Lublin. „Po naszych bohaterów wracamy do skutku". Rozmowa z zastępcą prezesa Instytutu Pamięci Narodowej prof. Krzysztofem Szwagrzykiem

Tomasz Nieśpiał
Tomasz Nieśpiał
Instytut Pamięci Narodowej
Udostępnij:
- Po wielu latach możemy powiedzieć, że komunistyczni oprawcy nie mieli racji myśląc, że to, co robią jest zbrodnią doskonałą – mówi „Kurierowi Lubelskiemu” zastępca prezesa Instytutu Pamięci Narodowej prof. Krzysztof Szwagrzyk.

Za nami uroczystości pogrzebowe podporucznika Henryka Wieliczki ps. „Lufa”. Jego szczątki zostały odnalezione w kwietniu ubiegłego roku na cmentarzu przy ul. Unickiej w Lublinie w czasie prac prowadzonych przez zespół Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN. Jakie było znaczenie „Lufy” dla antykomunistycznego podziemia niepodległościowego?

Był to jeden z najzdolniejszych i najwybitniejszych dowódców polowych podziemia niepodległościowego. Oficer 5. i 6. Brygady Wileńskiej Armii Krajowej, a wiec tych oddziałów, które zapisały się w sposób wyjątkowy w walce z systemem komunistycznym. Przez samych komunistów były uznawane za jedne z najgroźniejszych oddziałów antykomunistycznego podziemia. Nie byłoby tych udanych akcji i sukcesów bez takich dowódców jak Henryk Wieliczko ps. „Lufa”. Był to człowiek niezwykle młody, a jednocześnie dojrzały. Dowodził w sposób jakby miał za sobą lata służby liniowej. A przecież kiedy został przez majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” zgłoszony do Krzyża Walecznych miał zaledwie 19 lat!

Umarł w wieku lat 23.

Gdybyśmy go porównywali w dzisiejszymi 23-letnimi mężczyznami powiedzielibyśmy, że to niewyobrażalna przepaść między tamtym pokoleniem, dojrzałym przez wojnę i okoliczności w których przyszło im żyć. Ale też dojrzałym przez swoją postawę – polską i patriotyczną. Dla tych ludzi wybory były proste: jest wojna – walczę, jestem Polakiem – wstępuję do oddziału. Tak się stało w 1946 roku kiedy Henryk Wieliczko, chłopak z Wileńszczyzny, tak samo jego koledzy z podwórka i tych samych szkół poszli walczyć. I tę walkę kontynuowali nie dlatego, że mieli szansę na zwycięstwo, ale dlatego, że tak było trzeba. Poszli walczyć w warunkach, w których zwyciężyć nie mogli. Wiedzieli o tym, a mimo to trwali w tej walce i zapłacili za to cenę najwyższą. Henryk Wieliczko to jedna z piękniejszych postaci polskiego podziemia niepodległościowego.

Życiorys Lufy jest barwny, obfitujący w spektakularne akcje i działania w różnych miejscach w kraju.

Życiorys miał wręcz filmowy. Jestem przekonany, że gdybyśmy tę historię opowiedzieli w Stanach Zjednoczonych mielibyśmy wiele filmów o nim.

Spektakularne były jego akcje w Borach Tucholskich i na Pomorzu.

Na Pomorzu robili rzeczy nieprawdopodobne rozbrajając w ciągu kilku dni posterunki UB-eckie, likwidując PPR-owców, ubeków, tajnych współpracowników służb bezpieczeństwa grając na nosie władzy komunistycznej, wręcz ją ośmieszając. I robili to wszystko młodzi ludzie, którzy po dwóch latach już nie żyli. Piękna, tragiczna i jakże polska historia. Dlatego jestem zbudowany tym, że państwo polskie upomina się o bohaterów, którzy przez wiele lat byli w zupełnym zapomnieniu. Byli tylko tematami rozmów prowadzonych gronie rodzinnym lub wąskich grup miłośników historii. Sam mogę potwierdzić, że losy 5. Brygady Wileńskiej AK oraz porucznika Wieliczki były przedmiotem wielu długich rozmów Polaków.

Mówi Pan Profesor o ty, że państwo polskie nie zostawia swoich bohaterów. Nie było by jednak tego, bez zaangażowania Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN. Czym dla Państwa jest ten żmudny jednak proces poszukiwań bohaterów podziemia niepodległościowego?

Kiedy sześć lat temu zaczynaliśmy poszukiwanie ppor. Wieliczki mieliśmy obok siebie kilku ludzi. Dzisiaj w ramach IPN istnieje specjalny pion, który liczy ponad 70 osób pracujących nie tylko w Warszawie, ale także w każdym mieście, gdzie istnieje oddział IPN. To zupełnie inna skala. Dzisiaj mamy dni i tygodnie, kiedy nasze ekipy pracują w pięciu miejscach jednocześnie. Kiedy rozmawiamy takie działania mają miejsce na ul. Rakowieckiej w Warszawie, a druga ekipa pracuje na terenie dawnego poligonu na Brusie w Łodzie poszukując szczątków legendarnego kapitana Stanisława Sojczyńskiego i jego podkomendnych. To działanie to nie jest wyłącznie wykonywanie mechanicznego zlecenia. To dla nas zaszczyt i honor.

Czy to, że macie więcej ludzi, większe doświadczenie oznacza, że ta liczba odnalezionych bohaterów będzie rosła?

Wierzę głęboko, że tak. Mam nadzieję, że będzie więcej odnalezionych szczątków ofiar zbrodni niemieckich, bolszewickich, komunistycznych, ale także ukraińskich, bo przecież nie możemy zapominać o Polakach, którzy stracili życie w rzezi wołyńskiej. I będą kolejne uroczystości, na których ujawnimy imiona i nazwiska już zidentyfikowanych bohaterów. Wierzę, że przed nami też kolejne pochówki z honorami państwowymi i wojskowymi, na które ci ludzie po stokroć zasłużyli. Tak samo jak na salwę honorową i dobre słowo, którego nie było przez wiele lat. A dla rodzin to ważne, że wreszcie wiedzą, że szczątki ich najbliższej osoby zostały odnalezione, zidentyfikowane i mogą zostać pochowane. Oni na tę wiadomość czekali, bo mogą płakać i przeżywać żałobę, których nie dane im było przeżyć przed laty.

Czyli jest to jakiś rodzaj satysfakcji?

Jest. Bardzo często na uroczystościach pogrzebowych jest nasza ekipa. Są ci, którzy pracują przy analizie materiałów archiwalnych, ci, którzy pracują w ziemi i ci, którzy badają szczątki – medycy, antropolodzy. Taki dzień jak pogrzeb Henryka Wieliczki to dowód na to, że to co robimy jest potrzebne i ważne. Po wielu latach możemy powiedzieć, że oprawcy nie mieli racji myśląc, że to, co robią jest zbrodnią doskonałą i już nikt nigdy nie odnajdzie tych, po których nie miało zostać żadnego śladu. Stało się inaczej. Dla nas to wielki honor, że mogliśmy w tym pomóc.

Uroczystościom pogrzebowym takim jak pochówek „Lufy” towarzyszą wzruszające momenty, kiedy rodzina, ale też inni zainteresowani dziękują wam za tę pracę.

Zawsze towarzyszą temu emocje, ale musimy nad nimi zapanować. Nie da się bowiem robić tego inaczej niż w sposób profesjonalny, naukowy, aby nikt nie mógł podważyć wyników naszych ustaleń. Z drugiej strony nie jest zwykła urzędnicza praca, którą można wykonywać od 8 do 16, zamknąć drzwi i o niej zapomnieć. Ważne jest serce i zaangażowanie. Dla nas sygnałem do tego, byśmy zastanowili się nad zmianą pracy, byłby dzień, w którym nie czulibyśmy nic przy naszych pracach.

„Lufa” został odnaleziony na terenie cmentarza przy Unickiej. Czy lubelska „Łączka” skrywa jeszcze wiele tajemnic?
O tak. Na pewno skrywa wystarczająco dużo, dlatego prace będą kontynuowane. Mam jednak świadomość, że wielu mieszkańców Lubelszczyzny jest szczególnie zainteresowana jeszcze inną postacią.

Edwardem Taraszkiewiczem „Żelaznym”. Jakie są szanse na jego odnalezienie?

Ciągle słyszymy pytania: kiedy go wreszcie odnajdziecie? Niezmiennie powtarzam: badamy, szukamy.

Co wiadomo na pewno?
Wiemy, że po zabiciu zwłoki były fotografowane na miejscu zbrodni i że wrzucono je do samochodu, a auto razem z eskortą odjechało w okolice zakola Bugu, gdzieś na teren dawnego poligonu. Ślad urywa się więc koło Włodawy. Potrzeba nam jednak czegoś więcej, jakiegoś przełomu, który pozwoli nam zawęzić obszar poszukiwań.

Czyli w tej sprawie jest pan pesymistą?

Nie mógłbym pracować gdybym był pesymistą. Sprawy, które ileś lat temu wydawały się beznadziejne, z czasem znajdują swój szczęśliwy finał. Tak jak ten z „Lufą”. A przecież kwatera nr 17 na cmentarzu przy ul. Unickiej to jest kilkaset grobów umieszczonych ciasno obok siebie, gdzie trudno nawet stopę postawić. Żadnego punktu odniesienia. Po latach, wielu próbach i powrotach, a także i porażkach, doszło do tego szczęśliwego dnia, w którym szczątki „Lufy” zostały odnalezione. Dlatego mogę zapewnić, że w sprawie „Żelaznego” też nie powiemy: kończymy, bo nie odnaleźliśmy i już więcej zrobić się nie da. Po naszych bohaterów wracamy do skutku.

Kim był „Lufa”?

Henryk Wieliczko urodził się 18 sierpnia 1926 roku w Wilnie. Od czerwca 1943 r. był żołnierzem AK, a we wrześniu 1943 r. dołączył do oddziału kapitana Wincentego Mroczkowskiego „Zapory”. Następnie wstąpił do 5. Brygady Wileńskiej AK, a po jej rozwiązaniu usiłował przedostać się do Puszczy Augustowskiej, gdzie major Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” wyznaczył koncentrację. Zatrzymany przez wojska sowieckie został przymusowo wcielony do Ludowego Wojska Polskiego, z którego zdezerterował w październiku 1944 r. We wrześniu 1945 r. Wieliczko kontynuował działalność w szeregach patroli dywersyjnych na Pomorzu, a w kolejnych latach trafił do Siedlec. W czerwcu 1948 roku został aresztowany, a podczas próby ucieczki postrzelony. W lipcu tego samego roku trafił do więzienia na Zamku w Lublinie. W lutym 1949 r. „Lufa” został skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Lublinie na karę śmierci. Wyrok wykonano 14 marca 1949 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Ukraińscy ratownicy medyczni na froncie

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Kurier Lubelski
Dodaj ogłoszenie