Międzynarodowy Dzień Tańca: Trzy wieczory dobrych wrażeń

Andrzej Z. Kowalczyk
Tomasz Wygoda w spektaklu „Niżyński. Święto snów
Tomasz Wygoda w spektaklu „Niżyński. Święto snów materiały organizatora
Aż trzy dni – od poniedziałku do środy – trwały obchody tegorocznego Międzynarodowego Dnia Tańca zorganizowane w Centrum Kultury przez Lubelski Teatr Tańca. I należy stwierdzić, że były to trzy naprawdę interesujące wieczory.

Organizatorzy owego maratonu z tańcem współczesnym zadbali o to, ażeby publiczność miała okazję do spotkania zarówno artystów o ustalonej już pozycji na scenie teatru tańca, jak też tych stojących na początku drogi twórczej. Pierwszego dnia zobaczyliśmy jeden z najlepszych spektakli zrealizowanych w Polsce w ostatnich latach – „Niżyński. Święto snów” w reżyserii Sławomira Krawczyńskiego, z choreografią Anny Godowskiej i Tomasza Wygody, który też był jego wykonawcą. To realizacja rzeczywiście wybitna pod każdym względem. Precyzyjna dramaturgicznie, głęboka intelektualnie, ze świetną w założeniu i fantastycznie wykonaną choreografią. Nie zawaham się zaliczyć ją do rzadkiej kategorii dzieł scenicznych, które się nie po prostu ogląda, lecz przeżywa. I to nie tylko w trakcie pierwszego z nią spotkania, lecz także wtedy, gdy się do niej powraca. Po raz pierwszy oglądałem „Niżyńskiego…” w programie ubiegłorocznej Polskiej Platformy Tańca i już wtedy wrażenie było piorunujące. Wydawać by się mogło, że lepiej już być nie może. A jednak to powtórne spotkanie ze spektaklem przyniosło odczucia jeszcze lepsze. Umieszczenie tej realizacji w większej niż poprzednio przestrzeni scenicznej i pewne oddalenie widzów od niej sprawiło, że dokładniej widoczna stała się jej wizualna uroda oraz wykonawcze mistrzostwo Tomasza Wygody. Jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że jurorzy Platformy jak najsłuszniej uznali „Niżyńskiego…” za najlepszy spektakl przeglądu, a Wygodę za najlepszego wykonawcę, ale pomylili się nie nagradzając choreografii tego dzieła.

Uznanym artystą jest także – występujący drugiego dnia – Maciej Kuźmiński. Z jego spektaklem „Różnica i Powtórzenie” mam jednak pewien problem. Jest to realizacja, w której każdy z elementów – choreografia, wykonanie, wyczucie czasu i przestrzeni – jest z osobna na poziomie bardzo wysokim. Ale suma owych elementów nie składa mi się w całość równie dobrej jakości. Zabrakło mi w tym spektaklu autentycznej relacji pomiędzy wykonawcą a widownią; miałem wrażenie, jakbyśmy byli oddzieleni niewidzialną szybą, spoza której Kuźmiński wygłasza monolog zamiast prowadzić dialog z publicznością. Powtórzę: w pełni doceniam części składowe tej realizacji i szanuję ogrom pracy, jaką twórca w nią włożył, ale jednak wyżej cenię inny jego spektakl – „Room 40”. I właśnie ten wolałbym zobaczyć ponownie.

Trzeci dzień przeglądu poświęcony był młodym kadrom z Grupy Tańca Współczesnego Politechniki Lubelskiej oraz Studia RYTM. Tu najlepsze wrażenie zrobiły dwie artystki. Pierwsza z nich to Joanna Szot we własnej choreografii „jestem niema”. To realizacja ciekawa koncepcyjnie i świetnie wykonana. Wpisująca się w zjawisko, które na swój prywatny użytek nazywam szkołą lubelską, opartą o gruntowną świadomość ciała. Co oznacza, że tancerze wiedzą nie tylko CO mogą zrobić ze swymi ciałami, ale także KIEDY i DLACZEGO. A to sprawia, że w ich realizacjach nie ma rozdźwięku pomiędzy myślą choreograficzną a jej realizacją. Taka korelacja zaistniała w pełni w spektaklu Joanny Szot, a co więcej – znalazło się w niej to, czego zabrakło mi u Kuźmińskiego, mianowicie relacja artystki z widownią. Naprawdę jestem pod wrażeniem i z ciekawością czekam na jej kolejne realizacje. Drugą tancerką, którą chciałbym wyróżnić jest Sabina Podkul w miniaturze „beyond me…”. Młoda artystka z dużą kulturą i wrażliwością zbudowała historię dziewczyny, która zginęła w wypadku samochodowym i opowiedziała ją środkami prostymi, acz wyrazistymi, nie popadając przy tym w banalną dosłowność.

Poprawnie zaprezentowały się Inga Makosz w „pas de contrôle” oraz Magdalena Ciupa i Kinga Mianowana w „Periodyczności”. Przed nimi jednak jeszcze sporo pracy, zwłaszcza w sferze koncepcyjnej. Ale początek jest obiecujący. Pewien zawód sprawiła mi natomiast ta, po której spodziewałem się najwięcej. Ewelina Drzał-Fiałkiewicz, świetna tancerka (pamiętne „Cokolwiek stanie się” z choreografią Hanny Strzemieckiej!) i utalentowana choreografka („Iloraz”) tym razem zaskoczyła in minus. O kobiecej biologiczności opowiedziała w sposób nieznośnie dosłowny i irytująco efekciarski, nie pozostawiając widzom miejsca na jakąkolwiek własną refleksję. Po obydwu przywołanych tu spektaklach obiecałem sobie, że będę śledził karierę pani Eweliny i wciąż mam taki zamiar, bowiem mam nadzieję, iż „P♥Syndrom” to tylko wypadek przy pracy.

Trzeba także wspomnieć o występie absolutnych debiutantów, czyli uczestników programu „Myśl w ruchu” prowadzonego przez Annę Żak z Lubelskiego Teatru Tańca. Młodziutkie dzieciaki zaprezentowały urocze przedstawienie „Cztery kąty i piec piąty, czyli Bajki – nie Bajki”. Takie „oswajanie” już od najmłodszych lat z teatrem i tańcem odnotowuję z najwyższym uznaniem i życzę dalszych sukcesów w tym dziele.

>podpis<

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie