Jej przygoda z adventure- hunters już się zakończyła. Czas na powrót do rzeczywistości. Patrzę na swój bagaż i mam pytanie: gdzie ja mam zostawić ten duży plecak? Przecież jestem już po ,,drugiej stronie''. E tam... Będę się martwił później.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jacek

cześć Jacek z tej strony udziele odpowiedzi na Twoje pytanie: sami się sponsorujemy. Podrozujemy za nasze własne pieniądze. Ciężko na nie pracowaliśmy. Ty kupujesz nowa pralkę i splacasz kredyty my jedziemy pod Everest. Pozdrowienia z Everest Base Camp.

b
buba

tiiaaa,podróż za 1grosz? .....a kto sponsoruje? to i ja pojade.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3