Krzysztof Cugowski: kombinowanie w muzyce nie daje sukcesu

Michał Dybaczewski
Michał Dybaczewski
Udostępnij:
Trzymając się zasady pacta sunt servanda rozdział zatytułowany „Budka Suflera” uważa za zamknięty, ale działa na własną rękę koncertując z Zespołem Mistrzów – Krzysztof Cugowski w weekend zaśpiewa w lubelskim CSK (piątek) i Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej w Olsztynie (niedziela). Przy tej okazji legendarny wokalista w wywiadzie dla Kuriera Lubelskiego mówi m.in. o tym, jak to wszystko się zaczęło, dlaczego w muzyce nie warto kombinować, dlaczego nie udało się zaśpiewać w duecie z Ozzym Osbournem i dlaczego „Cień wielkiej góry” nagrany dzisiaj nie odniósłby komercyjnego sukcesu.

Kiedy i kto odkrył pana talent wokalny?

Nikt na to nie zwrócił uwagi (śmiech). Od pierwszej klasy szkoły podstawowej chodziłem do szkoły muzycznej, ale jakoś śpiewaniem się nie zajmowałem. Potem poszedłem do ogólniaka i powiem panu szczerze, że w ogóle nie myślałem o tym, żeby zajmować się muzyką. Paradoksalnie, od muzyki trochę mnie odstraszyła szkoła muzyczna. Dopiero po maturze, na pierwszym roku studiów, zupełnie przez przypadek spotkałem dwóch kolegów, którzy muzykowali. Zaczęli do mnie przychodzić, grali na gitarach, a ja z konieczności śpiewałem – taka zabawa. I tak się zaczęło, „od rzemyczka do koniczka”, całkowity przypadek. To, że będę na scenie przez ponad 50 lat nie śniło mi się w najśmielszych snach…

Zrezygnował pan z, co by nie mówić, prestiżowych studiów, jakimi jest prawo. To była przemyślana decyzja?

Jak się ma 22-23 lata to naprawdę bardzo trudno jest określić, co człowiek chce robić. Pewnie tacy ludzie są, ale ja konkretnego planu na życie wówczas nie miałem (śmiech). Na moją decyzję wpłynął cały cykl przypadkowych sytuacji i szczęśliwych zbiegów okoliczności. Zanim nagraliśmy utwór „Sen o Dolinie” („Ain’t No Sunshine”) z repertuaru Billa Withersa, byliśmy zespołem lokalnym, znanym głównie w Lublinie. Graliśmy w różnych klubach, a na stałe w nieistniejącym już klubie Arcus przy ulicy Narutowicza. Nic większego jednak z tego nie wynikało: ani pieniądze, ani popularność. Zaczęliśmy się z Romkiem Lipko zastanawiać, jak tę sytuację zmienić, a muszę panu powiedzieć, że byliśmy o krok od decyzji, żeby zakończyć działalność i się rozejść. Tu z pomocą przyszedł Jurek Janiszewski z Radia Lublin. Namówił nas do nagrania wspomnianego już utworu Billa Withersa, do którego polski tekst napisał kolega Jurka, Adam Sikorski. Z tym „Snem o Dolinie” Jurek Janiszewski pojechał do Warszawy i tak się zaczęło… Z lokalnego zespołu staliśmy się znani na całą Polskę. Gdybym wiedział, że na scenie spędzę 50 lat to może bym inaczej skonfigurował swoje decyzje (śmiech). Ale już całkiem poważnie mówiąc, uważam się za muzyka spełnionego i o nic nie mam pretensji, wszystko udało się bardzo fajnie. Teraz pozostaje mi już tylko mieć nadzieję, że Stwórca zatrzyma mnie po tej stronie jak najdłużej.

Wasz debiut fonograficzny „Cień wielkiej góry” jest albumem kultowym. Często jest tak, że pierwsze płyty powstają w wyjątkowych okolicznościach. Przykładowo, „Astigmatic” Krzysztofa Komedy nagrano w jedną noc bez jakichkolwiek wcześniejszych prób, a Michała Urbaniaka w ostatniej chwili zastąpił Zbigniew Namysłowski. Czy nagrywaniu waszej debiutanckiej pyty towarzyszyły jakieś szczególne okoliczności?

Poruszył pan bardzo istotą sprawę, często pomijaną przez dziennikarzy, a mianowicie pierwszych płyt różnych wykonawców, które potem okazują się kultowe. Powiem panu dlaczego tak się dzieje. Otóż muzycy, którzy nagrywają swoje debiutanckie płyty nie kombinują, nie próbują robić czegoś, co za wszelką cenę spowoduje sukces. Nasza pierwsza płyta była zupełnie spontaniczna, bez kalkulacji, zawarliśmy na niej dokładnie to, co mieliśmy wówczas w głowach. Nie interesowało nas, czy piosenka będzie miała 3 minuty, czy 22 minuty, jak suita „Szalony koń”. Podobnie było z drugą płytą „Przechodniem byłem między wami”, która pod względem stylistyki i wykonania była krokiem naprzód. Często do tej płyty wracam, jest znakomita, mimo, że nie odniosła takiego sukcesu komercyjnego, jak debiut. Gdy pomyślę, że nagrywając ten album mieliśmy 26 lat to mam ogromną satysfakcję, że w tak młodym wieku byliśmy w stanie wydobyć z siebie coś zupełnie nietuzinkowego, coś co weszło do kanonu polskiej muzyki rockowej. Stało się tak właśnie dlatego, że nikt nie kombinował!

Dla ortodoksyjnych fanów Budka Suflera to właśnie dwa pierwsze albumy, ale wy poszliście dalej i płytą „Nic nie boli tak jak życie” wkroczyliście na komercyjny szlak. I to jaki! „Takie tango” grano nie tylko w radiu, ale również na odpustach i festynach. Ta komercjalizacja Budki była decyzją zespołową?

Wyszło to trochę samoczynnie. Piosenką promującą album miał być utwór „Jeden raz”, ale życie napisało własny scenariusz. Kiedy płyta wyszła byliśmy akurat w Australii i nie wiedzieliśmy jaki jest jej odbiór w Polsce. Po powrocie trafiliśmy na Inwazję Mocy organizowaną przez radio RMF. Pierwszy koncert graliśmy na stadionie w Lesznie. Jak zagraliśmy „Takie tango” to wszyscy zwariowali, łącznie z nami. Nie wiedzieliśmy co się dzieje. „Takie tango” swoją mocą uniwersalnego przeboju „przykryło” zupełnie pozostałe utwory, bo w rzeczywistości „Nic nie boli tak jak życie” nie jest wcale komercyjną płytą. „Takim tangiem” weszliśmy na inny pułap – staliśmy się popularni wśród słuchaczy od 5. do 105. roku życia. To był plus, ale był też minus, a mianowicie straciliśmy charyzmę zespołu rockowego. Próbowaliśmy ją odzyskać w końcowym etapie działalności, m.in. nagrywając po raz drugi debiutancki album, ale było ciężko, bo jeśli się raz w coś wpadnie to trudno z tego wyjść. Wspomniał pan, że dla starszych fanów Budka to dwie pierwsze płyty, ale z kolei dla 30-latków Budka to „Takie tango” i „Bal wszystkich świętych”. Oczywiście nie odżegnuję się od komercyjnego dorobku zespołu, bo dzięki temu w wieku 50 lat mogłem postawić sobie dom i zacząłem jeździć lepszymi samochodami, a nie jakimiś starymi „struclami”. Coś za coś. Znam kilku ortodoksyjnych muzyków, którzy z żelazną konsekwencją trzymają się rockowego anturażu, ale będąc już w podeszłym wieku mają kłopoty z życiem na co dzień.

Czy w obecnych czasach album taki jak „Cień wielkiej góry” miałby szansę na komercyjny sukces, czy jednak nie sprostałby regułom popkultury?

Raczej to drugie. W radiu dobre polskie zespoły rockowe usłyszy pan wyłącznie w nocy, czyli wtedy, kiedy większość ludzi śpi. Oczywiście, życie rockowe istnieje, są bardzo ciekawi, młodzi wykonawcy, zespoły, ale mało kto o nich słyszał – grają w małych klubach, za małe pieniądze i z trudnością utrzymują się przy życiu. Kiedy ja zaczynałem muzyka rockowa była mainstreamem, teraz jest niszą.

Kiedy pan zaczynał rock był mainstreamem, ale życie w PRL-u powodowało, że byliśmy odcięci „żelazną kurtyną” od Zachodu, więc kariera za granicą była niemożliwa. Teraz z kolei – o czym pan poniekąd wspomniał – współczesna popkultura odcina „żelazną kurtyną” dziełom ambitnym i wartościowym dostęp do szerszej publiczności. Które czasy można zatem uznać za lepsze dla muzyków?

Teoretycznie muzyk teraz ma łatwiej, posiada bowiem dostęp do wszelkiego typu narzędzi, nie napotyka problemów, jakie mieliśmy my działając na zasadzie prób i błędów, w oparciu o intuicję. Byliśmy ślepcem, który porusza się po omacku. Niemniej jednak fakt, że współcześni muzycy mają wszystko na wyciągnięcie ręki powoduje, że stają się leniwi: są sprawni technicznie, ale w tym co robią nie ma ducha i pomysłu. Teraz coraz częściej mówi się, że ktoś „wyprodukował płytę”, ale co to znaczy? Produkować można nakrętki…

W 2004 z okazji 30-lecia istnienia zespołu nagrywaliście płytę „Jest”. Pamiętam jak w 2008 roku w holu Radia Lublin Jerzy Janiszewski z pasją opowiadał o tym, że bardzo mało brakowało żeby zaśpiewał pan w duecie z samym Ozzy’m Osborurne’m. Zresztą, potem w jednym z wywiadów informację tę potwierdził Tomasz Zeliszewski. Dlaczego się nie udało zaśpiewać razem z Ozzym?

Płytę „Jest” nagrywaliśmy w Los Angeles w Village Studio. Zebraliśmy zacny skład: Steve Lukather z Toto na gitarze, współpracujący w przeszłości z Milesem Davisem Marcus Miller na basie i grająca u Prince’a Sheila E. na tzw. „przeszkadzajkach”. Szukaliśmy kogoś, kto by zaśpiewał ze mną w duecie. Padł pomysł, że będzie to właśnie Ozzy. Zabiegi ku temu podjęte zostały kilka lat wcześniej, kiedy Ozzy był w „dołku” popularności i nawet wstępnie się z nim dogadaliśmy. Jednak, gdy chcieliśmy już konkretnie zmaterializować ten pomysł Ozzy był na „fali” po gigantycznym sukcesie programu „The Osbournes”, jego wymagania finansowe znacząco wzrosły i nie byliśmy w stanie im sprostać. Było jednak naprawdę blisko… Był też moment, że toczyły się rozmowy z Jackiem Bruce’m z supergrupy Cream, ale on już wtedy bardzo podupadł na zdrowiu.

Pamiętam swój smutek, kiedy na koncercie w Warszawie w 2004 roku Ian Gilian, wokalista Deep Purple, nie zaśpiewał „Child in time”. Nie zaśpiewał, bo jego wokal nie wyciągnąłby wysokiej skali, która jest esencją tego utworu. Czy są piosenki, których pana wokal już by nie udźwignął?

Na szczęście nie ma takich. Chwała Bogu, nie mam problemów ze śpiewaniem. Całe życie śpiewam w sposób klasyczny, dlatego problemy, jakie trapią Iana Gillana czy Roberta Planta, śpiewających specyficznie i nienaturalnie, mnie póki co nie dotyczą. Oczywiście, starość jest starością i któregoś pięknego dnia może to się skończyć, ale mam takiego mentora, który daje mi nadzieję. Myślę, o Tonym Benecie, który ma ponad 90 lat i śpiewa fantastycznie. Kiedy go słucham myślę sobie: „O cholera, to jeszcze mam trochę czasu” (śmiech).

Często pan powtarza, że jest na takim etapie, że nic już nie musi, a najwyżej może. Zatem może nowa płyta?

Jasne, właśnie jesteśmy w trakcie prac nad nowym albumem. Na dniach odbędzie się premiera pilotażowej piosenki zatytułowanej „Panaceum” z tej płyty. Tekst napisał Andrzej Mogielnicki, za muzykę odpowiada Robert Kubiszyn i koledzy z zespołu. Nie jest to twórczość komercyjna, ale chciałem przypomnieć słuchaczom, że żyję i działam dalej. Płyta powinna się ukazać w okolicach Bożego Narodzenia.

Możemy mieć zatem nadzieje, że podczas piątkowego koncertu w CSK usłyszymy przedpremierowo utwory z tej płyty?

Myślę, że tak.

29 kwietnia ponownie pojawi się pan w CSK, tym razem na „Koncercie Wdzięczności”. Na scenie towarzyszył będzie panu najmłodszy syn, Chris – z zawodu aktor. No właśnie, czy to już na pewno przesądzone, że aktor?

Nie będę tu wróżył, ale myślę, że śpiewanie jest dla niego pewną odskocznią, a koncentruje się raczej na aktorstwie. Ma 23 lata i wszystko przed sobą. Może zacznie śpiewać na poważnie? Tego nie wiem.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wolontariusze Kultury. Ukraińscy filmowcy pomagają ofiarom wojny

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Kurier Lubelski
Dodaj ogłoszenie