Mądry był jakby nie pastuch, a wiatr go nosił nad ziemią. Opowieść o wiejskim „chłopczynie”, którego uznano za proroka

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
Michałek (po środku, w głębi) głosi jedno ze swoich kazań. Pocztówka, która była sprzedawana w "Raju"
Michałek (po środku, w głębi) głosi jedno ze swoich kazań. Pocztówka, która była sprzedawana w "Raju" ze zbiorów Stanisława Rudego
Udostępnij:
Śpiąc głosił kazania. Mówił wówczas o wojnach, wyniszczających grzechach i miłości do Zbawiciela. Ludzie opowiadali także, że „prorok” Michałek z Michalowa (gm. Sułów) przepowiada przyszłość, chodzi po wodzie, a nawet potrafi unosić się nad ziemią. Wyczyny tego 17-letniego pomocnika kowala były jednym z najbardziej komentowanych wydarzeń 1928 roku. Rozpalały wyobraźnię wielu osób.

O Michałku pisała lokalna i ogólnopolska prasa. Wzmianki o nim znalazły się także w dziennikach i wspomnieniach nawiązujących do tamtych czasów. Nie bez powodu.

„Latem i jesienią tego roku, w ciągu dobrych kilku tygodni Zamojszczyzna przeżywała nie lada sensację, wskutek objawienia się nowego „proroka”, „cudotwórcy” Michałka z Michalowa” - pisał w swoich dziennikach Zygmunt Klukowski, lekarz, społecznik i kronikarz ze Szczebrzeszyna. „Był to najzwyklejszy czeladnik kowalski, który nasłuchawszy się różnych kazań i nauk religijnych, zaczął sam wygłaszać podobne zdania”.

Czy rzeczywiście było to aż takie proste?

Proroctwa o wojnie i grzechach

W 1928 roku doszło w podzamojskim Michalowie (gmina Sułów) do niezwykłych wydarzeń. Mieszkał tam niejaki Michałek. Ów spokojny chłopak miał 17 lub 18 lat. Nikt w okolicy podobno nie wiedział skąd przybył. Pracował jako pastuch u bogatych gospodarzy, a potem terminował u Józefa Berdaka, michalowskiego kowala. Pewnej nocy Michałek zaczął się dziwnie zachowywać. Z zamkniętymi oczami próbował wspinać się nocami na dach kuźni, a potem na sąsiednie domy i budynki gospodarcze. Widziano go też wdrapującego się na świętą figurę (była to podobno miejscowa rzeźba Matki Boskiej). Brodził również, na śpiąco, po pas w Wieprzu.

Działo się także coś, co trudno było wytłumaczyć. Ludzie zauważyli, że gdy Michałek spadał z dachu, nawet nie otwierał oczu! Popłakiwał jedynie cicho i kładł się spokojnie, jak gdyby nigdy nic, do łóżka. Mieszkańcy Michalowa byli tym zdumieni i zatrwożeni. Bo chłopak zaczął też prorokować. Opowiadał o wojnie, która się zbliża, o końcu świata oraz o niszczących ludzi grzechach.

Podczas swoich płomiennych przemów był „jakby w transie”. Ręce składał na piersi, głowę odchylał do tyłu, a na jego twarzy pojawiał się podobno tajemniczy, nieziemski spokój. Potrafił też odgadywać ludzkie myśli. To wywołało ogromne zainteresowanie.

„Tłum był tak gęsty, że tego Michałka, jak prorokował, to mało kto widział. Za to jego kazania niosły się po polu doskonale” – wspominał 84-letni Stanisław Pańczyk z Michalowa (jego relację zamieszczono na stronie www.michalow.pl). „Słyszałem je wiele razy. Mądry był, jakby nie pastuch. Mądrzejszy niż niejeden ksiądz”.

A w innym miejscu pan Stanisław notował. „To było niesamowite. Wspinał się jak w transie na dach kuźni i przepowiadał. Taki był lekki, jakby tam nie właził, ale wiatr go nosił nad ziemią. Czegoś takiego w życiu nie widziałem”.

Jedno z takich kazań zostało spisane przez dziennikarza czasopisma „Drwęca”, wydawanego na terenie Ziemi Lubawskiej (przytoczono je w numerze z 15 grudnia 1928 r.).

„Ciemność i trudność stała się na tej drodze i myśmy wpadli w te maszyny i prosimy Pana Jezusa, aby od nas odpędził ognie” – głosił Michałek. „Pan Jezus powiada będzie… będzie... (…). Wy nie wierzycie w Boga, a Michałka nazywacie, że jest prosty, a ten Michałek się upewnił i nie mówi z nienawiści, zazdrości do księży, ale on miłuje Pana Jezusa, by wszyscy padali kupą i prosili o przebaczenie”.

Takie przemowy robiły na zebranych piorunujące wrażenie.

Pięć szkatułek pieniędzy?

„Gdy jednak zaczęło się to (chodzi o michałkowe kazania) powtarzać regularnie, co tydzień, w określone dni, zbierało się coraz więcej osób” - notował doktor Zygmunt Klukowski. „Michałek zwykle przy tym wędrował, za nim śpieszył tłum gapiów, aż wszyscy zatrzymywali się na łączce niedaleko młyna i mostu w Michalowie i tu dopiero Michałek wypowiadał biblijnym stylem wiele zdań i proroctw (…). Jednak fama o nim dziwnie szybko się rozszerzała i z każdym tygodniem gromadziło się coraz więcej ludzi żądnych sensacji. Schodzili się już nie tylko z sąsiednich wsi, lecz furmankami zaczęli zjeżdżać z dalszych okolic”.

W końcu do Michalowa zaczęły ciągnąć potężne tłumy. Ludzie klękali przed Michałkiem, bili głowami w ziemię, śpiewali pieśni i kupowali różne pamiątki. To dawało dochody. Jak wyliczyli żurnaliści „Drwęcy” Michałek zaczął zarabiać około 100 złotych dziennie (m.in. na sprzedaży zdjęć z jego podobizną), nie licząc w to ofiar składanych przez „skruszonych słuchaczy do jego puszki”. Podobno zaczął wówczas coraz częściej zaglądać do kieliszka.

„Oto w czasie ostatniego kazania sprzedano rekordową ilość fotografij Michałka (po złotówkę za sztukę) i zebrano pięć dużych szkatułek pieniędzy, a przyjmuje się tylko od 10 groszy w górę” – czytamy na łamach jednej z ówczesnych gazet. „Obliczanie zysków trwało całą noc. Ofiary wysypano do fartucha kowalowej, która przy licznej asyście strażaków, pod czujną kontrolą Michałka, obliczała zebrane pieniądze”.

Wśród pieniędzy drobnych wykonanych z niklu widać było też srebrne złotówki oraz banknoty.

- Dla kogo te pieniądze będą – spytał korespondent jednej z gazet. - Jak to dla kogo? Dla Michałka! - odrzekli wszyscy chórem.

Czy tak było naprawdę? Reporter zobaczył później pijatykę, w gościnnej izbie miejscowego sklepiku. Uczestniczyło w niej liczne towarzystwo. Zjedzono szynkę, zwój kiełbas i wiele salcesonów. Kowal z sołtysem śpiewał podobno swawolne piosenki, a strażacy puścili się w tany. Michałek siedział obok, w milczeniu. Jak obliczył uważny reporter, chłopak wypił kilka szklanek wódki i cztery piwa. O godzinie pierwszej w nocy strażacy odprowadzili go do domu. Chwiał się na nogach.

O Michałku zaczęły pisać gazety, m.in. „Expres Lubelski” i „Kurier Krakowski”. Reporterzy opisywali „Raj” (tak prorok nazywał Michalów). Często nie były to artykuły przychylne „prorokowi”. Ich autorzy porównywali Michałka do różnych szarlatanów i hochsztaplerów. Krytykowano też ciemnotę przybywających do Michalowa pątników. Lokalni dziennikarze byli tym oburzeni.

Gromady bab i dzieci

„Niedawno jedno z pism krakowskich, niestety bardzo poczytne, w sposób wysoce niestosowny napadło na lud wiejski, zamieszkały na Lubelszcyźnie, a zwłaszcza na Zamojszczyźnie z powodu Michałka z Michalowa” – czytamy na łamach „Ziemi Zamojskiej” z dnia 4 grudnia 1928 roku. „Feljetonista kurjerkowy (pisownia oryginalna), pan bardzo wytworny, urządził na lud wiejski napad całkiem potworny”.

O co chodziło? Wytknął ów krakowski autor w artykule pt. „Z dna głupoty i ciemnoty” m.in. brak uświadomienia ludu zamojskiego, „pomimo miliardów złotych wydawanych w kraju na oświatę”. Pisał także, iż wydawało mu się, że do takich wypadków mogło dojść może na dalekich kresach RP, gdzieś np. – nie przymierzając w Pińszczyźnie, ale nie w w sąsiedztwie wykształconego Lwowa i Warszawy.

„Chcielibyśmy temu panu z Krakowa zwrócić uwagę na głębszą stronę tej sprawy, a mianowicie: w byłym zaborze rosyjskim lud wiejski świadomie i celowo był utrzymywany przez zaborcę w ciemnocie, nic więc dziwnego, że stał się narzędziem w rękach demagogów (...), którzy żerując na jego ciemnocie, przy okazji wielkich w Michalowie zgromadzeń, nie tylko z Lubelszczyzny, ale wszystkich dzielnic kraju

, urządzają wiece polityczne, stawiają figury ku czci Michałka i drukują o nim najniedorzeczniejsze pieśni i bajdy” – pisał autor artykułu na łamach „Ziemi Zamojskiej”.

Dowodził on także, że lud wiejski jest moralnie zdrowszy „niż to sądzą kurjerki”. A już na pewno przejawia więcej sceptycyzmu od publiczności miejskiej, gdzie nie brakuje przecież różnych magów, wróżów i szulerów.

„A, że na urodzajnej glebie zamojskiej wyrósł Michałek – to i nie dziwota, bo żyjemy w czasach, kiedy ludzie, zarówno miejscy, jak i wsiowi, żądają sensacji, oczekują jakichś objawień” – czytamy dalej w owym polemicznym artykule. „Zresztą musimy stwierdzić, że na aferę Michałka od początku poważniejsi gospodarze patrzyli z powątpiewaniem. Tłumnie zbierały się w Michalowie gromady bab i dzieci wiejskich, ale nie tylko one. Gorączka ciekawości ogarnęła również i inteligencję miejską, tłumnie spieszącą oglądać „cudotwórcę” – pisała „Ziemia Zamojska”.

Autor tego tekstu apelował zatem o wyrozumiałość. Przypominał także, że psychologia tłumy rządzi się własną logiką. Jednak nawet takie wyważone artykuły wywoływały niespodziewane efekty.

Impreza stała się zbyt głośna

„W końcu Michałek zdobył niebywały wprost rozgłos. Przybywali na oznaczone z góry dni ludzie ze wszystkich sąsiednich powiatów, z całej Lubelszczyzny, a poszczególne grupki i pojedyncze osoby z całej Polski” — pisał doktor Klukowski. „Przyczyniały się do tego też wzmianki w prasie o cudach i objawieniach Michałka. Już na wiele godzin przedtem ciągnęły przez Szczebrzeszyn nieprzerwanym sznurem furmanki naładowane pątnikami, ze znaczną przewagą kobiet (…). Tym sposobem gromadziło się w Michalowie do kilkunastu tysięcy ludzi”.

Nie tylko pielgrzymi przybywali do „Raju”. „Z miasta dążyli przekupnie z jedzeniem i herbatą, tak samo i chłopi z Michalowa rozkładali na długich stołach swoje wiejskie produkty” – notował dalej Klukowski. „Ciągnęli duże zyski i z noclegów. Zjawili się handlarze dewocjonaliami”.

Bo okazało się, że na „proroku z Michalowa” wiele osób może zbić interes. Tak o tym pisał Klukowski: „Dwaj fotografowie, Polak i Żyd, sprzedawali pocztówki z podobizną Michałka i zawzięcie kłócili się między sobą o prawo do monopolu pod tym względem, udzielone jakoby każdemu z nich przez samego Michałka. Najwięcej jednak korzystali pracodawcy Michałka, kowale, którzy — jak się później okazało — za pomocą specjalnych machinacji, ze strychu swej niedaleko położonej kuźni, operowali odpowiednimi efektami świetlnymi”.

Michałek coraz lepiej czuł się w swojej roli. „Przez ciągłe ćwiczenia wyrobił się, w transie był znacznie pewniejszy siebie, potrafił coraz dłużej mówić, powtarzając w kółko to samo i doprowadzając ludzi do ekstazy religijnej” — pisał Klukowski.

Klukowski uczestniczył w jednym z takich zgromadzeń. „Pojechałem raz do Michalowa, ażeby samemu z bliska zobaczyć tego Michałka i posłuchać co mówi. W miejscu jego objawień ustawiono duży drewniany krzyż. Zorganizował się osobny komitet, (…) żeby zebrać odpowiednie fundusze i wybudować tu kaplicę — „pisał Zygmunt Klukowski. „Wreszcie cała ta impreza stała się zbyt głośna. Wielotysięczne zgromadzenia co tydzień były zanadto kłopotliwe, wymagały większej czujności ze strony władz administracyjnych i policji. W prasie pojawiły się artykuły wytykające (…) bezczynność władz”.

Legenda o proroku Michałku

W końcu kilkudziesięciu obywateli powiatu zamojskiego napisało ostrą petycję do zamojskiego starosty. „Czas już najwyższy do zlikwidowania „proroka” z Michalowa przez zbadanie go przez lekarzy psychjatrów i umieszczenie w domu dla umysłowo chorych oraz pociągnięcie inicjatorów tej sensacji do odpowiedzialności za uprawianie szantażu na głupocie ludzkiej” — napisano w tej petycji.

Szalę goryczy przelała podobno uroczystość, która 22 listopada 1928 r. odbyła się w Michalowie. Ustawiono tam drewniany krzyż z napisem „Pamiątka przez natchnienie Michałka Duchem Świętym”. To kościelne władze uznały za profanację. Szczebrzeszyński proboszcz kazał usunąć wiernym napis, a gdy to nie przyniosło rezultatu, w Michalowie pojawiła się policja. 6 grudnia aresztowano „proroka”. Trafił do aresztu w Zamościu.

„Wszystko to skłoniło starostę (powiatu zamojskiego — dop. autor) Pryzińskiego (chodzi o Jana Janusza Pryzińskiego) do bardzo szybkiego zlikwidowania rzekomych objawień (…) — skwitował Klukowski.

Wiadomo, że przesłuchanie trwało kilka dni. Michałek, który miał podobno na nazwisko Mierzejewski (pojawiło się ono w jednej z relacji), trafił także na obserwację „do zakładu w Lublinie”. A gdy go w końcu wypuszczono, musiał podobno wracać do Michalowa na piechotę. Policyjna interwencja przyniosła zatem efekty. Kazania „ustały”. Klukowski zauważył, ze chłopak zabrał się do zwykłej pracy, a po kilku latach ożenił się. Potem niczym się już nie wyróżniał. Podobno zmarł w Nieliszu w 1988 r.

Z jakim zjawiskiem tak naprawdę mieszkańcy naszego regionu mieli do czynienia? Wiele osób nadal przecież uważa, że Michałek był niezwykłą osobą, a jego proroctwa się spełniły. Wojna przyszła przecież do naszego kraju, a kościół w Klemensowie (obok Michalowa) został postawiony, a to podobno ów wiejski kaznodzieja przepowiadał. Uczył też ludzi pokory, zwalczał ich wady i namawiał do modlitwy.

Niektórzy wskazują także, że ani on, ani ludzie, którzy mu pomagają nie zgromadzili majątków (takie opinie pojawiły się np. na portalu www.michalow.pl). Zatem wieści o zgromadzonych skarbach były chyba trochę przesadzone. Tak czy owak, Michałek pozostał legendą. Na wiersze, które o nim powstały nadal możemy się w różnych miejscach natknąć.

„Dziś powieść krąży bardzo daleko/ O Pana Boga sługi takiego/ Który nie uczony w szkole niczego/ Naucza ludzi słowa Bożego” – czytamy np. w „Opowieść o Michale, który został Bożym duchem natchniony i ogłasza słowo Boże”. To wielozwrotkowy utwór, który został napisany i wydrukowany przed II wojną światową. Ów druk, mający stanowić „Apostolską pamiątkę” wydano nakładem J. Wolińskiego.

Senior w sieci - Internet nie tylko dla młodych KOMENTARZ

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie