reklama

Ludzie z łosiem

Karolina KowalskaZaktualizowano 
Kołodyńscy (z lewej) i Dmowscy mają całą kolekcję gadżetów związanych z łosiem
Kołodyńscy (z lewej) i Dmowscy mają całą kolekcję gadżetów związanych z łosiem Marcin Obara/POLSKA
Na Łosia zamienili mieszkania w wielkiej płycie i kariery w szklanych biurowcach. Zmienili styl z miejskiego na wiejski, a pracę z korporacyjnej na kreatywną. Sąsiadują z polem i jedną krową. O mieszkańcach podpiaseczyńskiej wsi Łoś i ich obsesji na punkcie zwierzęcia, które nigdy się nie cofa, pisze Karolina Kowalska

Parna sierpniowa sobota. Siedzimy na tarasie domu Niny i Piotra Dmowskich w samym środku Łosia - wsi w powiecie piaseczyńskim, gminie Prażmów. Zapach pachnącego groszku miesza się z aromatem kawy, na którą skusili się także inni łosianie - Magda i Maciek Kołodyńscy. Za płotem muczy jedyna w Łosiu krowa "Łysa". Dzieci, odpowiednio, wcinają ciasto ze śliwkami, wdrapują na mamine kolana, dziobią plastikową szablą piaskownicę i tarmoszą japońsko cierpliwą akitę Aki.

Z blokowiska do Łosia
Dmowscy poznali Kołodyńskich już w Łosiu, choć dorastali na tym samym blokowisku południowej Warszawy. Poznali się i od razu złapali wspólny język. I tego samego hopla na punkcie łosia. W wolnych chwilach odwiedzają się w domach i popijają kawę w filiżankach z łosiem, popatrując na dzieci - czterech chłopców, na każde małżeństwo po dwóch. Rozmawiają o gminie, planują happeningi i zrywy sąsiedzkie.

Czasem namawiają się na łosia, który, do tej pory, skrzętnie omija ich podwórka. Łosianie nie tracą jednak nadziei, bo wierzą w statystykę. Skoro w okalającym miejscowość parku Chojnowskim żyje dwadzieścia łosi, z których każdy przemierza dziennie osiemdziesiąt kilometrów, pewnego dnia na pewno podejdzie do czerwonego płotu. I ciekawie łypnie okiem.

- To zwierzę szczególne. Symbolizuje spokój ducha, ale też niezłomną konsekwencję. W Szwecji na kursach dla kierowców uczą, że na widok łosia idącego poboczem bezwzględnie należy wyhamować. Nawet jeśli idzie drugim poboczem. Nie trąbić, nie świecić. Przeczekać. Bo łoś nie zawraca - tłumaczy Piotr Dmowski.

A Maciek, na co dzień muzyk i współwłaściciel klubu w Warszawie, opowiada o swoich spotkaniach z łosiami w ulubionym Biebrzańskim Parku Narodowym, gdzie nietrudno o zderzenie z półtonowym rogaczem. I życzliwym stosunku miejscowych do tego zwierzęcia. Mniej życzliwi łosiom są mieszkańcy Zalesia Górnego, od czasu wypadku sprzed dwóch lat, w którym w zderzeniu z tym zwierzem poległa maska luksusowego auta, a ubezpieczyciel nie pokrył kosztów naprawy. Lepiej, żeby łoś akurat tam się nie zapędzał.

Piotr Dmowski co jakiś czas rzuca okiem na szosę. Łoś w Łosiu ma status szczególny. Jest nie tylko symbolem miejsca, ale nastawienia jego mieszkańców.

- Ten łoś kojarzy się nam z totalną zmianą stylu życia - z miejskiego na wiejski - tłumaczy Piotr Dmowski, założyciel i administrator strony www.miŁOŚnicy.pl, stworzonej z myślą o ludziach "z łosiem". Sam mieszka tu od dziewięciu lat. Miał 24 lata i dosyć kariery w korporacji, kiedy kupił na kredyt ziemię i zaczął budować dom. Był pierwszym dziwakiem, który na kawałku łąki stawiał całkiem miejskie cegły i "Stary Łoś" patrzył na niego podejrzliwie. Nawet im się nie dziwił. Był nietypowy.

Pierwszy osadnik
Pracowałem jako marketin-gowiec w największym polskim banku i dosłownie dusiłem się w mieście. Bez żalu opuszczałem ciasne mieszkanie na Służewiu nad Dolinką. Tutaj były tylko pojedyncze domki i zielone przestrzenie. Wyglądałem przez okno, a tu tylko pole, ciągnące się po horyzont. To dawało niesamowitą wolność - wspomina.

W promieniu 700 metrów był pierwszym nowym osadnikiem. Dopiero po nim do Łosia zaczęli sprowadzać się inni miastowi. Żona Piotra, Nina, łosianką została dwa lata później. Kiedy na świat przyszedł Bartek, oboje rzucili miejskie kariery i zajęli się własnym biznesem. Takim "z łosiem". Na cześć swojego starszego syna, na którego mówią "Łoszak" nazwali firmę Babymoose. Sprowadzają produkty związane z bezpieczeństwem dzieci - bramki na schody, specjalne osłony i blokady.
Dzięki telefonom i internetowi komunikują się z klientami. Do stolicy jadą tylko, kiedy naprawdę muszą. Magda i Maciek Kołodyńscy w Warszawie bywają częściej, ale na zmiany. Germanistka Magda po urodzeniu drugiego synka, Ignacego (rok i trzy miesiące), wróciła już do pracy. Dwa razy dziennie jeździ do miasta, by uczyć języka pracowników dużych firm. Z Igim i Kostkiem zostaje wtedy tata pracujący nocami. Urzędują we trzech i - jak mówią - cieszą się Łosiem.

Maciej do pracy jeździ trzy razy w tygodniu i nie ma go do rana. Miasto jest dla niego do zaakceptowania tylko nocą. Nie potrafiłby już wrócić do bloku, w którym w określonych godzinach trzeba chodzić na palcach, szeptać przy śniadaniu, jedzonym o czwartej nad ranem, bo wracając z pracy, kupował jeszcze gorący chleb.

Kołodyńskim wyjątkowo łatwo było przestawić się na życie wiejskie, chociaż wychowali się na Ursynowie. Łoś był wakacyjną bazą wypadową rodziny Magdy. Jako dziecko latała po tutejszych łąkach. Potem przyjeżdżała na weekend. Zawsze ciągnęło ją do przyrody. Kiedy poznała Maćka, zaczęli jeździć nad jego ukochaną Biebrzę. Znajomi dziwili się, że muzyk i jego dziewczyna uciekają od towarzystwa.

W Warszawie dusiliby się dłużej, gdyby nie rodzice Magdy, którzy postanowili oddać młodym swoje mieszkanie i przenieść się na stałe do Łosia. - Zaproponowaliśmy im, że to my przeprowadzimy się na wieś. Chyba nawet odetchnęli - mówią Kołodyńscy. I tak od dwóch lat żyją "z łosiem", coraz bardziej upewniając się, że mieszczuchy z nich żadne. - Owszem, mam jeszcze potrzebę codziennego wyrwania się do Warszawy, zrobienia choć tej jednej rundki po ulicach, ale nie jest ona już taka silna. Chyba nie potrafiłabym wrócić do miasta, tego gwaru, betonu - zastanawia się przez chwilę Magda.

Łoś nie dla każdego
Łosianie chwalą wiejskie życie, ale przyznają, że nie jest dla każdego. Przez dziewięć lat Piotr Dmowski widział wielu takich, którzy nie wytrzymali. Najpierw, szczęśliwi, kupowali działki i stawiali domy, żeby dwa lata później sprzedać to wszystko i wrócić do miasta. W poczuciu kapitulacji i rozczarowania, bo życie na wsi, nawet takiej bez kur, krów i koni, jest wyzwaniem. Zimą, żeby było ciepło, trzeba narąbać drzewa do kominka, a wstawanie o siódmej rano, żeby na niewiarygodnym wygwizdowie chwycić za siekierę, nie należy do najprzyjemniejszych. Szczególnie, jeśli na zewnątrz jest szaro i przez cały dzień nie ma co liczyć choćby na jeden promyk słońca.

- Tu jest trochę jak w Skandynawii - zimy są długie i ponure. W mieście pogoda nie ma takiego wpływu na samopoczucie, ludzie żyją głównie we wnętrzach, ulice oświetlone są latarniami i neonami. Tu jest tylko pustka i cisza. Dlatego latem robimy wszystko, by złapać jak najwięcej światła, wystawiamy twarze do słońca, ładując akumulatory - uśmiecha się Nina.

Ale przyznaje, że nic nie cieszy jak widok Łosia otulonego śniegiem. Szczególnie od kiedy kupili narty biegowe i czują się jak w górskim kurorcie. Gorzej jest, kiedy ze śniegu trzeba się odkopywać.

Sylwester sprzed dwóch lat, kiedy Piotrek z żoną i dzieckiem drogę do domu kolegi musieli sobie torować łopatą, przeszedł dziś do anegdoty. Ale kiedy przez kilka godzin drogi przykryła półmetrowa biała warstwa, sami nie byli pewni, czy imprezy nie będą spędzać w podgrupach. Kopiąc śniegowe koryto, szli wtedy na rekord, zdeterminowani, żeby zdążyć przed północą.

Zimowe przygody są jednak niczym w porównaniu z uciążliwościami dnia codziennego. To, że chleb przywożą do Łosia co kilka dni, to żaden problem. Nina wie, gdzie kupić upieczony na zakwasie, który dobry jest i przez tydzień. Wie, w jakie dni dowożą świeżą wędlinę do lokalnego sklepu. Gorzej, że w Łosiu i jego pobliżu brakuje przedszkola, świetlicy, miejsca, w którym choć na kilka godzin można by zostawić dzieci.

- Łączenie pracy z zajmowaniem się dzieckiem nigdy nie jest łatwe - łosianie są co do tego zgodni. Przyznają, że miewają kryzysy. W Łosiu nie da się żyć bez samochodu. Ostatni PKS do wsi odchodzi z Warszawy o godz. 20. Podróż do kina czy teatru, czy nawet zwykłego supermarketu, to za każdym razem wielka wyprawa autem. Trzeba spakować dzieci, skoordynować całą akcję. Dlatego Dmowscy starają się unikać dodatkowych komplikacji.

Nie starają się udawać rolników, utrudniać sobie życia wielką uprawą warzyw. Nina z radością podpatruje jednak posadzone przez siebie drzewa owocowe, kwiaty i małą grządkę z rzodkiewką, choć przy dwójce dzieci i pracy nie wyobraża sobie siebie na klęczkach, pielącej zagony z warzywami. Ogród Dmowskich to przede wszystkim przestrzeń przykryta dywanem pięknie wypielęgnowanej trawy, z piaskownicą dla dzieci, ławką i miejscem na ognisko. Świetne miejsce na przedłużające się wieczory ze znajomymi i zabawę z dziećmi.
Pięcioletni Bartek i Mateusz, który skończył 20 miesięcy, mają tu prawdziwy raj. Regularnie wpadają też kilkuletni sąsiedzi, jeszcze bardziej integrując dorosłych.

Co jest takie w Łosiu, że jego mieszkańcy trzymają się razem? - To miejsce przyciąga fajnych ludzi - uważa Maciek Kołodyński. - Takich "z łosiem" - otwartych, niestandardowych, z fantazją - dodaje. A Piotr Dmowski zauważa, że trudno tu spotkać białe kołnierzyki kursujące z teczką i krawatem do biurowca i z powrotem. Tacy wybierają raczej segmenty, obrzeża miasta, skupiska domków ze ścieżkami z czerwonej kostki. I nie mają czasu na pozabiznesowe znajomości z sąsiadami.

Na etapie zabaw
Dmowscy od początku otaczali się ludźmi. Albo też ludzie otaczali Dmowskich. Dość powiedzieć, że zanim urodziły im się dzieci, zyskali sławę największych łosiowych społeczników. Pięć lat temu na boisku w Łosiu zorganizowali piknik rodzinny. Starosta piaseczyński dał im namiot, lokalni przedsiębiorcy, których w Łosiu jest sporo - zapewnili fundusze na kiełbaski. Straż pożarna przyjechała wozami, policja uczyła dzieci bezpieczeństwa na drodze. Zabawa była przednia, i to za jedyne 1100 zł.

Po pikniku sąsiedzi żartowali, że Piotrek mógłby startować w wyborach na wójta. On jednak trzyma się z dala od polityki. Chociaż elektorat miałby pewnie spory. Przez te dziewięć lat poznał już chyba całego "Młodego Łosia". - Na etapie kupowania ziemi i budowania domu łączyły nas rozmowy o rurach i kablach. Kiedy zaczęły pojawiać się dzieci, w naturalny sposób kable zastąpiły pieluszki. Teraz jesteśmy na etapie zabaw - tłumaczy Piotr.

Przez wszystkie lata w Łosiu nigdy nie żałował decyzji o przeprowadzce z miasta. Ani rzucenia marketingu bankowego, który dziś wydaje mu się bytem nieco dmuchanym. Nie widzi siebie przy biurku i w garniturze, próbującego znów ciekawie opakowywać kredyt bankowy, przekonywać, że konto A jest najlepsze spośród kilkunastu podobnych na rynku. Sprowadzając zabezpieczenia dla dzieci, ma poczucie, że robi coś ważnego. Dziś razem z Niną mogą nazwać się prekursorami wiedzy o domowym bezpieczeństwie dzieci w Polsce. Kiedy zaczęli sprowadzać pierwsze bramki na schody, niewiele osób w kraju wiedziało, do czego służą.

Pracując dla siebie, mają też czas na coś twórczego. Strona o łosiach www.miŁOŚnicy.pl opisuje nie tylko Łosia (położony niedaleko Warszawy, za Piasecznem, w połowie drogi do Grójca, z restauracją Pod Łosiem i kioskiem obsługiwanym przez panią sołtys). Zawiera też dowcipny opis gatunku, który "w przeciwieństwie do jelenia i innych zwierząt, choć lubi czasem pobujać w obłokach, nie ma wygórowanych ambicji. Dlatego jego poroże w kształcie łopat bądź tyk z długimi odnogami (…) odrasta z głowy na boki, a nie do góry".

Odróżnienie łosia od jelenia to podstawowa umiejętność, jaką nabywają nowo-łosianie. Z biegiem czasu mylenie jednego z drugim zaczynają traktować jako niewybaczalne. Ostatnio cały Łoś chodził zapieniony, bo pewna firma kurierska w akcji przeciwko nieprawidłowemu parkowaniu wykorzystała hasło: "Nie parkuj jak łoś".

- Trzeba być baranem, żeby pomylić łosia z jeleniem - Piotr irytuje się na samo wspomnienie. - Łoś jest zwierzęciem inteligentnym. To, że nie schodzi z drogi samochodom na jezdni, świadczy tylko o tym, że nie postrzega ich jako zagrożenia. To mądre zwierzę, które ma tylko jednego naturalnego wroga - niedźwiedzia. Wszystko, co nim nie jest, traktuje więc z pobłażliwą obojętnością - tłumaczy.

Swoją przynależność do Łosia mieszkańcy zaznaczają przyklejanymi na autach nalepkami z sylwetką zwierzęcia. To ich interpretacja symbolu, zaanektowanego głównie przez fanów Skandynawii. Symbol miejscowości, ale też stylu życia. Życia "z łosiem".
Tekst Karolina Kowalska

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Materiał oryginalny: Ludzie z łosiem - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3