Niedokończone utwory Mozarta i Schuberta w filharmonii

paf
W.A. Mozart - jego "Mszę c-moll" usłyszymy dziś w filharmonii
W.A. Mozart - jego "Mszę c-moll" usłyszymy dziś w filharmonii materiały prasowe
Fani muzyki klasycznej mają wiele wspólnego z wyznawcami teorii spiskowych. I jedni, i drudzy lubią doszukiwać się wszędzie ukrytych znaczeń, spierać się o detale i nie ufać w oficjalne wersje wydarzeń. Nic dziwnego, że aura tajemnicy otaczająca "VII Symfonię" F. Schuberta i "Wielką mszę c-moll" W.A. Mozarta (obydwie usłyszymy dziś w filharmonii, w wykonaniu orkiestry symfonicznej FL i Akademickiego Chóru Politechniki Lubelskiej) pobudzają ich wyobraźnię.

Dowodów na zbieżność dwóch wymienionych wyżej grup można szukać w literaturze. W ciągu kilku ostatnich lat na półkach księgarni pojawiły się m.in. "Manuskrypt Chopina", traktujący o fikcyjnym, nieznanym manuskrypcie kompozytora w rękach byłego pracownika wywiadu wojskowego, czy sensacyjna powieść "Dziesiąta symfonia", odsłaniająca "nieznane fakty" z biografii Ludwiga van Beethovena. O zawiłej teorii dotyczącej częstotliwości koncertowego A (stroją do niego filharmonicy przed koncertami), w którą podobno są zamieszani naziści i siły kosmosu, nie mówiąc.

Wątek niedokończonych symfonii doskonale wpisuje się w ten klimat. Co najmniej piętnastu twórców pozostawiało swe wielkie dzieła bez finiszu, wliczając w to Schuberta i Mozarta. W obydwu przypadkach motywy pozostawienia kompozycji w niedokończonej formie nie są znane.

"Ósma" Schuberta powstała sześć lat przed jego śmiercią w 1828 roku, a więc czasu na zamknięcie pracy autor miał pod dostatkiem. Czy uznał, że dzieło jest wystarczająco dobre i bez zakończenia? Dlaczego część manuskryptu "ósmej" ma podarte kartki? Dlaczego Anselm Hüttenbrenner, który otrzymał od kompozytora oryginał, milczał o nim przez następne 37 lat?

Z "Mszą c-moll" Mozarta z 1782 roku nie jest łatwiej. Symfonii brakuje końcowego "Credo" i "Agnus Dei". Może odstawił utwór na jakiś czas, by zająć się pisaniem za pieniądze ("Mszę" napisał dla czystej przyjemności, jako podziękowanie Bogu za małżeństwo). Może skojarzyła mu się ze śmiercią syna Leopolda i nie mógł do niej wrócić? Ciekawy koncept ma Steve Schwarz. W "Mszy c-moll" Mozart wzniósł się na takie wyżyny geniuszu, że w trakcie najzwyczajniej zabrakło mu inspiracji, nie byłby w stanie dorównać poprzednim częściom. Może nie jest to zbyt ekscytujący pomysł, za to całkiem sensowny.


Codziennie rano najświeższe informacje z Lublina i okolic na Twoją skrzynkę mailową.
Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

m
meloman
każdy kto chce proponować lub zdawać relację z jakiegokolwiek koncertu tudzież innego widowiska powinien przynajmniej zapoznać się z proponowana jego treścią... w Wielkiej Mszy c-moll od ładnych "kilku" lat wiadmomo, że jest skomponowana "na dwa chóry". sluchało się wspaniale!!! brawo Chór Uniwersytetu Medycznego i brawo Chór Politechniki :)
k
klementynka
Mam jedną uwagę- chór Politechniki nie był jedynym, który wykonywał Wielką Mszę c-moll, chociażby dlatego, że utwór jest napisany na dwa chóry. Były zatem dwa chóry- ten, i Uniwersytetu Medycznego. Mam nadzieję, że słuchało się równie dobrze, jak śpiewało.:)
Dodaj ogłoszenie