reklama

Na Haiti śmierć jest zwyczajna

Irena ŁaszynZaktualizowano 
Polskapresse
Widzieli ruiny, rozpacz, brak nadziei. Czuli zapach śmierci. Szukali żywych, a znajdowali martwych. O ratownikach, którzy wrócili z dotkniętego trzęsieniem ziemi Haiti, pisze Irena Łaszyn

Przed telewizorem wie lepiej. Jak szukać, jak ratować, jak trzymać fason przed kamerą. Patrzy na haitańskie gruzowisko z wysokości kanapy i udziela rad. Patrzcie, mówi, jacyś Amerykanie po dwóch tygodniach odnaleźli żywego człowieka, a nasi nie potrafili. Po co oni tam jechali? Po co w ogóle na Haiti dwa tysiące ratowników z całego świata, skoro udało się wydobyć spod gruzów tylko 135 osób? Lecieć taki kawał, żeby opatrzyć kilkudziesięciu rannych? Przegrać wyścig ze śmiercią? Patrzcie, mówi twardziel z kanapy, ten "komandos" płacze! Żenada, panowie, żenada…

Aspirant Dariusz Szaryński z gdańskiej grupy poszukiwawczo-ratowniczej PSP po raz pierwszy pękł w Petit-Goâve - miasteczku, 60 km od Port-au-Prince, gdzie w środę 20 stycznia doszło do najsilniejszych wstrząsów wtórnych. Polecieli z Port-au-Prince śmigłowcem, bo przejechać się nie dało, razem z Brytyjczykami i Niemcami.

W sztabie ONZ kazali wytypować 15, głównie ratowników medycznych, bo tam złamania, urazy i krew. W tej piętnastce znalazło się czterech gdańszczan.

W Petit-Goâve zbudowali prowizoryczny szpital. Oprócz ratowników było dwoje lekarzy holenderskich i dwóch polskich. Zaczęli przyjmować pacjentów. Takich w stanie agonalnym. Nieprzytomnych. Z niewydolnością oddechową. Z malarią i tyfusem. Z gangreną. - Potrzebowali błyskawicznej pomocy w sterylnych warunkach, a tam była jedna wielka prowizorka - mówi asp. Szaryński. Ratownicy medyczni w Petit-Goâve mogli tylko te zakażone rany opatrywać, licząc na cud.

Kataklizm trwał tylko 45 sekund. Tyle, ile wystarczy, by wybiec z domu i ocalić życie. Gdy budynek się zawali, nawet ci, co przeżyją, zostają pogrzebani żywcem. Chyba że z gruzów ktoś ich wyciągnie

Najgorsza jest bieda
Szaryński jest strażakiem od 13 lat, od trzech pracuje w grupie poszukiwawczo-ratowniczej, a jako ratownik medyczny dorabia w pogotowiu. Wydawało mu się, że jest zahartowany, bo już niejedno widział. Także śmierć. Wiedział, dokąd jedzie. Pękł, gdy na jego oczach umarł kilkumiesięczny chłopczyk. - Dzieciak trafił do nas w stanie agonalnym - opowiada. - Miał malarię i małe szanse na przeżycie. Gdy odszedł, prawie wszyscy się rozkleili. Z bezsilności.

Tylko dwoje dzieci zdołali uratować. Dziewięciomiesięcznego chłopczyka z silnym zapaleniem płuc, który był na granicy życia i śmierci, i pięcioletnią dziewczynkę z poparzeniami obejmującymi 60 proc. ciała.

Kapitan Tomasz Czyż, oficer łącznikowy podczas tej misji, załatwił transport, mały trafił do pływającego amerykańskiego szpitala. A dziewczynkę z matką zabrali swoim śmigłowcem do Port-au-Prince. Tam czekał już na nie inny samolot. Poleciały do szpitala w Miami.
Drugi raz pękł już w Polsce, gdy po koszmarnej podróży dotarli do Gdańska, do jednostki. Byle szybciej do domu, myślał, do dzieci. Byle je zobaczyć. A tu - kamery, mikrofony, zamieszanie. Wszyscy dziennikarze pytali o to samo: Co było najgorsze? I stanął mu przed oczami tamten chłopczyk. Odpowiadał jak automat: Bieda, bieda i jeszcze raz bieda. Starał się trzymać, ale łzy i tak mu się zakręciły.

Aspirant Jarosław Mroczek, podobnie jak Szaryński strażak z 13-letnim stażem, od trzech lat w grupie, też mówi o Petit-Goâve. Bo tam najbardziej odczuł swoją bezradność.

Poraziły go gruzowiska w Port-au-Prince. Wystające z nich nogi i ręce. Zapach śmierci. Rozkładające się ciała. Całe stosy. I toczące się obok życie. Pozory normalności. - To nie jest normalność! - protestuje Szaryński. - Tam nic nie jest normalne. Ani te pałatki z czterech kijków i kawałka prześcieradła osłaniające przed słońcem. Ani handel w ruinach. Ani muchy wielkości koników polnych, wędrujące po kawałkach sprzedawanego mięsa. Ani widok dzieciaków wysiadujących na śmietniskach, obok ryjących w ziemi świń.

Ludzie powyciągali z rumowisk trochę desek, koców, poobijanych garnków. Tam, gdzie przed 12 stycznia mieszkali, próbują stworzyć namiastkę domu.

Ogniomistrz Waldemar Dąbkiewicz zauważa, że tam ziemia trzęsie się każdego dnia. Nawet po kilka razy. - Haitańczycy te wstrząsy wyczuwają wcześniej niż obcy - potwierdza kpt. Tomasz Czyż. - Krzyczą, że trzeba uciekać, dopiero potem zaczyna drżeć ziemia.

Kataklizm, który zniszczył ten kraj, trwał tylko 45 sekund. Niektórzy mówią, że to wystarczająco dużo czasu, by wybiec z domu i ocalić życie. Bo gdy budynek się zawali, to na ratunek jest za późno. Nawet ci, którzy przeżyli, zostają pogrzebani żywcem. Chyba że ktoś ich spod gruzów wyciągnie.
Jeśli wie, gdzie szukać.

Pies nie zaszczekał
W czasie gdy czworo gdańszczan pomagało rannym w Petit-Goâve, starszy strażak Michał Szalc z psem Kalim, w towarzystwie kolegów z innych ekip, szukał zasypanych w Port-au-Prince. Na odprawie w sztabie ONZ wyznaczyli im kolejny sektor, na przedmieściach. Tam, gdzie przed trzęsieniem, przy kościele, była szkoła misyjna. - Kościół ocalał, ale szkoła legła w gruzach - opowiada Szalc. - Zginęli uczniowie i księża. Tylko siostry zakonne przeżyły. Podpowiadały, gdzie szukać.

Na rumowisku najważniejszy jest pies. Stanowi szpicę. To on wyczuwa pod gruzami żywego człowieka. Daje znać szczekaniem. Wtedy idzie kolejny, żeby potwierdzić to, co wyczuł poprzednik. Dopiero potem wkracza do akcji ratownik ze sprzętem. Nie da się bowiem przeszukać wszystkich ruin w dwumilionowym mieście.
Niestety, w tej zawalonej szkole na przedmieściach Port-au-Prince nie było śladów życia. Nie było ich też w innych przeszukiwanych miejscach. Pies nie zaszczekał.

Zaczęły się natomiast wstrząsy wtórne. Znowu zadrżała ziemia. Musieli uciekać. - Każdy ratownik ryzykuje życie - przyznaje Michał Szalc. - Staramy się jednak postępować rozsądnie i nie przekraczać tej cienkiej kreski.

Kali ma trzy lata. Zanim wyjechał, był rozbrykanym, radosnym psem. Na Haiti dojrzał, przestał szaleć. Wchodził nocą do śpiwora pana. Spał przytulony. A następnego dnia znowu szukał. Padał ze zmęczenia. Ślizgał się po kamieniach, zsuwał się po pochyłych powierzchniach w dół, pracował. Zupełnie jak Ira, z którą Szalc jeździł wcześniej.

W sektorach, które im przydzielono, już nie było żywych ludzi. Tylko trupy i zgliszcza. Prawie całe Port-au-Prince legło w gruzach. Domy, urzędy, hotele, szkoły, sklepy, kościoły. Runęła katedra główna i katedra Sacré-Coeur. Zachował się tylko Chrystus na krzyżu, pokazywany na zdjęciach we wszystkich gazetach.

Michał Szalc widział jednak kościoły, które ten kataklizm przetrwały. Kościoły pełne ludzi w białych, odświętnych koszulach. Ludzi, którzy szukali ukojenia w modlitwie. Którzy poza Bogiem nie mieli już niczego.

Na Haiti katolicy to aż 61 proc. ludności. To oni, a nie wyznawcy voodoo, jak podkreślają niektóre media, dominują na wyspie.

W 1983 roku z haitańskimi wiernymi, podczas pielgrzymki na Karaiby, spotkał się papież Jan Paweł II. Haitańskie dzieci zaśpiewały mu polską piosenkę!

To były dzieci z wioski Cazale, nazywanej przez miejscowych Polską. Jej mieszkańcy wywodzą się bowiem od polskich dezerterów z armii napoleońskiej, która miała stłumić na wyspie rebelię niewolników. A ponieważ stanęli po stronie buntowników, niepodległa haitańska republika zagwarantowała wszystkim chętnym "polone" obywatelstwo.

Idą dalej
Haitańskie dzieci nie są nachalne. Nie żebrzą, tylko proszą. O coś do jedzenia. O trochę wody do butelki. Siedzą na tych swoich wysypiskach, patrzą na przechodniów ogromnymi oczami, ale niczemu się nie dziwią. Tylko psy ratownicze robiły na nich wrażenie, bo zapewne tak dużych, przyjaźnie nastawionych czworonogów nigdy nie widziały. Przychodziły je pogłaskać. A potem brały batonika czy cukierka i odchodziły.

Haitańskie dzieci przyjmują los z pokorą. Nie okazują cierpienia. Podobnie jak dorośli. Dorośli mijają stosy ciał i idą dalej. Rozpalają ogień na gruzowisku, żeby coś ugotować. Rozkładają kram, żeby coś sprzedać. Przynoszą wiadro wody, żeby się wykąpać. Nie zauważają gapiów, nie wstydzą się nagości.

Nie czują zapachu śmierci. Nie szukają jego źródła.
- Zastanawialiśmy się, czy to szok pourazowy, czy to po prostu inna mentalność i kultura - rozważa Dariusz Szaryński. - Może w kraju, gdzie średnia życia wynosi 35 lat, śmierć jest czymś zwyczajnym?
Michała Szalca też to poruszyło. Był po trzęsieniu ziemi w Algierii i Pakistanie, widział ludzi opłakujących śmierć bliskich i ludzi, którzy z wielką determinacją, niekiedy wbrew zdrowemu rozsądkowi, przeszukiwali gruzowiska.

Na Haiti tej determinacji było mniej. Haiti zobojętniało na biedę, nieszczęście, bezmiar tragedii.
- Po powrocie jeszcze bardziej zacząłem doceniać to, co mam - przyznaje Dariusz Szaryński. - Że żyję w bezpiecznym kraju. Że obok mam bliskich. Że rano mogę pójść do sklepu. Haitańczycy wstają rano i od nowa walczą o łyk wody, o miskę pożywienia. O każdy następny dzień.
Może dlatego tak zobojętnieli. Zastygli w bólu.

Zima 30-lecia w Polsce, zasypie nas śnieg

Wideo

Materiał oryginalny: Na Haiti śmierć jest zwyczajna - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3