Kobieca twarz walki z pandemią. Poznajcie bohaterki z pierwszej linii frontu

Gabriela Bogaczyk
Gabriela Bogaczyk
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Teraz są przede wszystkim lekarkami i pielęgniarkami. Pod maseczką w pracy skrywają się jednak żony, matki, córki, babcie. Niektóre mają już za sobą zakażenie koronawirusem. Stres, zmęczenie, bezsilność, ale też radość i uśmiech, gdy kolejne osoby zdrowieją. - My naprawdę nie jesteśmy cyborgami, nie jesteśmy ludźmi ze stali. I zapewniam, że mimo grubej skóry, czasem też płaczemy – mówi jedna z naszych bohaterek.

Agnieszka Ponieważ, ordynatorka SOR w szpitalu przy al. Kraśnickich

Od dwunastu lat pracuję w zawodzie lekarza. Wybrałam medycynę ratunkową, bo nie chciałam zajmować się pacjentami przewlekłymi. Mam dosyć analityczny umysł. Lubię, żeby mój mózg myślał cały czas na wysokich obrotach. Ta praca nie pozwala mi się nudzić. Trzeba umieć podejmować trudne decyzje, i to szybko. Nie wyobrażam sobie innej specjalizacji. Chyba, że za dziesięć lat wysiądzie mi kręgosłup, to wtedy zastanowię się nad byciem lekarzem rodzinnym. Zakochałam się w medycynie ratunkowej na stażu podyplomowym. I na razie ta miłość trwa.

To nie jest tak, że nie żałuję w ogóle tego wyboru. Czasami te myśli pojawiają się, gdy przychodzi do mnie 6-letnie dziecko ze łzami w oczach, pytając „mamo, dlaczego musisz iść znowu na dyżur”. Natomiast nie wiem, czy ja bym się spełniła w innej pracy. Aczkolwiek staram się trochę zwolnić tempo z racji operacji kręgosłupa szyjnego i wypadnięcia dysku. Któregoś dnia obudziłam się na dyżurze i nie poczułam po prostu ręki. Na szczęście operacja się udała, ruszam rękami i nogami. Mimo to, tempo pracy znacznie przyspieszyło przez pandemię.

Każdy z nas jest już przemęczony. Jedziemy na ostatnich oparach w baku. Najgorsze jest to, że jesteśmy coraz bardziej bezsilni wobec tego, co się dzieje. Na miejscach izolacyjno-obserwacyjnych zalegają pacjenci z podejrzeniem koronawirusa, bo czeka się długo na wynik. Jak już przyjdzie wynik pozytywny, to nie mamy często gdzie przesłać pacjenta, bo na oddziałach zakaźnych wszystko jest zajęte. To powoduje, że nie ma łóżek dla kolejnych pacjentów do diagnostyki. Stąd te kolejki karetek pod SOR-ami. Każdy nasz zapał, chęć niesienia pomocy, w pewnym momencie się kończy, bo po prostu już nie mamy siły. Musze powiedzieć, że w czasie pandemii obserwujemy, że jest mniej ludzi na SOR-ze. Gdzieś z tyłu głowy pojawia się pytanie, gdzie są te wszystkie zawały, udary, przewlekłe choroby, nadciśnienie płucne. Gdzie oni są? Smutne jest to, że na SOR-ze wykrywamy teraz nowotwory, bo diagnostyka jest opóźniona. Teleporada wszystkiego nie załatwi.

Najtrudniejszy moment? Ostatni maraton w pracy, bo część współpracowników się pochorowała. W ciągu dziesięciu dni miałam 6 dyżurów. Czasem potrzebujemy regeneracji. Miałam lecieć w końcu z rodziną na wakacje, ale jestem teraz na kwarantannie. Mężowi wyszedł plus i urlop spędzamy w domu. Wszyscy pewnie będziemy musieli zetknąć się z koronawirusem. Oby jak najpóźniej. Chciałam nam wszystkim życzyć zdrowia. Proszę też o wzajemną życzliwość na linii lekarz –pacjent. Żebyśmy pod tymi maskami wzajemnie się do siebie uśmiechali. My naprawdę nie jesteśmy cyborgami, nie jesteśmy ludźmi ze stali. I zapewniam, że mimo grubej skóry, czasem też płaczemy.

Marta Markiewicz-Zięba, lekarka z kliniki chorób zakaźnych SPSK1

Przechorowałam właśnie z rodziną koronawirusa. Może zabrzmi to trochę absurdalnie, ale te trzy tygodnie traktowałam też trochę jako chwilę oddechu od pracy. Dyżury w ostatnim czasie były bardzo ciężkie, chorych przybywało zawrotnym tempie, zmęczenie narastało. Już w sierpniu zaczęło brakować miejsc. Do tego przerażająca była ta świadomość, że w klinice mamy pacjentów w bardzo ciężkich stanach, a wychodzę z pracy i widzę tłumy ludzi bez maseczek na deptaku, w kawiarniach. Czułam się jakby to były dwa różne światy. Wychodziłam z tego, gdzie ludzie umierają, a wchodziłam do drugiego, które tętniło życiem.

Mimo kontaktu z setkami chorych, to na oddziale zakaźnym czułam się najbezpieczniej. Najlepszym dowodem jest to, że nie zaraziłam się w pracy. W naszym przypadku to mąż zakaził się w swoim miejscu pracy, od niego nasza dwójka dzieci, a na koniec ja. Wszyscy przechodziliśmy koronawirusa objawowo, ale na szczęście bez zapalenia płuc. U mnie wystąpiły silne bóle głowy, wymioty, duże osłabienie, które uniemożliwiało dosłownie wyjście z łóżka.

Na początku epidemii wszyscy niewiele wiedzieliśmy o koronawirusie, dlatego pojawiał się po prostu strach o najbliższych. Z tego względu przez pierwsze dwa miesiące nie widziałam się z rodziną. Musieliśmy potraktować sprawę priorytetowo, jako zakaźnik nie wyobrażam sobie zostać w domu w czasie epidemii, gdy pacjenci potrzebują pomocy, a moi koledzy pracują ponad siły. Mąż wziął wolne w pracy, wyjechał i opiekował się dziećmi. Dla mnie jako kobiety, matki, żony to były najtrudniejsze chwile. Do tego, córeczka pytała: „mamo, czy opiekując się tymi chorymi, ty też się zarazisz i umrzesz?”. Takie pytania mrożą. Muszę powiedzieć, że z tego względu „cieszę się” z tego naszego rodzinnego chorowania, bo mogliśmy być w domu i spędzić razem czas. Nie bez znaczenia w tych trudnych chwilach było wsparcie najbliższych i sąsiadów, np. poprzez modlitwę czy dosłownie przez dostarczanie zakupów.

Pamiętam każdego pacjenta, który mi umierał. Bardzo przykre jest to, kiedy pojawia się już niewydolność oddechowa, a oni są dalej świadomi. Pamiętam mężczyznę, który przez tydzień umierał w takich cierpieniach. Tego nie da się zapomnieć. Są ciężkie chwile, ale jest też radość, gdy następni ozdrowieńcy opuszczają oddział. Jak sama chorowałam, to przypomniałam sobie przeuroczą 89-letnią babcię, gdzie na początku ciężko było uwierzyć, że z tego wyjdzie. Zrobiliśmy maksymalnie, co się dało. Po 4 tygodniach ze łzami w oczach wypisywaliśmy ją zdrową do domu. Takie chwile motywują i dają siłę na kolejne dni pracy.

Krystyna Chałabis-Gnat, pielęgniarka oddziałowa SOR w SPSK4

Pierwsze co robię, jak wychodzę z pracy, to zastanawiam się, gdzie stoi mój samochód, bo z tego przemęczenia zdarzało się, że nie pamiętam, gdzie zaparkowałam. Później włączam głośno muzykę poważną i w tym momencie cały stres mi odpływa. Od 31 lat jestem pielęgniarką. Do trudnej pracy jestem przyzwyczajona. W czasie epidemii pojawiają się jednak nowe sytuacje, z którymi nie mieliśmy wcześniej do czynienia. Kupiłam sobie teraz nawet sportowe buty do „biegania” między budynkiem SOR, a kontenerem, gdzie odbywa się triaż nowych pacjentów. Chcę żeby było wygodnie i bezpiecznie, bo raz zdarzyło mi się już potknąć, a nie chciałabym pójść na zwolnienie lekarskie w tym czasie.

Przyznaję, że nie ma teraz lekkich dyżurów. Jestem z natury osobą bardzo pogodną, spokojna byłam kiedyś. Staram się zarazić tym pozytywizmem ludźmi wokół siebie. Niepowodzenia próbuję szybko naprawiać. Tłumaczę sobie, że jestem osobą stworzoną do tego celu, to jest moje pięć minut. Nie mówię, że nie popełniam żadnych błędów, ale wiem, że gorsza decyzja jest lepsza, niż brak jakiejkolwiek. Mąż mnie nauczył, żeby nie złościć się na człowieka, a na sytuację. Duża część pracowników potrzebuje się po prostu wygadać i zapomnieć, coś na zasadzie wyrzucenia złych emocji.

Jak wracam do domu, to uwielbiam kanapę i pilota. Muszę przyznać, że od kwietnia staram się robić codziennie notatki z różnych wydarzeń. Może się to kiedyś przyda, aby coś sprawdzić, powspominać, poradzić. Wpisuje tam różne hasła, powiedzonka, żarty sytuacyjne z pracy, np. „z rynny leje się woda wprost na wejście, czyli jest nam niepotrzebny już żaden prysznic”. Z czasem może okaże się, że zaprocentuje to w postaci komiksu z czasów pandemii. I będziemy się z tego śmiać, kiedy pójdę już na emeryturę.

Urszula Kostrzanowska, ratownik medyczny, dyspozytorka w chełmskim pogotowiu

Mam dwuletnią córeczkę. Akurat we wtorek były urodziny, a mama ... w pracy na dyżurze. Szczerze, z dnia na dzień, nie mam już takiej werwy, jak jeszcze na wiosnę. Żeby było jasne, nie wyobrażam sobie robić czegoś innego. Karetka na sygnale, to jest co chciałam robić. Jesienna fala jest na o wiele większą skalę. Teraz jest tak, że nie ma czasu nawet pójść do łazienki. Jak słyszę tych chojraków, którzy mówią, że nie ma pandemii, to polecam im postukać się w głowę.

Inaczej się to odbiera, gdy ma się bezpośredni kontakt z zakażonymi w ciężkim stanie, którzy po prostu się duszą. W oczach takich osób widać strach. Każdy oddech to cierpienie. Wtedy modlę się w duchu, żeby tylko zdążyć dojechać karetką do szpitala. A zdarzają się wyjazdy np. z Krasnegostawu do Puław, albo z Chełma do Dęblina, bo oddziały zakaźne odmawiają przyjęcia ze względu na brak miejsc. Dlatego do pracy jedzie się trochę z przerażeniem.

Mam zasadę, że jak przekraczam bramę pogotowia, to zapominam zupełnie o pracy. Gdy wchodzę do domu, to mam zupełnie inny świat. Wtedy są klocki, zabawa, pranie, odkurzanie. Relaksuje mnie koszenia trawy w lecie, a w zimę odśnieżanie. Uwielbiam również przestawianie mebli. Przed szkołą medyczną skończyłam technikum budowlane, dlatego na punkcie małych robót mam hopla: uwielbiam malowanie, układanie tapet, rozkręcanie mebli. Właśnie się zastanawiam, czy kuchnia przypadkiem nie wymaga już malowania.

Od 15 lat jestem ratowniczką w pogotowiu. Pracuje w podstacji w Żółkiewce oraz w Krasnymstawie. Jestem też dyspozytorem w stacji pogotowia w Chełmie. Poza pracą w ogóle z kolegami nie rozmawiamy o naszych wyjazdach. Dzielimy się przeżyciami na bieżąco w stacji. Rozładowujemy emocje również poprzez żarty. Ze mnie się śmieją, że buzia mi się nie zamyka. Mówią, że albo śpię albo gadam. Mnie nie widać, ale słychać, bo jestem niska.

Barbara Hasiec, ordynator oddziału chorób zakaźnych dziecięcych w szpitalu im. Jana Bożego

Już w styczniu tego roku, mieliśmy świadomość, że coś się dzieje, bo zgłosiła się do nas na izbę przyjęć dziewczynka z Chin, która była u swojego brata. Miała gorączkę i było podejrzenie, że mogła przywieźć stamtąd koronawirusa. Zdaliśmy sobie sprawę, że to kwestia czasu, kiedy wirus dotrze do Polski, dlatego zaczęliśmy się przygotowywać, gromadzić sprzęt, środki ochronne, wydzielać strefy na oddziale, dzięki czemu nie było później paniki.

Na szczęście dzieci nie chorują ciężko. Od początku epidemii mieliśmy około 100 dzieci hospitalizowanych w oddziale oraz drugie tyle w warunkach domowych. Obecnie zauważamy dwa zjawiska. Pierwsza grupa to dzieci przewlekle chore, które oprócz głównego schorzenia, mają do tego jeszcze koronawirusa. Drugą grupą, która się pojawiła dopiero teraz, są niemowlęta z zakażeniem. Najmłodsze, które do nas trafiło, miało sześć tygodni, są też 4-6 miesięczne czy półtoraroczne dzieci. Duża część z nich ma zapalenie płuc.

Jako zakaźnik pracuje od 38 lat. Moje życie to teraz tak naprawdę: dom-praca, praca-dom, żeby nie narażać innych i siebie na zakażenie. Choć mi się to jednak nie udało. Jestem po chorobie covid-19, ale nie nabyłam jej w pracy. Mnie zakażenie przywiózł syn, który przyjechał w odwiedziny, nie wiedząc, że jest chory. Mimo wieku, obciążeń i chorób towarzyszących udało mi się dość łagodnie przejść chorobę. Była izolacja, był szpital, ale na szczęście wyszliśmy z tego cało. Obecnie jestem trochę słabsza, ale dalej służę pacjentom, bo wiem jak ważna jest dzisiaj pomoc służby zdrowia. Mimo, że upłynęło kilka miesięcy, to w dalszym ciągu mam problemy z węchem, nie czuję zapachu pięknych perfum, nad czym bardzo ubolewam.

Z jednej strony dobrze mieć już za sobą koronawirusa, ale lepiej w ogóle nie mieć takiego doświadczenia. Wolałabym nie chorować. Najważniejsze jest teraz stosowanie się do ograniczeń. One są po to, żeby spowolnić epidemię, żeby służba zdrowia była gotowa pomóc wszystkim potrzebującym. Jako całe społeczeństwo powinniśmy podjąć walkę z koronawirusem. Podstawą jest noszenie maseczek. Od lat walczyłam z ruchami antyszczepionkowymi. Chciałabym im teraz powiedzieć, że właśnie tak wygląda świat bez szczepionek.

Anna Bernaszuk, kierownik działu nadzoru sanitarno-epidemiologicznego w SPSK4

Mam męża i dwójkę dzieci: 22-letnią córkę, która studiuje filologię angielską i syna w wieku 16 lat, który jest uczniem technikum chemicznego. Zajmuję się epidemiologią szpitalną od 2001 roku. Jednak muszę przyznać, że ten rok jest tak pracowity, jak wcześniejsze 18 lat razem. Jak jest potrzeba to pracuję wieczorami i w nocy. Jestem pielęgniarką i ukończyłam specjalizację z pielęgniarstwa epidemiologicznego. Moją rolą jest wprowadzenie takich procedur bezpieczeństwa, aby szpital przeszedł w miarę łagodnie przez epidemię. Prowadzę nadzór nad zakażeniami. W praktyce oznacza to: liczenie, robienie statystyk, opracowywanie ognisk, ustalanie kontaktów, do tego aktualizowanie przepisów.

Właściwie od marca „pracuję na infolinii”, bo dostajemy dziesiątki telefonów dziennie ze strony pracowników szpitala w sprawie ryzyka zakażeń i procedur bezpieczeństwa. Mimo, że nasz personel szpitala jest przecież medyczny, to większość pracowników reaguje na wiadomości o koronawirusem lękiem. To jest bardzo ludzkie i jak widać nawet wykształcenie medyczne nie daje tarczy ochronnej przed zwykłym strachem w sytuacji zagrożenia. Wtedy ich uspokajamy, wyjaśniamy, udzielamy wsparcia. Czasem jest to coś w rodzaju przyspieszonego kursu psychoterapii. Jestem też wojewódzkim konsultantem w dziedzinie pielęgniarstwa epidemiologiczengo, dlatego mam setki telefonów od koleżanek z regionu, które dzwonią spanikowane z różnymi problemami w szpitalach. Generalnie mam spokojny charakter, ale czasem potrafię wybuchnąć i „ugryźć” przez telefon. Jestem zodiakalnym bykiem, więc czasem bywam uparta. Natomiast jeśli wybuchnę, a okaże się, że nie mam racji, to wtedy się potrafię przyznać.

Jak wracam do domu to nawet nie włączam telewizji. Staram się odcinać od natłoku negatywnych informacji i tej nagonce podkręcającej niepokój. Dla zdrowia psychicznego przyjęłam zasadę, że w ciągu dnia poświęcam pół godziny na śledzenie bieżących statystyk, bo muszę mieć rękę na pulsie. Relaksuję się przy czytaniu książek. Jeśli jestem zestresowana to kładę się po prostu spać. To jest dla mnie najlepsza regeneracja. A jak już jestem naprawdę zestresowana, to pieczę ciasta. W ostatnią sobotę był to „Leśny mech”, który dzieci uwielbiają. Już nie ma ani kawałeczka.

Nina Mościcka, pielęgniarka oddziałowa w klinice chorób zakaźnych SPSK1

Jestem pielęgniarką z 40-letnim stażem pracy. Przez lata związana byłam z blokiem operacyjnym. Od 2016 roku pracuję w klinice chorób zakaźnych. Do tej pory w oddziale zajmowaliśmy się pacjentami z mniej inwazyjnymi chorobami, typu borelioza, WZW typu A, B, C, clostridium difficile, odra, grypa. Pierwszy pacjent z koronawirusem został przewieziony do nas 12 marca. Wcześniej obserwując to, co się dzieje za granicą, liczyliśmy, że może jakoś nas to ominie, przejdzie bokiem. Oczywiście to było złudne i spowodowane strachem przed nieznanym. Jednak nikt nie pokazywał tego w pracy. Mam cudowny zespół pielęgniarek, bo kiedy słyszeliśmy, że część medyków w Polsce poszła na zwolnienia lekarskie, to u nas wszyscy zostali. Nie było uciekinierów. Wiemy, że musimy pracować w czasie pokoju, ale też i wojny. To, co się dzieje teraz, to tak naprawdę rodzaj wojny.

Może zabrzmię jak wariatka w tych czasach pandemii, ale ja kocham swoją pracę. Pomimo codziennego zmęczenia i stresu, jesteśmy razem. Wszyscy pracownicy kliniki tworzą zgrany zespół: lekarze, pielęgniarki, ale też zespół sprzątający, czyli wspaniałe kobiety, które nie poszły na zwolnienia mimo, że warunki pracy są trudne. Wielkim przeżyciem, myślę, że dla wszystkich, był zgon pierwszego pacjenta z koronawirusem. Pacjent trafił do nas z lekkimi objawami, a nagle jego stan zdrowia się pogorszył. To był bardzo przykry moment.

Jestem silną osobowością, ale to nie oznacza, że się nie boję koronawirusa. Od początku marca nie zdjęłam maseczki w miejscach publicznych, nawet będąc na urlopie nad morzem. W pracy bywam cholerykiem dla osób spoza oddziału, potrafię podnieść głos, mówić tonem zdenerwowanym, ale nigdy wobec mojego zespołu, który staram się wspierać i motywować. Po dyżurze odpoczywam najchętniej w domu, z rodziną oraz spędzając czas z moją dwuletnią wnuczką. Na pewno złe fluidy ściąga też moja kocica Lady. Pomaga mi również wiara. Czerpię z niej niesamowitą siłę. Jak rozmawiam z Panem Bogiem, to proszę zawsze, żeby koronawirus ominął nasz cały zespół w klinice, bo kto będzie nieść wsparcie chorym, jeśli nas zabraknie.

Mięsożerni mężczyźni bardziej szkodliwi

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.