Lubelscy kupcy: Dawne zakłady pachnące historią (ZDJĘCIA)

Małgorzata Szlachetka
Ratusz promuje Lublin facebookowym profilem „Lubelscy kupcy”. To opowieść o rzemieślnikach z centrum miasta. Sami fachowcy nie pozostawiają jednak złudzeń: rzemiosło się kończy.

Dyplomy w zakładzie kuśnierskim Waldemara Tomasika zajmują całą ścianę. Po przeciwnej stronie dumnie wisi rząd futer, a nad nim godło Polski. Między dyplomami widnieje portret marszałka Piłsudskiego.

Waldemar Tomasik urodził się w Lidzie w 1936 roku, do Lublina przyjechał z rodziną po wojnie. Jak inni Polacy, zostali zmuszeni, przez zmianę granic, do opuszczenia kresów. W podróż zabrali: górę od tapczanu, pościel i żywą świnkę, która jechała w drewnianej skrzynce.

- W środku skrzyni tata ukrył złote pięciorublówki na czarną godzinę, później wydaliśmy te pieniądze - zdradza nasz bohater.

Do jedzenia mieli dwa worki suszonej wędliny litewskiej własnej produkcji. Podróż do Lublina - w towarowych wagonach i przy trzaskającym mrozie - trwała trzy tygodnie. Po tym czasie zaczął się nowy rozdział w ich życiu.

Waldemar Tomasik swój zakład w pawilonach przy ulicy Świętoduskiej prowadzi od 1966 roku. Od tego samego roku może pochwalić się zdobyciem tytułu mistrza. Mówi, że przeszedł na swoje, kiedy rzemiosło dostało zielone światło.

Zawodu uczył się w Lublinie, w Przedsiębiorstwie Krawiecko-Kuśnierskim, czyli późniejszej „Gracji”, z siedzibą przy Krakowskim Przedmieściu.

Najpierw pracował jako kuśnierz krojczy. Później awansował na krojczego konstruktora w Laboratorium Kroju - z futrami swojego pomysłu jeździł na targi do Poznania. Inspirował się niemieckimi katalogami projektów, sprzedawanymi w Empiku.

Na ścianie zakładu przy ul. Świętoduskiej można też obejrzeć dyplom, jaki pan Waldemar dostał na konic swojej pracy w „Gracji”: „za X-letnią ofiarną i wydajną pracę”.

- Kiedyś futra szyło się w sezonie zimowym, a latem robiło naprawy, bo tyle było zamówień. Dziś chwytamy się każdej roboty - przyznaje Waldemar Tomasik.

Jakby na potwierdzenie przychodzi klientka po kaptur do puchowej kurtki.

- Czterdzieści lat temu ojciec kupił mi tutaj z okazji osiemnastych urodzin kołnierz, pamiętam, że dał za niego 600 złotych - wspomina pani Elżbieta. - I wie pani co, mam go do dziś!

Kolejna klientka w tym dniu przyszła, żeby skrócić i przeszyć futro tak, żeby wygodnie się w nim siedziało w samochodzie. Miarę zdjął syn pana Waldemara, który przed laty wybrał fach ojca. Nie był jego jedynym uczniem. Pierwszy został później projektantem Zakładów Futrzarskich w Kurowie.

- Kiedyś miałem nawet czterech uczniów w jednym czasie, dziś nikt nie chce terminować. Od wielu lat nie organizujemy w Lublinie egzaminów dla uczniów kuśnierzy, bo nie ma kogo egzaminować - ubolewa lubelski kuśnierz.

Biznesowi szkodzą słabe polskie zimy, ale zmienia się też moda i przede wszystkim podejście do okryć robionych ze zwierząt.

Górale wysyłali maszynki
Również w 1966 roku na swoje poszedł Ryszard Malczarski. Przez cztery lata prowadził zakład ślusarski przy ulicy Buczka (obecnie Zamojska). W 1970 roku przeniósł się na ulicę Lubartowską 8, gdzie pracuje do dziś.

- Fachu uczyłem się przez trzy lata od pana Edwarda Popiołka, który miał zakład przy Krakowskim Przedmieściu 60. Otworzył go w 1945 roku - opowiada Ryszard Malczarski. I podkreśla: - To był człowiek znany w całym mieście.

Historia zatoczyła koło, bo Ryszard Malczarski przejął w 1970 roku lokal zajmowany wcześniej przez brata pana Popiołka, także ślusarza. Propozycję dostał od wdowy po tym rzemieślniku.

Do lokalu przy Lubartowskiej 8 schodzi się po schodkach. Klienci zatrzymują się przy drewnianej ladzie, ale jak na dłoni widzą cały zakład. Nic tutaj nie jest robione na pokaz. Podłoga z desek, wszędzie leżą noże, nożyce i wszystko, co czeka na naostrzenie. Pan Ryszard wydrukował sobie na wizytówce, że jego specjalność to „ostrzenie narzędzi, cążek, noży, brzytew itp.”

Ryszard Malczarski jest prawdopodobnie ostatnią osobą w Lublinie, która zawodowo zajmuje się ostrzeniem brzytew. Klienci podsyłąją je teraz z całego kraju, bo wieść o dobrym fachowcu skutecznie się roznosi pocztą pantoflową. Jedna osoba poleca go następnej. Co więcej, okazuje się, że za pomocą brzytew zaczynają się też golić młodzi ludzie. Zapanowała bowiem moda na brody. Ale nawet ona nie dorównuje złotym czasom.

- W latach 70., górale przysyłali do mnie do naostrzenia maszynki do strzyżenia owiec. Nawet zamówiłem do tego celu odrębną maszynę - mówi pan Ryszard.- Dziś nie ma owczarni i nie ma tych klientów.

Sztafeta pokoleń trwa, teraz doświadczony ślusarz przyucza do zawodu swojego syna, absolwenta Politechniki Lubelskiej. Mimo to Ryszard Malczarski nie ma złudzeń: - Rzemiosło się kończy, ja jestem jednym z najstarszych spośród lubelskich rzemieślników. Przez ostatnich 20-25 lat żaden rodzic nie wysłał do mnie swojego dziecka do terminowania.

Pan od teatralnej scenografii

Lokal ostatniego z naszych bohaterów mieści się za tą samą bramą, co zakład ślusarski pana Malczarskiego, czyli przy ulicy Lubartowskiej 8. Autorzy miejskiej strony „Lubelscy kupcy” przypominają, że w przeszłości w tej właśnie kamienicy znajdowały się obok siebie „fabryka świec, cukiernia, księgarnia, fabryka kołder, zakład wyrobów rymarskich, produkcja galanterii, czy sprzedaż spirytualji”.

Dla Tomasza Okonia jest to jego własne miejsce na ziemi od siedmiu lat. Odnawiać antyki przychodzą do niego ludzie z całego miasta. Jeśli trzeba, naprawi też zabawkę, na przykład lalkę z porcelanową twarzą.

- Od najmłodszych lat chodziłem po strychach i szukałem staroci. Uczę się przez całe życie, teraz poznaję na przykład tajniki grawerowania - mówi Kurierowi Tomasz Okoń. I zdradza, że zanim zaczął pracować na własny rachunek, tworzył dekoracje w Teatrze im. Juliusza Osterwy.

Meble sprzed lat mają swoje tajemnice.

- Jednego razu, kiedy zdjąłem tapicerkę z fotela, wysypały się srebrne marki. Innego dnia odkryłem przedwojenne dokumenty w szufladzie biurka z podwójnym dnem. Dla właścicieli to też była niespodzianka - opowiada.

Zawodu pan Tomasz uczył się od pewnego rzemieślnika z ulicy Świętoduskiej, dziś tamtego zakładu już nie ma. Nie żyje on ani jego syn, który przejął po ojcu interes. - Zakład Czesława Jarosza mieścił się przy ulicy Świętoduskiej 6. Stawiał on na jakość i rzetelność w swojej pracy. Dziś nie ma już takich ludzi - uważa Tomasz Okoń.

Znakiem rozpoznawczym i wizytówką wspomnianego zakładu tapicersko-dekoracyjnego był komplet mebli stojących w witrynie. Zza szkła kusiły przechodniów w bramie.

Z historią w tle

Strona „Lubelscy kupcy” miała wczoraj 241 polubień. Dlaczego powstała?

- Urząd Miasta Lublin stara się zachęcić zarówno mieszkańców, jak i turystów do odkrywania i poznawania tych fragmentów Śródmieścia, które nie są często odwiedzane. Program Lubelscy Kupcy zakłada, że bogata historia gospodarcza Lublina stanie się magnesem przyciągającym nowych klientów - wyjaśnia Olga Mazurek z zespołu prasowego Urzędu Miasta Lublin.


Codziennie rano najświeższe informacje z Lublina i okolic na Twoją skrzynkę mailową.
Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
kubeba
To właśnie robi tu perfumiara Szlachetka z Kuriera Wyborczego.
a
andy
Ciekawy artykuł , ale... chcesz przeczytać dalszy ciąg komentarza? wykup u mnie Piano.
n
nawet
co to za promocja? kurier promując miasto powinien to odblokować!
S
Saul
Co to za promocja, jak artykuł płatny...
Dodaj ogłoszenie