reklama

Marsjanie w roli ZOMO, apokalipsa i drwina, czyli stan wojenny w polskim kinie

Piotr ZarembaZaktualizowano 
Ochódzki w "Rozmowach kontrolowanych" był parodią konspiratora. Ale innych Polaków pokazano jako szlachetnych
Najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego "Dom zły" bywa porównywany, niesłusznie, do twórczości Quentina Tarantino. Bywa też zestawiany z "Fargo" braci Coen, co jest bardziej uzasadnione - "Dom zły" to również traktat o beznadziejnej głupocie prowadzącej do zbrodni.

Wielbiciele poprzedniego filmu tego reżysera "Wesele" odnajdą trochę podobny klimat - polska prowincja jest w nich obu tak naturalistycznie sportretowana, że aż przerysowana, jak z obrazów Breughla.

Zły dom Jaruzelskiego

Ale "Dom zły" to równocześnie film o czasach stanu wojennego. Rozgrywający się podczas wojny generała Jaruzelskiego z Solidarnością, brutalnej, choć chwilami graniczącej z farsą. Widzimy tę historyczną chwilę nie z perspektywy wielkich zakładów przemysłowych zdobywanych przez czołgi, zbuntowanych uczelni czy ulic wielkich miast patrolowanych przez ZOMO.

Nie, mamy do czynienia z zapyziałą pegeerowską miejscowością, do której wielka polityka dociera jedynie w postaci strzępów (miejscowy ksiądz słucha Wolnej Europy, partyjny działacz demonstruje kasetę odebraną opozycjoniście). A jednak PRL jest tu obecny, tyle że w inny sposób - tę jego twarz znali dobrze działacze opozycyjni, którzy - próbując bronić praworządności - jechali do zabitych dechami dziur, gdzie milicja albo nieznani sprawcy zabili zwykłego człowieka - bo przeszkadzał, stał na drodze miejscowej klice, posiadał coś, co chciała posiadać władza. Polska Jaruzelskiego jawi się tu trochę jak Dziki Zachód, tyle że taki, gdzie obrodzili bandyci, za to prawie nie ma szeryfów.

Oryginalne spojrzenie - głęboko antyromantyczne i równocześnie przesycone buntem wobec reguł tamtego świata. Buntem, którego sztandaru nie ma jednak kto podjąć. To wizja bardziej może oskarżycielska niż grottgerowskie obrazy manifestacji rozpędzanych przez milicję. Choć do końca się nie dowiemy, czy zwykli bohaterowie "Domu złego" byliby mądrzejsi, mniej przygnębiający i mniej przygnębieni, gdyby nie żyli w Polsce Jaruzelskiego. Polsce, która jawi się nam jako państwo wycinkowo bezwzględne, nawet jeśli nie całkiem skuteczne i groteskowe.

Tak czy inaczej dojrzeliśmy do czasów, gdy można zajrzeć za fasadę wielkiej historii i chwała Smarzowskiemu za jego gorączkowy, niepokojący obraz. Wątpliwość można zgłosić nie do reżysera, ale do rzeczywistości. Przecież ta wielka, największa historia nie doczekała się tak naprawdę zbyt wielu świadectw. Można powiedzieć, że została przez polskich filmowców jak na razie ledwie muśnięta.

Cenzurą i "Godnością"

Lata 80. ze zrozumiałych względów nie sprzyjały filmowym rozrachunkom. Rządziła wciąż ekipa stanu wojennego pilnująca swoich racji za pomocą cenzury i administracyjnej kontroli nad filmowym rynkiem. Nieprzypadkowo pierwszym "świadectwem" była "Godność" Romana Wionczka, typowy przykład kina totalitarnego uzasadniającego racje władzy posługującej się przemocą.

Nakręcony w roku 1984 film był toporny, schematyczny, zagrany - za wyjątkiem gorąco popierającej władze Haliny Kossobudzkiej - przez mało znanych aktorów (większość świata aktorskiego bojkotowała wtedy reżymową telewizję, co dopiero mówić o udziale w filmach o takiej wymowie). Formalnie rzecz biorąc, nie dotyczył samego stanu wojennego, ale konfliktów w fabrykach tuż przed jego wprowadzeniem. Był, można by rzec, jego artystycznym uzasadnieniem. Tak drewnianym i bladym jak partyjna mowa-trawa, która tłumaczyła racje Jaruzelskiego z mównic.

Co zabawne, wymowa tego filmu była na wskroś konserwatywna. W konflikcie wewnątrz robotniczej rodziny racje ma stary majster opowiadający się za porządkiem, a nie jego zaplątany w solidarnościową awanturę zięć. Najbardziej demoniczną postacią był manipulatorski inteligent - Ekspert - wprost wyjęty z milicyjnych pogadanek. Stary zostaje upokorzony wywiezieniem na taczkach przez rozgorączkowaną załogę. To właśnie jego podeptana godność stała się przedmiotem troski Wionczka - w czasach gdy tysiące ludzi siedziało w więzieniach z woli Jaruzelskiego, a ludzie pokroju owego majstra przeżywali triumf.
Czy twórcy niepodzielający tej wizji próbowali mówić innym językiem o zdarzeniach, o których wprost mówić nie było wolno? Z pewnością łaknęła tego publiczność. Na przykład "Wojnę światów" Piotra Szulkina odczytywano jako alegorię stanu wojennego (Marsjanie przypominający zomowców wdzierają się do mieszkania Romana Wilhelmiego i porywają mu żonę, Krystynę Jandę). Jednak film był nakręcony w roku 1981. Skojarzenia były przypadkowe, co nie znaczy, że całkiem nieuprawnione.

Kieślowski - między wierszami

Próbował opowiedzieć historię ze stanem wojennym w tle Krzysztof Kieślowski. Film "Bez końca" pochodził z tego samego czasu co "Godność". Na losy kobiety niepotrafiącej się rozstać ze zmarłym mężem (Grażyna Szapołowska i Jerzy Radziwiłowicz) filmowy moralista nałożył opowieść o przywódcy spacyfikowanego w stanie wojennym strajku (Artur Barciś) szukającym najlepszej formuły własnej obrony przed sądem i odrzucającym rady kolejnych prawników.

Wyznam, że nigdy nie rozumiałem do końca, o co chodziło autorowi scenariusza, adwokatowi Krzysztofowi Piesiewi-czowi, a racje człowieka, który nie należał nawet do Solidarności, a swoją akcję strajkową traktował jako dramatyczny apel na rzecz pojednania Polaków, uznawałem za cokolwiek wydumane. Być może zawinił ezopowy język, podyktowany grą z cenzurą.

Film ma jednak w sobie coś - nastrój. Nie tylko te dwie słabo klejące się historie - miłości i walki o godność przed sądem - jakoś się uzupełniają, ale spokojna kameralna fabuła oddaje w pewnej mierze grozę tamtych zimowych dni, gdy dla wielu ludzi wszystko nagle się zatrzymało. Nawet ja, wtedy uczeń maturalnej klasy liceum, tak zapamiętałem grudzień 1981 roku.

Holland - stan wojenny dla zagranicy

Podobny charakter miał inny, też kameralny film "Stan wewnętrzny" Krzysztofa Tchórzewskiego, który powiązanie tematu miłosnego ze "stanowojennym" przypłacił pozostaniem na półkach od 1983 do 1989 roku. W ostateczności to, czego nie można było powiedzieć w kraju, można było mówić za granicą. Skorzystała z tej możliwości Agnieszka Holland, kręcąc pod koniec lat 80. w Ameryce film "Zabić księdza".

To historia księdza Jerzego Popiełuszki i jego zabójcy Grzegorza Piotrowskiego, choć obaj nie występują pod własnymi nazwiskami, co pozwoliło autorce na swobodne wariacje na temat. Można było odczuwać satysfakcję, że tak ważny dla Polaków epizod ich historii posłużył jako tworzywo dla uniwersalnego moralitetu z Edem Harrisem (esbek) i Christopherem Lambertem (duchowny) w rolach głównych. Trudno było obok ich rozterek przejść obojętnie.

Polskiego widza, zwłaszcza żyjącego w tamtych czasach, musiało jednak razić natrętne wyjaśnianie historycznych kontekstów zachodniej publiczności. Sekwencje stanu wojennego na ośnieżonych ulicach przypominały zaś bardziej sceny proskrypcyjnych rzezi z filmu o starożytnym Rzymie. Pasowało to zresztą do apokaliptycznych wyobrażeń o stanie wojennym, jakie krążyły w roku 1981. Tyle że film był robiony siedem lat później. Ale może bez tego sztucznego spiętrzenia dramatyzmu trudno byłoby Amerykanów poruszyć.
Od hołdu do kpiny

Rok 1989 wraz z upadkiem komunizmu przyniósł oczywiście filmowy rozrachunek z definitywnie zamkniętymi czasami, w tym również z latami 80. Od popularnego plakatowego "Ostatniego dzwonka" Magdaleny Łazarkiewicz pokazującego w konwencji nieomal musicalu, jak dzielna młodzież licealna odrzuca peerelowskie rygory, po ambitną "Ucieczkę z kina Wolność" Wojciecha Marczewskiego podsumowującą powszednie zniewolenie wielu Polaków smakowitą metaforą. Wracano też do dawnych obrazów z przypominanym rokrocznie przez telewizję, a przez 8 lat zakazanym "Człowiekiem z żelaza" Andrzeja Wajdy na czele.

Na tym tle sam stan wojenny doczekał się w pierwszym momencie właściwie tylko jednego obrazu: "Ostatni prom" Waldemara Krzystka z roku 1989. Opowiadał o dramatycznej grudniowej nocy z perspektywy tytułowego promu, który wywoził potencjalnych emigrantów do Niemiec, a na wieść o wprowadzeniu stanu wojennego został zmuszony do zawrócenia do Polski. Nie był to zły film.

Umiejętnie łączył sensacyjną fabułę (na pokładzie jest kurier Solidarności ścigany przez esbeków) z prezentacją galerii postaci jakoś tam ilustrujących różne postawy polskiego społeczeństwa. Ale oczywiście nie mógł się stać podsumowaniem tamtych wydarzeń. Ledwie sygnałem do dyskusji. Psuło go zresztą natrętne dydaktyczne zakończenie. Dzielny solidarnościowiec grany przez Krzysztofa Kolbergera, wracający w ostatnich minutach dobrowolnie do Polski, budził raczej uśmiech niż podziw.

Żarty ze stanu wojennego miały być odtrutką na "solidarnościowe kombatanctwo". Tyle że w polskim kinie tego kombatanctwa było mało

Może jednak takiej odrobiny satysfakcji było potrzeba tej części społeczeństwa, która utożsamiała się z solidarnościową tradycją. Jednak już rok 1991 przyniósł charakterystyczną zmianę. Stanowi wojennemu poświęcono aż dwie komedie: "Człowiek z" Konrada Szołajskiego i "Rozmowy kontrolowane" Sylwestra Chęcińskiego.

Obie były sprzedawane jako zerwanie z "tradycją kombatancką" w przedstawianiu najnowszej historii. Szołajski wręcz ogłaszał, że w Polsce tematem tabu byli kiedyś powstańcy, teraz są konspiratorzy z początku lat 80. Jego film miał być parodią "Człowieka z marmuru" i "Człowieka z żelaza".

Poza karykaturalnymi postaciami bogoojczyźnianych idiotów z Solidarności najbardziej pozostawał w pamięci końcowy dowcip - Marek Mikrut (odpowiedź na Mateusza Birkuta) i jego konspiracyjna towarzyszka życia... zamieniają się płciami. Jak na przekonujące obrazoburstwo było to chyba jednak trochę za mało. Mit Solidarności nie został obalony, a film zgasł szybko zapomniany przez publiczność.

"Rozmowy kontrolowane" - opowieść o dobrych Polakach

Nieco inaczej było z "Rozmowami kontrolowanymi", kontynuacją "Misia" nieżyjącego już Stanisława Barei (niektórzy do dziś przypisują ten film właśnie jemu), który stał się przedmiotem małego kultu i wciąż ma wiernych wyznawców. Także i w tym przypadku recenzenci sprzedawali film jako obrazoburczy - bo, jak pisano, kpi sobie z obu stron: władzy i Solidarności.

W jakiejś mierze tak było, ale piszący w tym tonie coś ważnego przeoczyli. To prawda - Polacy sprzyjający zdelegalizowanej opozycji są tu nieskończenie naiwni, a filarem podziemia okazuje się nieudolny, niegdyś konformistyczny trener Jarząbek grany przez Jerzego Turka. Ale równocześnie Chęciński podtrzymał w całej rozciągłości inny mit - społeczeństwa nieomal w całości odrzucającego narzucony mu świat komunizmu, poza garstką aparatczyków i funkcjonariuszy śpiewających podczas Wigilii "Podmoskownyje wieczera".
Była to w gruncie rzeczy kontynuacja myśli samego Barei, który w "Misiu" wykpił Polaków z czasów późnego Gierka, by ich w finale jednak rehabilitować jako niemądrych może, lecz jednak szczerych wyznawców tradycji. Teza, że "nasz naród jak lawa" została w "Rozmowach kontrolowanych" najpełniej zaprezentowana w scenie kłótni, a potem bójki między fałszywym bohaterem Solidarności prezesem Ochódzkim (Stanisław Tym) a Jarząbkiem, który okazał się weteranem Powstania Warszawskiego. "Ja nie należałem do Partii" - krzyczał Jarząbek i to był niezły, nawet jeśli niezamierzony komentarz do sporów między solidarnościową prawicą a postkomunistyczną lewicą w tym właśnie czasie.

Nie zmienia to zasadniczego wniosku: odrzucenie rzekomego kombatanctwa nastąpiło w momencie, gdy w polskim kinie było go tak naprawdę jak na lekarstwo. Bezceremonialność, z jaką zachęcano filmowców, aby raczej kpili sobie z Solidarności, zamiast ją choć odrobinę uczcić, wciąż raziła niektórych, w tej liczbie mnie. Zwłaszcza gdy do rechotu zachęcali ludzie nieznani wcześniej z odwagi.

Kutz - o ludziach zabłąkanych

Sytuację uratował poniekąd Kazimierz Kutz, twórca raczej nieznany z bogoojczyźnianych uniesień, a jednak uznający mitologię Solidarności za część tradycji dla niego szczególnie ważnej - śląskiej. W roku 1993 pokazał Polakom aż dwa filmy: ascetyczną rekonstrukcję masakry w kopalni Wujek "Śmierć jak kromka chleba" oraz nowelę "Zawrócony".

Ten pierwszy był filmem właściwie paradokumentalnym. Choć przywódcy strajku mieli twarze Janusza Gajosa i Jerzego Treli, a trudno było też nie zapamiętać napiętnowanej rozterką twarzy księdza granego przez Jerzego Radziwiłowicza, wątki osobiste zredukowano w nim do maksimum.

Z kolei "Zawrócony", opowiadający historię rozpędzonej przez ZOMO manifestacji legalnej jeszcze Solidarności na kilka miesięcy przed stanem wojennym, był skromną, tragikomiczną, ale nieprzekraczająca "bariery rechotu" przypowiastką o śląskim everymanie (świetny Zbigniew Zamachowski), który z powodu upodobania do pobożnych pieśni z kandydata na kapusia staje się ofiarą milicji.

Nikt wcześniej ani później nie pokazał tak dosadnie jak Kutz losu ludzi zagubionych pośród wiru historycznych wydarzeń. Zagubionych czasem po to, aby dojrzeć do roli męczenników (strajkujący w Wujku), a czasem jedynie do tego, aby cokolwiek zrozumieć z otaczającego ich świata (Zamachowski ścigający w finale przymilnego milicjanta, aby mu zaaplikować kilka kopniaków).
Tyle że oba filmy Kutza, skromne, nieporywające masowej wyobraźni, nadal były jedynie zaproszeniem do rozmowy o stanie wojennym. Rozmowy, której po nim prawie już nie podjęto.

Zanussi - przestroga dla innych

Gdy ją podjąć próbowano, to tylko w mikroskali i ze smutnymi skutkami. Krzysztof Zanussi w cyklu "Opowieści weekendowe" nakręcił w 1995 roku telewizyjną nowelę "Damski interes". Rozgrywała się w czasach współczesnych, ale dotykała bolesnej rany - krzywdy z czasów stanu wojennego nie tylko nie zostały naprawione, ale w społecznej hierarchii ówcześni krzywdziciele w warunkach demokracji i wolnego rynku okazywali się wygranymi.

Porażka "Damskiego interesu" Zanussiego była niesprawiedliwa. Publika, ukształtowana przez codzienną prasę, nie zrozumiała dobrego filmu

Prościutka historia trzech dawnych koleżanek, które postanawiają się odegrać na czwartej za jej ówczesne draństwo, przykuwała uwagę także dzięki świetnemu aktorstwu (Anna Nehrebecka, Marta Lipińska, Joanna Szczepkowska, Magdalena Zawadzka). A jednak na portalu Gazeta.pl "Damski interes" został wytypowany jako kandydat na festiwal najgorszych filmów - obok kiczowatego horroru "Lubię nietoperze" i innych podobnych "dzieł".

Dlaczego? Trudno dociec. Można się tylko domyślać, że ukształtowana przez "antyrozliczeniową" publicystykę młoda publiczność nie potrafiła w ogóle pojąć tamtych emocji, uznała je więc zapewne za dziwaczne i histeryczne. Dla twórców, nawet tak wybitnych jak Zanussi, musiał to być dodatkowy dzwonek ostrzegawczy, aby się tą tematyką więcej nie zajmować
"Popiełuszko" - szlachetny plakat

Więc się nie zajmowali - pomijając paradokumentalne teatry telewizji wyprodukowane już pod rządami IV RP, usiłujące wypełniać rozmaite historyczne luki. Wyjątkiem był zrobiony ostatnio z rozmachem "Popiełuszko. Wolność jest w nas" Rafała Wieczyńskiego. Wywołał on ożywioną debatę. Jedni zarzucali mu papierową ilustracyjność, choć mówili to z pewną powściągliwością ze względu na temat. Inni zwracali uwagę na sugestywny portret polskiego bohatera zagranego bardzo dobrze przez Adama Woronowicza. I powoływali się na pionierski charakter filmu.

Moja ocena? Spotkałem wiele osób, które szczerze się tym filmem wzruszyły i to już wystarczy, aby uznać, że osiągnął swój cel. Z drugiej strony, trudno go nie opisywać jako straconej szansy na zmierzenie się po latach z wieloma wątkami.

Na przykład ciekawy konflikt księdza Popiełuszki z kościelną hierarchią został potraktowany zdawkowo i w sposób niezwykle ugrzeczniony - symbolem tego ugrzecznienia stał się udział w filmie prymasa Józefa Glempa, który zagrał samego siebie, trudno więc, aby jego rola w tamtych zdarzeniach została potraktowana choć trochę krytycznie.

To kolejny paradoks, gdy przychodzi do sporządzania bilansów tamtych zdarzeń. Są na tyle odległe, że młodym widzom trzeba je tłumaczyć, jakby pochodziły z innego kraju, ale na tyle świeże, że narzucają wielu twórcom coś w rodzaju autocenzury - wiele postaci żyje, a ówczesne konflikty mają przełożenie na obecną politykę. To poza poczuciem, że temat "niemodny", druga przeszkoda.

Pod ciężarem historii

Jeśli można się wobec generalnej porażki polskiej kinematografii w zderzeniu ze stanem wojennym czymś pocieszać, to tylko w bardzo specyficzny sposób.

Na przykład tym, że w literaturze jest jeszcze gorzej. Najbardziej wyraziste obrazy stanu wojennego to z jednej strony "Rok w trumnie" Romana Bratnego jako przykład agresywnej literatury totalitarnej, a z drugiej - dokumentujące ten czas z pozycji życzliwych Solidarności, soczyste, ale jednak doraźne obrazki z "Raportu o stanie wojennym" Marka Nowakowskiego.

Dla mnie najbardziej urzekającą próbą rozmowy o tamtych czasach jest powieść "Jest" Dawida Bieńkowskiego z 2001 roku, rozgrywająca się w środowisku warszawskich licealistów, z wyraźnym odniesieniem do sprawy zabójstwa Grzegorza Przemyka. Bieńkowski opowiedział najwidoczniej historię własną i swoich kolegów, bez patosu i zadęcia, ale też bez fałszywego odwracania wektorów - tak żeby coś, co poważne, stawało się na siłę ironiczne czy śmieszne. Polskie kino takiej osobistej historii kogoś, kto uczestniczył w tamtych wydarzeniach czynnie po stronie Solidarności, właściwie nie podjęło.
Pozostały okruchy, drobiazgi, czasem nawet i smaczne - jak nakręcony ostatnio w ramach cyklu nowelek z okazji 20. rocznicy Solidarności filmik "I wie pan co?". Dawny opozycjonista (Krzysztof Stroiński) odnajduje tam w prezesie banku (znakomity Janusz Gajos), u którego próbuje załatwić kredyt, dawnego prokuratora, który go oskarżał w stanie wojennym właśnie. Jest w tej historii coś z moralnego niepokoju obecnego wcześniej w "Damskim interesie" Zanussiego. Ale kino moralnego niepokoju na skalę lat 70. z tego nie powstało.

Można się nawet zgodzić z Agnieszką Holland, która tłumaczyła niedawno, że trudno kręcić takie filmy na zamówienie. Coś z takiego zamówienia powstanie, ale niekoniecznie szczere i przekonujące. Długa lista sponsorów, także kościelnych, dodana do ostatniego filmu o księdzu Popiełuszce była dla niego raczej obciążeniem niż wsparciem, choć może zapewniła mu pieniądze na efektowne sceny rozbijania manifestacji na warszawskich ulicach, co warto było kiedyś w kinie wreszcie pokazać.

Wszystko przed nami

Ale pytanie, czego zabrakło samym twórcom: chęci, odwagi, wyobraźni, odpowiedniego klimatu, będzie jednak mnie nurtować. Przecież tamte czasy dostarczają gotowe historie garściami. Dlaczego nie są podejmowane, zbierane? Los "Damskiego interesu" sponiewieranego przez ogłupiałą publikę jest dla mnie jakimś tropem.

Można się pocieszać jeszcze jednym. Zainteresowanie przeszłością jednak nie umiera. Ostatni rok przyniósł obok "Domu złego" kilka dobrych i bardzo dobrych filmów (łącznie z niedocenionym "Enen" Feliksa Falka), które szukały inspiracji w peerelowskiej przeszłości, nawet jeśli działy się współcześnie. Ten rok przyniósł też dowód na żywotność podjętej w nich tematyki, czasem nawet nadmierną.

Z rozbawieniem obserwuję usiłowania liberalno-lewicowych publicystów, aby wprząc fabułę smakowitego, traktującego o czasach stalinowskich "Rewersu" w służbę ich własnej "antyipeenowskiej" ideologii. Z rozbawieniem, bo film ten można równie dobrze opisać jako apologię jednoznacznych moralnych wyborów, jakie podejmuje główna bohaterka (można, tylko po co w ogóle to robić, dobre kino słabo się nadaje na polityczny wytrych). Te ożywione debaty i zresztą same filmy pokazują wszakże, że historia w polskim kinie ciągle żyje i ma się nieźle. To paradoksalne pokłosie IV RP - nawet jeśli filmowcy byli przeciw, nasiąkli atmosferą w latach 90. niewyobrażalną. Możliwe więc, że ambitny obraz o stanie wojennym jeszcze przed nami.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Materiał oryginalny: Marsjanie w roli ZOMO, apokalipsa i drwina, czyli stan wojenny w polskim kinie - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

b
bleble

Gen.Jaruzelski pozbawił naród a już w szczególności twórców w tym filmowych tematu na tworzenie dzieł o kolejnej martyrologii narodu. Takimi były przegrane i utopione w krwi powstania takie jak np.Warszawskie.O wygranych jak Wielkopolskie niewiele się mówi.Polacy to naród gdzie liczą się sprawy przegrane a nie wygrane.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3