Muzy Młodej Polski. Monika Śliwińska opowiada o siostrach Pareńskich

Agnieszka Kasperska
Monika Śliwińska, dziennikarka, redaktorka i pisarka. Mieszka w Lublinie, tworzy stronę o życiu i twórczości Boya
Monika Śliwińska, dziennikarka, redaktorka i pisarka. Mieszka w Lublinie, tworzy stronę o życiu i twórczości Boya Małgorzata Genca
O tym, kiedy pisarka staje się celebrytką i jak sprawić, by czytelnicy się oświadczali, opowiada Monika Śliwińska, autorka książki "Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich".

Po co Ci ta książka, bo przecież nie dla pieniędzy? Teraz lepiej sprzedają się kryminał i romans.
Wszystkie projekty, które dały mi w życiu najwięcej satysfakcji i doprowadziły do tego punktu, w którym się w tej chwili znajduję, zrobiłam nie dla pieniędzy, czasami wręcz za darmo. Tak jest też z tą książką. Muszę przyznać, że ona praktycznie napisała się sama. Ja jestem jedynie osobą, która po stu latach wyciągnęła historię tych trzech pięknych kobiet "z kredensu". Czy książka jest potrzebna? Nasza rozmowa i wszystkie, które dotąd odbyłam, są dowodem na to, że tak.

Czujesz się już trochę celebrytką? Wszystkie te wywiady, targi książki, autografy...
Nie! Po kilku rozmowach, m.in. dla radiowej Dwójki czy radia Tok FM, skądinąd bardzo sympatycznych, z pełną świadomością mogę powiedzieć, że łatwiej było mi napisać tę książkę niż opowiadać o niej jako o produkcie. To jest ten etap procesu wydawniczego, z którym jako autorka nie radzę sobie najlepiej...

Czy praca nad książką była żmudnym przeglądaniem archiwów?
Zaczęło się zabawnie - od karteczek z prośbą o kontakt, które zostawiłam na różnych grobowcach cmentarza Rakowickiego w Krakowie. Tak poznałam wiele osób, dla których moje bohaterki to nie tylko postacie literackie, ale osoby z krwi i kości: ciocie, prababcie itp. A potem było już tylko przesiadywanie w kościelnych i państwowych archiwach miasta Krakowa, podróże oraz niezliczona ilość listów wysłanych w Polskę i za granicę.

Co było najtrudniejsze?
Najtrudniejszy jest zawsze ten moment, kiedy trzeba zapukać do czyichś drzwi, serca i pamięci - czyli do osób żyjących. Powiedzieć, że oto będzie się grzebać w sprawach bolesnych czy nawet dotąd celowo przemilczanych - i jeszcze wytłumaczyć to wszystko interesem społecznym.

To Twoja pierwsza książka. Bałaś się premiery?
Zacznijmy od tego, że nie wierzyłam, że ta książka kiedykolwiek się ukaże... Potem pojawiło się przerażenie, bo uświadomiłam sobie, że jest to pewnego rodzaju ekshibicjonizm, obnażenie się autora przed czytelnikiem, nawet jeśli pisze się o kimś, to po części odsłania się również siebie.

No właśnie, jak daleko można sięgać w prywatność?
Ja sięgam bardzo głęboko. I dzisiaj jestem ogromnie wdzięczna tym wszystkim osobom, które wpuściły mnie do środka, tak w sensie metaforycznym. W przypadku moich bohaterek było to o tyle ważne, że te postaci funkcjonują w polskiej sztuce i literaturze, zależało mi, aby w tej książce mogły mówić swoimi słowami. Można je lubić, albo nie, można je potępiać, chwalić czy analizować ich wybory życiowe, ale dzięki tym materiałom nie będą to już tylko postaci literackie, ale osoby z krwi i kości.

Materiałów szukałaś też za granicą?
Tak. We Lwowie szukałam grobowca męża jednej z moich bohaterek. Bardzo pomogli mi pracownicy naukowi Cmentarza Łyczakowskiego, który dzisiaj ma już status muzeum. Dostałam od nich numer pola, na którym ten grobowiec powinien się znajdować i jedyne, co mi pozostało, to obejść cały teren. Udało się. Satysfakcję miałam tym większą, że zdjęcia grobowca i informacje o miejscu pochówku mogłam przekazać potomkom mojej bohaterki.
A w jaki sposób zdobyłaś akta z kliniki terapeutycznej w Szwajcarii? Z doświadczenia wiem, że takie informacje trudno uzyskać.
Rzecz dotyczyła Lizki, najmłodszej z sióstr, której wizerunki znamy dzisiaj z najsłynniejszych pasteli Stanisława Wyspiańskiego. Miałam informację, że mogła w tej klinice przebywać i właściwie nic więcej. Bez większych nadziei wysłałam do nich list, w którym opisałam historię tej najmłodszej muzy. Kierownik archiwum odpisał mi, że w zasadzie takich informacji nie udzielają, nawet po stu latach, ale mój projekt i sposób, w jaki to opisałam, ogromnie im się spodobał. Do listu była dołączona pękata koperta, a w niej dokumenty dotyczące Lizki, dzięki którym mogłam odtworzyć jej tragiczną historię, nie tylko walkę z uzależnieniem, ale przede wszystkim walkę o siebie i o swoje szczęście. Akurat tego ostatniego jej zabrakło, bo odebrała sobie życie tuż po powrocie do Krakowa.

Czy czujesz się pisarką spełnioną? Książka zbiera same pozytywne recenzje. Została uznana za Najlepszą Książkę na Jesień 2014 r. w kategorii "Biografie".
Na co dzień jestem redaktorką, pracuję w tekście i nad tekstem, stąd wiedziałam, umiałam obiektywnie ocenić, że ta książka nie jest zła. Na tym etapie trudno mi określić, czy czuję się spełniona jako pisarka, ale mogę odpowiedzieć na to pytanie inaczej: Któregoś dnia dostałam list, który brzmiał mniej więcej tak: "Szanowna Pani. Napisała Pani piękną książkę i bardzo Pani za nią dziękuję. Ten świat, który Pani opisała, jest mi znacznie bliższy niż ten, w którym żyję teraz, mając dziewięćdziesiąt kilka lat...". To był ten moment, kiedy poczułam, że warto było napisać tę książkę. Właśnie dla takich listów, jak ten. No i dla takich, w których ktoś mi się oświadcza, taki też dostałam...

I co? Przyjęłaś oświadczyny?
Nie, na to już za późno. Ale to jest bardzo miłe.

Jak zachęciłabyś do lektury młodego człowieka, który widząc książkę mającą ponad 400 stron, stęka z przerażenia? Znajdą w niej to, co najbardziej kręci młode pokolenie: krew, seks, skandale?
W wywiadach powtarzam, że jest to książka o trzech siostrach, ale dzisiaj powiem coś innego. To książka o namiętności, różnych rodzajach namiętności: o miłości, zdradzie, narkotykach, pieniądzach, sławie, potrzebie akceptacji i o tym, że na końcu wszyscy jesteśmy potraktowani bezlitośnie jednakowo.

Co wspominasz najlepiej z okresu pracy nad "Muzami..."?
Jest taka willa pod Krakowem, miejsce, gdzie przyjeżdżali na letni wypoczynek Adam Asnyk, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Stanisław Wyspiański, czyli cała plejada gwiazd. Nawet teraz ten dom wygląda bardzo młodopolsko, tajemniczo i niedostępnie. Obrasta go po dziś dzień dzikie wino, które widać też na okładce mojej książki. Któregoś jesiennego dnia pojechałam tam z doniczką i małą łopatką, chciałam mieć jakąś pamiątkę, coś, co bezpośrednio wiązało się z moimi bohaterkami, z legendą Młodej Polski. Przewiozłam kilka pędów wraz ziemią busem, przez pięć godzin trzymając doniczkę na kolanach. Dzisiaj rośnie w moim ogrodzie, rodzina wie, że należy chodzić wokół niego na palcach.

Skoro mowa o Krakowie, czy będziesz miała jeszcze odwagę tam pojechać? Bardzo naraziłaś się krakusom, określając ich gród jako "prowincjonalne miasteczko na krańcu Galicji", które ustępowało we wszystkim Lwowowi.
To prawda, tak napisałam, ale przede mną zrobił to Stefan Żeromski, a po nim Boy. I mam nadzieję, że krakowianie potraktują mnie trochę jak niegrzeczne dziecko, któremu wiele się wybacza.

A skoro jesteśmy przy Boyu... Wciąż prowadzisz jego blog. Znowu zapytam: po co? To nietypowe zainteresowanie dla młodej matki i żony.
Gdybym nie prowadziła tego bloga, nie trafiłabym do wydawnictwa Iskry, bo trzeba powiedzieć, że przez kilkadziesiąt lat wydawnictwo miało swoją siedzibę pod tym samym adresem, gdzie przed wojną mieszkał Tadeusz Boy-Żeleński. Tak poznałam Wiesława Uchańskiego, prezesa Iskier, i dzisiaj mam wobec niego ogromny dług wdzięczności za to, że zobaczył we mnie pisarkę na długo przed tym, zanim ja odkryłam ją w sobie. Pierwszą propozycją, którą dostałam z Iskier, i którą nawiasem mówiąc odrzuciłam, była biografia Boya-Żeleńskiego. Pan Uchański powtarza mi, że przyjdzie dzień, kiedy jeszcze do tego Boya wrócę, a ja... cóż, ufam jego intuicji. Bez niej nie byłoby dzisiaj tej książki.

Jakie masz plany? Będzie niebawem nowa książka?
Kiedy napisałam "Muzy Młodej Polski" i wreszcie skończyły się te wyjazdy do Krakowa, moja córka powiedziała: "Mamo, następnym razem napisz książkę o kimś z Lublina. I żeby była cienka!". Nie tak łatwo jest jednak rozstać się z tematem i bohaterami, którzy towarzyszyli mi przez ostatnie dwa lata... Ci, którzy przeczytali już moją książkę, z pewnością domyślą się, która z postaci jest dla mnie szczególnie ważna. Na warsztacie mam następnego krakowianina. To Stanisław Wyspiański, o którym napisano już dużo, ale mnie marzy się ściągnięcie go z piedestału, odbrązowienie, wytarganie za uszy, pokazanie jego wzlotów i upadków, czyli tego wszystkiego, co składa się na istotę człowieczeństwa każdego z nas.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

,

w stanach nie ma celebrytów tylko medialne świnie

L
Leszek

znana z pokazywania ......pupy...:)

S
Szeptun Puntur

Czy to nie były takie celebrytki - znane z tego, że są znane?

Dodaj ogłoszenie