reklama

"Jolanta" zza murów getta

Leszek SzymowskiZaktualizowano 
Dziś w "Polsce" kolejny tekst o Irenie Sendlerowej, która uratowała 2,5 tys. żydowskich dzieci z getta. Przeczytaj także poprzednie teksty.

Gdy szła do getta, pod płaszczem chowała szczepionki, leka rstwa i żywność. Wracając, pod tym samym płaszczem wynosiła żydowskie dzieci skazane przez Niemców na zagładę

Bohaterstwo i niewiarygodna odwaga - tak Marek Edelman, ostatni żyjący przywódca powstania w getcie warszawskim, opisuje postawę Ireny Sendlerowej. Nie tylko dzięki jej odwadze, ale także niezwykłej determinacji i geniuszowi organizacyjnemu w płomieniach i od niemieckich kul nie zginęło w getcie dwa i pół tysiąca dzieci, które Sendlerowa z narażeniem własnego życia wyniosła poza mury.

"Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat" - ten werset Talmudu wyryto na medalu "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata", który w 1965 roku otrzymała Irena Sendlerowa w Izraelu. Ten napis widnieje również na jej drzewku w instytucie Yad Vashem. Ona uratowała 2,5 tysiąca światów, razem z przyjaciółmi wynieśli je pod płaszczem lub kożuchem z piekła getta. I dla każdego z nich znaleźli rodzinę, u której maluch mógłby zamieszkać i przetrwać wojnę.

"To dzięki niej przeżyłem wojnę i okupację" - mówi profesor Michał Głowiński z Instytutu Badań Literackich PAN, który jako dziecko został ocalony przez Sendlerową. "Umieściła mnie w zakładzie prowadzonym przez zakonnice, służebniczki Najświętszej Marii Panny, które prowadziły zakład dla dzieci przy obecnej granicy polsko-ukraińskiej. Tam dotrwałem do końca wojny. Mojej matce znalazła pani Irena pracę służącej w Otwocku, gdzie także przetrwała okupację".

Kiedy ludzie mówią o Irenie Sendlerowej, prócz takich określeń jak właśnie odwaga, dobroć, zaangażowanie, często pojawia się też poczucie humoru. To ono pozwalało jej zachować zimną krew i cieszyć się, kiedy mogła zagrać Niemcom na nosie.

Listopad 1940 roku. Jesienny wieczór, jeden z wielu dni grozy w okupowanej Warszawie. Krople deszczu bębnią o szyby i tworzą kałuże na ulicach. Lodowaty, porywisty wiatr skręca warkocze z wilgotnych liści i uderza nimi o twarze przechodniów. Do bramy wyjściowej warszawskiego getta zbliżają się dwie kobiety. Obie otulone w płaszcze. Starają się iść powoli, naturalnie, jednak ich niecierpliwe, badawcze spojrzenia i nerwowe ruchy głowy zdradzają strach.

Przed bramą słyszą krótką komendę "Halt", widzą, jak w ich stronę zwracają się lufy pistoletów maszynowych. Spod reflektora wychyla się wykrzywiona wściekłym grymasem twarz gestapowca. Jest wściekły. Leje jak z cebra, a jemu każą sterczeć przy tym murze. Nie rozumie tego. Gdyby od niego to zależało, posłałby wszystkich Żydów do pieca. Ale rozkaz to rozkaz. Z rozkazem się nie dyskutuje. Kazali mu kontrolować wszystkich, którzy wychodzą z getta, to kontroluje.

Mechanicznym ruchem sprawdza dokumenty. Obie kobiety mają legitymacje pracowników społecznych. Tym wolno wchodzić do getta. Niemiec otwiera bramę i puszcza je do aryjskiej części Warszawy. Kiedy go mijają, jego uszu dochodzi stłumiony płacz. Zrywa się, szarpie jedną z kobiet tak, że na boki pryskają guziki jej płaszcza. I widzi, jak pod płaszczem kuli się maleńkie dziecko. Płacze z głodu i zimna. Kobieta przyciska je mocniej do piersi.
W ostatnim odruchu desperacji, mówi po niemiecku: "Nie dotykaj! Jest chore na tyfus". Zdezorientowany Niemiec cofa się z przestrachem. Tyfus to najgorsze, co mógł usłyszeć. Boi się, że jeśli dotknie dziecka, sam się zarazi. " Weg!" - mówi rozkazującym tonem. Obie kobiety znikają w mrokach nocy. Deszcz głuszy ich kroki.

"Najtrudniejsze wcale nie było przejście przez tę strażnicę" - powie Sendlerowa dziennikarzom ponad 60 lat później. "Najtrudniej było przekonać matkę, by zgodziła się oddać dziecko. Wyobraźcie sobie dramat kobiety, która stojąc w obliczu transportu do obozu koncentracyjnego, musi zdecydować, czy powierzyć dziecko całkiem obcej kobiecie. Łez, krzyków i dramatów tych żydowskich matek nie zapomnę do śmierci".

Płaczące matki, które zdawały sobie sprawę z tego, że najpewniej już nigdy nie zobaczą swoich dzieci, śnią się Irenie po nocach. Sendlerowa zapamiętała Rebekę - młodą Żydówkę, którą poznała jeszcze przed wojną. Jej rodziców wywieziono pierwszym transportem. Nie ujrzała ich już nigdy. Jej mąż został schwytany w łapance ulicznej i wywieziony do obozu koncentracyjnego. Słuch o nim zaginął. Rebeka była w zaawansowanej ciąży, gdy trafiła do getta.

Tam, w strasznych warunkach, urodziła syna. Nowo narodzony synek był jedyną bliską osobą, jaka została jej na świecie. Za nic nie chciała się z nim rozstać, oddać obcym ludziom. Ale zdawała sobie sprawę, że codziennie ginie wielu Żydów, że i ona może w każdej chwili umrzeć lub trafić do obozu zagłady. A dziecko wraz z nią. Nie może na to pozwolić. Rebeka waha się, przeżywa męczarnie.

Po dwóch dniach zmienia decyzję. Oddaje dziecko Irenie. I ze łzami w oczach błaga: "Wyprowadź też mnie. Ja nie mam nikogo, tylko jego". W kamienicy na Woli chłopczykiem opiekuje się Janina Krzyżanowska - matka Sendlerowej. Ale jej samej w nocy śni się Rebeka - młoda, piękna, wykształcona dziewczyna z żydowskiej rodziny, której życie złamała wojna. Ma wewnętrzne przeświadczenie, że akurat tej kobiecie nie może odmówić.

Dwa dni później z legitymacją pracownika opieki społecznej idzie znów do getta. Towarzyszy jej przyjaciółka Janina. Pod płaszczami niosą jak zwykle lekarstwa, szczepionki przeciwko tyfusowi i trochę żywności. Spędzają kilka godzin, pracując wśród Żydów. Ale mają plan. Po południu Janina rozbiera się. Jej ubranie wkłada Rebeka. Janina zostaje w getcie na noc. To może być jej ostatnia noc, ale ryzykuje świadomie. Wszystko po to, aby ocalić niewinną żydowską kobietę.

Rebeka wychodzi z Ireną. Idą w stronę bramy. - Nie bój się, będziesz wolna - pociesza ją Sendlerowa. Kilka minut później rutynowa kontrola. Rebeka pokazuje legitymację Janiny. Niemiec macha ręką i wypuszcza obie kobiety. Godzinę później są na Woli. Tam Rebeka spotyka swoje dziecko. Następnego dnia trafiają oboje do zaprzyjaźnionej polskiej rodziny. U niej będą ukrywa się aż do końca wojny.
Rebece udaje się przeżyć, po wyzwoleniu wyjeżdża z Polski. Ponad pół wieku później Sendlerowa zobaczy ją ponownie - elegancką starszą panią. W filmie dokumentalnym amerykańskiej telewizji Rebeka opowiada o swojej wybawczyni. "Modlę się za nią codziennie" - mówi ze łzami w oczach. W filmie występuje też jej syn. Jest dojrzałym mężczyzną. Pracuje jako inżynier w Stanach Zjednoczonych.

Amerykańskiemu dziennikarzowi Rebeka opowiadała, że tamtego dnia, kiedy razem z Ireną Sendlerową wychodziły z getta, najbardziej bała się, kiedy stanęły przy bramie. Zamknęła oczy, czekając na strzał z pistoletu. Gdy wyszły na aryjską stronę, kilkakrotnie oglądała się z niedowierzaniem - że żyje, że nikt nie strzela. Sendlerowa wiedziała, że tego dnia wyjdą bezpiecznie. Wiedziała, bo strażnikami dowodził Hermann Lübcke.

Jeszcze kilka tygodni wcześniej Lübcke nigdy nie pomógłby żadnemu Żydowi uciec z getta. Wychowany w ideałach Hitlerjugend, fanatyczny nazista, zapatrzony w swojego Führera, nienawidził Żydów. Uważał ich za podludzi, których trzeba wytępić z powierzchni ziemi. Gdyby ktoś powiedział mu, że będzie współpracował z polskim wywiadem i pomagał w ratowaniu żydowskich dzieci i ich matek, roześmiałby się mu w twarz.

Ale musiał zmienić swoje zasady. Wkrótce po tym, jak zainteresował się nim polski wywiad i zorganizował specjalną akcję, która miała na celu zwerbowanie tego Niemca. To elita elit. Przed wojną tworzyli najsprawniejsze tajne służby na świecie, a w czasie okupacji kierowali najsprawniejszą w dziejach siatką konspiracyjną.

"Niemcy, którzy pełnili służbę wartowniczą, byli dla nas bardzo cennym narybkiem" - wspominał kpt. Stanisław Kostka ps. Dąbrowa, szef wywiadu i kontrwywiadu Armii Krajowej okręgu krakowskiego, który brał udział w pomaganiu Żydom i ratowaniu ich z getta. "Werbowaliśmy ich na podstawie materiałów kompromitujących. Szantażowani zgadzali się na współpracę.

Kostka podaje przykład młodej dziewczyny o semickich rysach, która na spacerach dawała się podrywać niemieckim oficerom. Jeden po drugim lądowali w jej łóżku. Wszystko fotografowali Polacy. Potem pokazywali zdjęcia namierzonemu Niemcowi i składali propozycję: albo pracujesz dla nas, albo te zdjęcia dostaną twoi przełożeni, a my im udowodnimy, że pracujesz dla nas.

Każdy niemiecki żołnierz wiedział, że za podejrzenia o romans z Żydówką grozi mu pluton egzekucyjny. Z reguły dobijali targu. On nie rewidował kobiet wracających z getta, a oni nie robili użytku z tych zdjęć.
"Niemcy, których w ten sposób pozyskiwaliśmy, z reguły bardzo lojalnie z nami współpracowali, bojąc się wpadki" - podkreśla kpt. Kostka. "Większość z nich myślała o tym, żeby przeżyć wojnę i nie chciała problemów".

Z kolei Krystian Waksmundzki, szef Związku Legionistów Polskich, zwraca uwagę, że na zmianę niemieckich zasad często wpływ miały pieniądze. "Bardzo dużo rzeczy można było w czasie wojny załatwić za łapówkę" - mówi. "Dzięki korumpowaniu niemieckich strażników udawało się odbijać więźniów, przemycać dla nich grypsy i wyciągać ludzi z getta. Nie mam wątpliwości, że organizacja pani Sendlerowej również stosowała te metody".

I dlatego Sendlerowa zawsze bezpiecznie wychodziła z getta, skrywając pod płaszczem żydowskie dziecko. Ale wynieść dzieciaka za bramę to było mało, trzeba mu było zabezpieczyć nowe życie. Odpowiednie dokumenty, dom, opiekę odważnych i gotowych ryzykować głową ludzi. Irena Sendlerowa przyciągała ludzi podobnych do siebie.

Była mistrzynią w organizowaniu podziemnej pracy. Koleżanki z pomocy społecznej na jej prośbę znajdowały dla ocalonych nowe rodziny, które nie obawiały się przyjąć ich pod swój dach. Skrzyknęła również pielęgniarki i lekarzy, którzy pomagali dzieciom odzyskać zdrowie zrujnowane za murami getta. Wieloma uratowanymi dziećmi opiekowała się również po tym, jak trafiły do nowych domów.
Dobrze zapamiętała to Elżbieta Ficowska - jedna z ocalonych: "Panią Irenę Sendlerową zapamiętałam jako swoją przyjaciółkę. Często bywała w moim domu rodzinnym. Była stale obecna w moim życiu. Współpracowała w czasie wojny z moją przybraną mamą Elżbietą Bussoldową, która była położną i również ratowała dzieci. To właśnie ona mnie przygarnęła, ale to pani Irena czuwała nad wszystkim. Ja się urodziłam w czasie wojny, więc tych czasów nie pamiętam. Zresztą nie zdawałam sobie z wielu rzeczy sprawy także później. Nic nie wiedziałam o swoim pochodzeniu przez długie lata. Dopiero jako młoda dziewczyna dowiedziałam się, że jestem Żydówką".

Grupa, która najściślej współpracowała z Ireną Sendlerową przy ratowaniu małych Żydów, liczyła kilkanaście osób. Dla bezpieczeństwa wzajemnie o sobie nie wiedzieli. Zimą 1942/1943 wszyscy, jako grupa, wstępują do Rady Pomocy Żydom "Żegota". Pamięta to dobrze Władysław Bartoszewski, późniejszy minister spraw zagranicznych:

"Kiedy ją poznałem, już ponad 65 lat temu, była przystojną, około 40-letnią panią i nosiła pseudonim Jolanta. Kiedy zimą z 1942 na 1943 rok wprowadziła do istniejącej już wtedy Rady Pomocy Żydom swoją grupę ludzi, nie wiedziałem, kim jest, jak się naprawdę nazywa. Koordynowała działalność wielu osób, które ratowały żydowskie dzieci" - wspomina prof. Bartoszewski.

Sendlerowa marzyła o tym, by Żydzi, którzy przeżyją piekło getta, mogli odnaleźć później swoje dzieci. W tym celu stworzyła tajne archiwum. Na bibułkach zapisuje nazwiska rodziców każdego dziecka i nazwiska Polaków, do których trafiło. Zapisane bibułki chowała w szklanej butelce, którą zakopywała pod drzewem na podwórku. Dzięki tym informacjom kilkanaścioro dzieci wróciło po wojnie do swoich rodziców. Większość nigdy.

Także dlatego, że część skrywanych danych przepadła w dzień aresztowania Sendlerowej. To było akurat w jej imieniny - 20 października 1943 roku - jak się potem okaże, jeden z najbardziej tragicznych dni jej życia. W mieszkaniu na Woli była jej matka, wówczas ciężko chora na serce, i łączniczka Żegoty. Rozmawiały cicho, gdy do mieszkania wpadli uzbrojeni Niemcy. Przyjaciółka Sendlerowej schowała pod pachę pieniądze i kartotekę organizacji zawierającą nazwiska pomocników, łączników, część zaszyfrowanych danych osób uwolnionych z getta. Niemcy wypuścili ją z kotła, wyszła, wynosząc dokumenty, ocalając dziesiątki osób, które Niemcy niechybnie by zamordowali - za to, że są Żydami, bądź za to, że Żydom pomagają.

Ale Irena Sendlerowa jeszcze tego samego dnia trafia na Pawiak. Wielokrotnie była przesłuchiwana i bita. "Do dziś mam na swoim ciele wizytówki tych nadludzi" - napisze później w swoich wspomnieniach. Gdy informacja o jej aresztowaniu dociera do kolegów z konspiracji, Żegota organizuje jej uwolnienie. Rozpoczyna się jedna z najbardziej sensacyjnych akcji państwa podziemnego.

W książce Teresy Prekerowej o Polakach, którzy podczas wojny organizowali pomoc dla Żydów, Sendlerowa wymieniona jest jako osoba, która miała ogromną wiedzę na temat funkcjonowania organizacji. Znała najdrobniejsze szczegóły: nazwiska i adresy rodzin ukrywających Żydów, łączników, dane identyfikujące żołnierzy polskiego wywiadu.

"Taka wiedza zawsze była szczególnie cenna dla hitlerowców, bo pomagała im rozbijać ruch oporu" - zwraca uwagę Krystian Waksmundzki. "Każdego więźnia bestialsko torturowano, aby wydobyć od niego informacje".

Nie było wątpliwości, że Niemcy będą torturować również Sendlerową. Gdyby się załamała, groziłoby to rozbiciem całej Żegoty.

Na szczęście komórki wywiadowcze Armii Krajowej i Żegota pozyskały wiele osobowych źródeł informacji wśród niemieckich oficerów. Jeden z nich był szefem zmiany warty na Pawiaku, tam gdzie więziona jest Sendlerowa. Za jego pośrednictwem przekazują jej gryps: "Wytrzymaj. Wyciągniemy cię". Ten list dodaje odwagi, "Jolanta" nie załamuje się na torturach. W lutym 1944 roku wyjeżdża w uzbrojonym konwoju do więzienia na aleję Szucha.
Tam ma zostać rozstrzelana. Pilnuje jej gruby niemiecki strażnik. Dwa dni wcześniej wziął sążnistą łapówkę za pomoc w jej uwolnieniu. Podczas apelu, przed egzekucją, wywołuje jej nazwisko. Mówi, że Sendlerowa ma wrócić na Pawiak, na dodatkowe specjalne przesłuchanie. Wyprowadza ją. Na Alejach Ujazdowskich na chwilę odwraca się. W tym momencie, tuż obok nich, z piskiem opon zatrzymuje się samochód.

Dwaj młodzi mężczyźni wciągają kobietę do wnętrza i natychmiast ruszają ostro na oczach zdumionych przechodniów. Niemiecki strażnik dla pozoru oddaje kilkanaście strzałów w powietrze. Bez rezultatu. "Gdyby nie ten człowiek, nie przeżyłabym wojny" - powie wiele lat później Sendlerowa. Gestapo wszczyna śledztwo w sprawie ucieczki więźnia. Dochodzeniowcy potwierdzają winę Niemca. Podejrzewają, że wziął za to łapówkę, ale nie są mu w stanie niczego udowodnić. Niemiecki strażnik zostaje za karę wysłany na front wschodni. Tam ginie w czasie walk z Armią Czerwoną.

Sendlerowa jest wolna. Skatowana, pobita, chora, ale wolna. Tego samego wieczoru na obwieszczeniu dotyczącym osób rozstrzelanych znajduje swoje nazwisko... "Potem, po wydobyciu jej z więzienia przez Żegotę, musiała być bardzo ostrożna, ale dalej prowadziła swoją działalność" - wspomina prof. Batoszewski.

Koledzy z konspiracji załatwiają jej fałszywe dokumenty. Sendlerowa nadal jest pracownicą pomocy społecznej, ale używa innego, fałszywego nazwiska. Niemcy go nie znają. Koledzy z konspiracji załatwiają jej kolejne "mety", na których mieszka po parę miesięcy.

"Rodzina, która zgadzała się przyjąć taką osobę pod swój dach, także znała tylko jej fałszywą tożsamość, aby liczba osób mogących naprowadzić na jej ślad była jak najmniejsza" - wspominał kpt. Kostka.

Gestapo kilkakrotnie wpadało do mieszkania matki Sendlerowej w kamienicy na warszawskiej Woli. Ale Janina Krzyżanowska zapewniała, że ostatni raz widziała córkę w dzień aresztowania, a potem nie miała z nią kontaktu. I tak wiele razy. W końcu, Krzyżanowska, ciężko chora na serce, umiera w połowie 1944 roku. Wcześniej przesyła córce list: "Jestem z Ciebie dumna. Nie rezygnuj". Gestapo i agenci są obecni w czasie mszy świętej i ceremonii pogrzebowej na cmentarzu. Wypatrują Sendlerowej, ale bezskutecznie. Tego dnia nie ma jej w pobliżu.

Sendlerowa, bojąc się aresztowania, nie uczestniczy w pogrzebie matki. Później, po wojnie, wspomni, że był to jej wielki dramat.

Do końca wojny ukrywa się. Tożsamość i dokumenty zmienia równie często, jak mieszkania. Dużo jeździ po Polsce, odwiedza kościoły i klasztory zakonne, szuka tam schronienia dla dzieci ocalonych z getta. Potem organizuje ich przerzut z Warszawy - poza stolicą ukrywa około dwóch tysięcy dzieci. Prawie wszystkim udaje się doczekać końca wojny.

W 1945 roku Niemcy opuszczają ziemie polskie. Życiowa misja Ireny Sendlerowej kończy się. Przez wiele lat, zapomniana przez swoich rodaków, będzie czekała, aż znów usłyszy o niej świat.

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Materiał oryginalny: "Jolanta" zza murów getta - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3