Ksiądz Janusz ma nałóg. Setka z rana i na mszę!

Marcin Jaszak
Ksiądz Janusz Kozłowski dziś wyjeżdża do Mariapocs.
Ksiądz Janusz Kozłowski dziś wyjeżdża do Mariapocs. Piotr Michalski
Zakłada koszulkę Klubu Rowerowego Alfa i jeszcze dziś jedzie na pielgrzymkę rowerową do Mariapocs na Węgrzech. Prawie siedemset kilometrów w pięć dni - to dla niego raczej przejażdżka.

Ksiądz Janusz Kozłowski z kościoła pw. NMP Matki Kościoła będzie reprezentował i promował Świdnik oraz klub Alfa podczas wyprawy na południe Europy. - Jest to formuła pielgrzymki, ale można powiedzieć, że to trochę pielgrzymka, trochę wyprawa, łączenie przyjemnego z pożytecznym. Będą elementy wyścigu, rajdu i pielgrzymki, aby nie było monotonnie. To dobra rozgrzewka przed wyprawą do Fatimy. Wówczas do przejechania będę miał cztery i pół tysiąca kilometrów w czterdzieści dni, prawdziwe wyzwanie - mówi ksiądz Janusz.

Już od kilku lat jeździ na rowerze. Jak sam mówi, w tej chwili stało się to już dla niego nałogiem i pasją, poza pracą oczywiście. Codziennie robi, w zależności od pory roku, od pięćdziesięciu do dwustu kilometrów.

- Zimą jeżdżę mniej, bo bardzo marzną nogi i jest niebezpiecznie, zaspy, często też lód pod śniegiem. Wtedy robię maksymalnie pięćdziesiąt kilometrów. Latem dochodzę do dwustu. Budzę się o czwartej rano już wyspany i wskakuję na rower. Piękna noc, potem rześki poranek, wszędzie cicho i pusto. Wtedy robię około sześćdziesiąt kilometrów, jeżeli wstanę jeszcze wcześniej, dochodzę do setki. Wracam na plebanię, biorę prysznic, piję kawę i dotleniony idę na mszę o siódmej. Dzięki dwóm kołom czuję się lepiej. Człowiek jest lżejszy, zadowolony z życia, no i chce się pracować - śmieje się rowerzysta w sutannie.

Sutanna to dla niego jednak jedynie strój służbowy. Do jazdy przygotowuje się profesjonalnie: oddychająca koszulka, spodenki, profesjonalne buty i bidon z napojem izotonicznym. Na najbliższą pielgrzymkę pojedzie nowym rowerem marki Author. Planował pojechać bianchi, ale jednoślad, niestety, się popsuł.

- Mam nowy, czerwony rower, bo tamten się posypał. Ważę prawie sto kilogramów i koło nie wytrzymało. Po dziesięciu tysiącach przejechanych kilometrów pękła tylna piasta i rozleciały się wszystkie szprychy. Ale już zamówiłem u producenta nowe, wzmocnione koło, które będzie miało trzydzieści sześć szprych. Teraz pojadę authorem. Już zdążyłem się trochę przyzwyczaić do nowego sprzętu. Rower jest stabilny, ale trzęsie jakby się jechało po gruzie. Do Fatimy pojadę racingiem. Ten jest pewny, poza tym dużo lżejszy, szybszy i ma świetną przyczepność. W sam raz nadaje się na tak długą wyprawę - tłumaczy ksiądz Janusz.

O jeździe na rowerze marzył od dziecka, ale ten wówczas kosztował tyle, co krowa. Teraz ma ich pięć. Zimowy, bardzo ciężki, z szerokimi antypoślizgowymi oponami, letni terenowy, ciężki, ale szybszy, i trzy kolarzówki. Pomimo tylu przejechanych kilometrów, robi około dwudziestu tysięcy rocznie, i doświadczeń ze sprzętem, ksiądz Kozłowski do sportu podchodzi z pokorą.

- Kiedy zaczynałem jeździć rowerem, kupiłem authora i myślałem, że już umiem jeździć. Czas pokazał, że się myliłem. Kilka stłuczek, wypadków, pobyt w szpitalu sprowadził mnie na ziemię . Dopiero teraz trochę umiem poruszać się na dwóch kołach, ale wciąż się uczę i pracuję nad kondycją.

Kiedyś potrącił mnie samochód, przeleciałem przez maskę. Na początku nic nie czułem, wydawało mi się, że jestem tylko trochę poobijany. Ale potem zaczęły się problemy: noga spuchła, zrobił się ropień w kolanie. Skończyło się szpitalem. Po rehabilitacji ledwo przejechałem dziesięć kilometrów. Ale stopniowo forma wróciła, mimo to lekarz zabronił mi wyjazdu do Lourdes. Jednak pojechałem, modliłem się i wytrzymałem. Od tamtej pory nie mam problemów z kolanem. Uznałem to za cud papieski - opowiada Kozłowski.

Dziś ksiądz Janusz wyjeżdża do Mariapocs na Węgrzech. Spędzi pięć dni na rowerze, średnia długość odcinka dziennego to około sto sześćdziesiąt kilometrów. Będzie jechał i jechał, zwiedzał i się modlił. Na wyprawę zabiera kilka strojów sportowych, koszulki klubu Alfa, maści do masażu, napoje energetyczne, cukierki, rodzynki, czekoladki i aparat fotograficzny. Obiecał, że z wyprawy przywiezie masę zdjęć.

Życzymy księdzu szerokiej drogi i żeby kolano nie bolało!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie