Marcin Lewandowski, lekkoatleta AZS UMCS Lublin: "Okres pandemii przedłużył mi życie"

Krzysztof Nowacki
Krzysztof Nowacki
Przed dwoma tygodniami KU AZS UMCS ogłosił pozyskanie mistrza Europy i brązowego medalisty mistrzostw świata na 1500 m, Marcina Lewandowskiego. To kolejny utytułowany sportowiec klubu z Lublina, który w połowie roku będzie walczył o medal igrzysk olimpijskich w Tokio.

Co skłoniło pana do przejścia do AZS UMCS Lublin?
AZS zapewnił mi idealne warunki do trenowania. Dla każdego sportowa jest to najważniejsze, żeby mieć tzw. spokojną głowę. Jestem człowiekiem bardzo ambitnym. Ciągle chcę się rozwijać, mam przed sobą nowe cele, a AZS UMCS stworzył mi najlepsze ku temu warunki. Nic innego mnie nie obchodzi poza trenowaniem. To jest najważniejsze. O resztę zadba cały sztab ludzi. To była najlepsza oferta dla dalszego rozwijania się i dlatego z tej możliwości skorzystałem.

Zmiana klubu będzie impulsem do kolejnych sukcesów?
Jest to bardzo ważne. Nie oznacza to, że wcześniej było źle. Dla byłego klubu robiłem fajne wyniki, ale jak każdy, potrzebowałem zmian. Miniony rok był pełen wielu dziwnych sytuacji i wielu właśnie zmian. Zmieniłem swojego menedżera i teraz reprezentuje mnie Marcin Rosengarten. Natomiast w życiu prywatnym całkowicie zmieniłem podejście do sportu i do życia. Zaszło wiele zmian, ale wychodzą mi one na dobre, co już teraz widać w pierwszym okresie sezonu startowego w hali. Zbliżam się do swoich rekordów życiowych, jestem bliski poprawienia rekordów kraju. Wszystko jest więc na dobrej drodze, a przede mną jeszcze wiele jest do zrobienia.

Nie jest pan pierwszym lekkoatletą, który zdecydował się startować w AZS UMCS. Czy podpytywał pan o lubelski klub?
Oczywiście rozmawiałem z kolegami i koleżankami, którzy reprezentowali już barwy tego klubu. Opinie były bardzo pozytywne. Działacze klubu i miasta są bardzo przychylni i widać, że mocno angażują się w rozwój sportu w tym regionie. Ja natomiast jestem perfekcjonistą i potrzebuję idealnych warunków, które zostały dla mnie stworzone.

Za nami specyficzny rok. Jak wykorzystał pan ten czas, żeby mimo wszystko wynikło z niego coś pozytywnego?
Jestem jednym z niewielu sportowców, którzy tak naprawdę cieszyli się, że taki okres przyszedł. Dla mnie była to możliwość odpoczynku, bo tego bardzo mi brakowało. Na szczęście nie jestem zawodnikiem kontuzjogennym, ale przez to miałem bardzo mało odpoczynku w ostatnich latach. Bardzo intensywnych latach, w których przywoziłem wiele medali z imprez docelowych, zarówno w hali, jak i na stadionie. Był to więc intensywny czas i mogę powiedzieć, że okres pandemii przedłużył mi życie.

Odpocząłem trochę i jestem jeszcze bardziej naładowany chęcią wygrywania i bicia rekordów życiowych. Pokazałem to już w trakcie pierwszych startów w hali. Ten rok był też okresem, w którym po wielu latach mogłem w końcu spędzić dużo czasu z rodziną. Z żoną, z dziećmi. To podniosło mnie bardzo na duchu, zmotywowało i dodało sił.

Jestem więc z pewnością jednym z niewielu zawodników, którym to pasowało.

Szukaliście z trenerem nowych rozwiązań, żeby w trudnych czasach należycie dbać o formę?
Generalnie było bardzo podobnie do wcześniejszych lat. Staraliśmy się się większość czasu spędzać na obozach wysokogórskich. Nie zawsze to było oczywiście możliwe z powodu pandemii, zamkniętych granic i problemów z podróżowaniem. Dlatego niedawno wyszła nowa inicjatywa, pewnego rodzaju eksperyment dla nas. Dużo czasu spędziłem w Warszawie na obozie „klimatycznym”. Trenowaliśmy w pomieszczeniu hipoksyjnym, gdzie warunki symulują duże wysokości. Było tam po prostu mniej tlenu. Trenowaliśmy na bieżniach ruchomych oraz na siłowni. Stworzono dla nas warunki treningu na wysokości 2 tysięcy metrów. Śmieję się, że trenowałem w Kenii, spałem w Etiopii, bo w namiocie wysokogórskim na wysokości 2,5 tys. metrów, a przez cały ten czas mieszkałem w Warszawie. Bardzo fajny i ciekawy eksperyment. Nie wiedzieliśmy czego można się spodziewać, ale uznaliśmy, że zamiast bezczynnie siedzieć w domu, lepiej jest spróbować czegoś nowego. Zdało to egzamin i czuję się świetnie. Ten czasem spędziłem razem z Adamem Kszczotem, z którym jestem w jednej grupie treningowej i on również czuje się świetnie.

Od wielu lat przygotowywał się pan do startów w Kenii, czy w tym roku podobnie?
Niedawno właśnie wróciłem z Kenii. Gdy tylko obostrzenia zostały trochę poluzowane, to na początku tego roku poleciałem na miesięczne zgrupowanie do Afryki. Wróciłem na sezon halowy, ciągle się rozwijam i czuję się mocny. Znam bardzo dobrze swój organizm, na scenie lekkoatletycznej jestem od wielu lat i wiem, że potrzebuję startów, bo rozkręcam się z biegu na bieg. W następnych startach oczekuję od siebie coraz lepszych wyników. Nawet ataku na rekord Polski.

Obserwuje pan wyniki uzyskiwane przez rywali?
Media często mówią o mnie „stary lis”, i ja się z tym zgadzam. Chodzi o to, że jestem za bardzo doświadczonym zawodnikiem, żeby przejmować się takimi rzeczami, jak wyniki i nazwiska rywali. Ja znam siebie, wiem, że jestem typem turniejowca. Nawet jeśli na mityngach nie było rewelacji i odstawałem może od najlepszych biegaczy na świecie, to kiedy dochodziło do imprezy docelowej, na której trzeba myśleć, regenerować się, być sprytnym, a biega się dzień po dniu, wtedy była już inna historia. Nazwiska i wyniki nie biegają, więc w ogóle się tym nie stresuję. Czy będę miał pierwszy wynik w Europie, czy dziesiąty, nie ma dla mnie znaczenia. Na halowe mistrzostwa Europy jadę bronić tytułu mistrzowskiego.

W najbliższy weekend są halowe mistrzostwa Polski w Toruniu. Ta impreza będzie przetarciem przed mistrzostwami Europy?
Tak. Będę startował na pewno na dwóch dystansach, a może nawet na więcej. Wszystko właśnie po to, żeby zrobić przetarcie, trening przed imprezą docelową, czyli bieganie dzień po dniu. To dla mnie też ostatni moment na ewentualne zmiany, sprawdzenie taktyki, sprawdzenie treningu. Stąd decyzja o wystartowaniu przynajmniej na dwóch różnych dystansach. Potem będą jeszcze dwa tygodnie na wprowadzenie ewentualnych korekt, żeby forma przyszła na imprezę docelową.

Najważniejszą imprezą w tym roku będą igrzyska olimpijskie w Tokio?
Igrzyska są celem numer jeden. Przygotowuję się do nich tak naprawdę od wielu lat. Jest to zresztą jedyny medal, którego brakuje w mojej kolekcji. Tak, że dla mnie bardzo ważna sprawa. Ostatnio byłem blisko podczas igrzysk w Rio, gdzie zająłem szóste miejsce. Olbrzymi sukces, ale jestem głodny medalu. Igrzyska są imprezą docelową, ale nie można zapominać, że ten sezon będzie naprawdę ciekawy. W sezonie letnim będą jeszcze drużynowe mistrzostwa Europy, czy mistrzostwa świata w sztafetach. Czeka mnie więc sezon długi i intensywny.

Małgorzata Hołub-Kowalik „aniołek Matusińskiego" odwiedziła ...

Boniek z kolejnym wyzwaniem

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie