Open City w Lublinie: W poszukiwaniu nowego alfabetu

    Open City w Lublinie: W poszukiwaniu nowego alfabetu

    Sylwia Hejno

    Kurier Lubelski

    Aktualizacja:

    Kurier Lubelski

    Open City w Lublinie: W poszukiwaniu nowego alfabetu
    1/20
    przejdź do galerii

    ©Łukasz Kaczanowski

    W różnych miejscach centrum Lublina za sprawą festiwalu Open City zagościła sztuka. Prace mogą wywołać zaskoczenie, zastanowienie, czasem uśmiech.
    "Uniezwyklenie", hasło tegorocznej edycji, to pewna propozycja spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość inaczej, uważniej, a dla artystów – próba znalezienia języka, który przebije się przez zgiełk komunikatów. Kuratorka, Aneta Szyłak, przyznaje, że czasy są trudne, także dla sztuki. "Sfotografowaliśmy, sfilmowaliśmy, ucyfrowiliśmy i zlokalizowaliśmy niemal wszystko" – zaznacza. A jednak nie sprawia to, że świat staje się nam bliższy, czy bardziej dostępny, wręcz odwrotnie.
    Przyklejeni nosami do wyświetlaczy telefonów czy ekranów komputera chłoniemy coraz prostsze formy przekazu, bombardują nas informacje, ale nie idzie za nimi realna wiedza. Jak zatem dotrzeć do widza, sprawić, aby ważne problemy dało się wyrazić na nowo i na poważnie? To może zrobić tylko sztuka.

    Zobacz galerię

    Ekran w jednej z witryn na Krakowskim Przedmieściu nie przykuwa specjalnie uwagi, w tym otoczeniu manekinów, szyldów, najróżniejszych ekspozycji zdaje się powielać język reklamy. Na pierwszy rzut oka nic w pracy "Under a serpent sun" Annee Olofsson nie zapowiada się na coś, co będzie prowokować do myślenia, a może nawet wywoła poczucie dyskomfortu. Rajski widok, plaża, para wylegująca się pod cytrynowożółtym parasolem wyglądają równie niewinnie jak kartka z folderu biura podróży. - Jest to praca w pewien sposób dla mnie symboliczna dla idei festiwalu, warto poświęcić jej dłuższą chwilę – zachęcała w czasie wernisażu kuratorka.

    Filmowa niby-reklama, która kusi do wykupienia egzotycznych wakacji, przy bliższym spojrzeniu kryje niespodziankę. Gdy para słucha radia i pałaszuje lody, napisy wyświetlają plejadę mrożących krew w żyłach nagłówków: śmierć w windzie, atak terrorystyczny, epidemia cholery, rzezie, katastrofy, krwawe incydenty z kronik policyjnych wyświetlają się w formie filmowych dialogów. Bezpieczeństwo, komfort i dobrobyt artystka zestawia ze wszystkimi wyobrażalnymi okrucieństwami i klęskami tego świata, które dzieją się "gdzie indziej" – innej części globu, w innym kraju, innym mieście, innej ulicy, ale nie tutaj. I gdy słońce pali, a lody topnieją, kamera przybliża się do czubka cytrynowego parasola, aż staje się on czystą abstrakcją. Żółte kuriozum, w cieniu którego chowa się para wczasowiczów jest jak bańka, która pozwala nam się złudnie zabezpieczyć przed niewygodną i naprawdę niebezpieczną rzeczywistością.

    "Wojny katastrofy, kryzysy humanitarne (...) wyniszczają nie tylko zasoby naturalne, które warunkują przeżycie ludzkości, ale także wyczerpują rezerwuary materialne i wizualne, pozwalające na wiarygodne opisywanie tego świata" – podkreśla kuratorka. Do nagłówków, napisów na pasku w dole ekranu, sensacyjnych haseł wypowiadanych przez prezenterów zadziwiająco przywykliśmy, bo tyle ich jest. Wyciągnięte z gazet, z serwisów informacyjnych, zaprezentowane na ciepłym, wakacyjnym piasku, gdzie być ich nie powinno, psują nasze dobre samopoczucie i przypominają o ciężarze tych właściwych wydarzeń.

    Czy w tym szybkim, coraz bardziej praktycznym świecie wciąż jest miejsce na sentymenty, na pełne nostalgii powroty do przeszłości? "Dom zwinięty w kulkę" – tak swoją pracę określiła Zuzanna Janin. Jej "Dom" jest fragmentem zupełnie osobistej, intymnej historii w publicznej sferze, w której dominują powierzchowność i anonimowość. Gładka szaro-biała kula przypomina Ziemię. Możemy obok niej usiąść pod Trybunałem, bo praca ma także formę ławki. Wtedy znajdziemy się niemal oko w oko z dawnym, pełnym prywatnych rzeczy i wspomnień domem-pracownią artystki i jej matki, Marii Anto. Kable, elementy wykończenia i starych cegieł, a nawet metalowy zamek do drzwi – wszystko to trafiło do brzucha kuli z żywicy, jak do kapsuły czasu. Materialność domu i składających się na niego rzeczy posłużyły artystce do stworzenia czegoś nowego, miejskiego mebla, który stał się wehikułem głębszych, osobistych znaczeń.

    Do przeszłości, schowanej pod chylącym się upadkowi balkonikiem przy Bramie Rybnej, powraca także Elżbieta Jabłońska. Wzór przeniesiony z fajansowego talerzyka pani Teresy, która niegdyś tu mieszkała, umyka wzrokowi przechodniów, jak ledwo zauważalny ślad dawnego dramatu. Trzy dekorowane talerzyki to jedyne pamiątki, która matka Teresy Buk-Szmigielskiej otrzymała od zaprzyjaźnionej żydowskiej rodziny. Artystka przywołuje pamięć o miejscu, granicy getta, mieszkańcach i dawnych sąsiadach, którzy zostali nią brutalnie przedzieleni. Jej praca dyskretnie wtapia się w tło, wzrusza tym, że w ogóle nie dopomina się o naszą uwagę. Wzór talerzyka trzeba chcieć odnaleźć, podobnie jak historię dawnych, niewidzialnych mieszkańców Lublina.

    Zgodnie z manifestem, wszystkich szesnaście festiwalowych prac ma za zadanie "stawiać wyzwanie temu, co już nazwane i utrwalone". Artyści starają się zatem spojrzeć inaczej nawet na te najbardziej głośne tematy: Joanna Rajkowska na zaniedbanym skwerku stworzyła przestrzeń, w której ludzkie sylwetki splatają z pozostałościami wyciętych drzew i stanowią nurtujące pytanie o nasze korzenie, także w tym duchowym wymiarze. Agnieszka Kalinowska kieruje naszą uwagę w stronę Syrii, Afganistanu, Iranu czy Iraku, by pokazać jak wspólna codzienność łączyła nas z tymi rejonami od wieków. Anna Królikiewicz bada fenomen obdarzonych niezwykłymi właściwościami grzybów, które stanowią metaforę kobiecej siły. Aleksandra Ska jednych bawi, a innych irytuje i skłania do wzywania służb porządkowych swoją instalacją z petów powpychanych w kratkę ściekową. Dmuchanego "Pomnika konnego" Mariusza Warasa w razie przewrotu nie trzeba obalać. Jak zauważa: "pomniki nie zawsze pozostają stałym elementem krajobrazu. Gdy zawieje wiatr z innej strony, są niszczone i obalane. Tutaj ten proces jest automatyczny". Rewolucja, która dzieje się bez naszych rąk i która nie angażuje nas fizycznie w niszczenie pomników minionego porządku to nie tylko żart, ale i wizja być może aktualna i śmiertelnie poważna.


    Prace można oglądać do końca miesiąca, lista lokalizacji:
    1. Patrycja Orzechowska “Słońce w XII domu” / CK od ul.Karłowicza
    2. Jakub Ciężki “Thishomeismorethan (bricks and mortar)” / Plac Lecha Kaczyńskiego
    3. Agnieszka Kalinowska “Ciężka Woda/Heavy Water” / Plac Lecha Kaczyńskiego
    4. Aleksandra Ska “Obsession” / Deptak
    5. Annee Olofsson [SE] “Under the Serpent Sun” / Deptak, Krakowskie Przedmieście 15
    6. Janek Simon “Votrex 2” / Plac Łokietka 3
    7. Jacek Niegoda “Typowe produkty nowoczesności szaleją” / Plac Łokietka 1
    8. Piotr Skiba Bez tytułu / Brama Krakowska
    9. Zuzanna Janin “Dom” / Trybunał Koronny
    10. Elżbieta Jabłońska “Znikając” / Brama Rybna, Rynek 5
    11. Dominika Skutnik “Samech” / Plac Rybny
    12. Magdalena Starska “Na wyciągnięcie ręki” / Plac po Farze
    13. Hanna Nowicka “Równoważnia” / ul. Zamkowa przy bramie do Zamku
    14. Mariusz Waras “Pomnik konny” / Dziedziniec Zamkowy
    15. Anna Królikiewicz “Super/Natural” / Błonia I
    16. Joanna Rajkowska “Ja do waszego nieba nie wejdę” / ul. Cyrulicza

    W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    O tym się mówi

    Wideo