Opłatki, śledziki i cały dzień mamy z głowy

Jan Pleszczyński
Jan Pleszczyński.
Jan Pleszczyński. archiwum
Obliczyłem, że gdybym chciał obskoczyć wszystkie przedświąteczne spotkania, na których chcę, albo z różnych względów wypada, być, musiałbym pójść co najmniej na sześć. Jeśli przyjąć, że każde trwa tylko godzinę, to w sumie sześć godzin. To tak, jakby świętować od dziewiątej rano do trzeciej po południu, cały dzień z głowy.

Tak samo jest na Wielkanoc, tyle że opłatek albo śledzika - czyli spotkanie mniej formalne, odbywające się raczej w męskim gronie i zazwyczaj wzmocnione procentami - zastępuje jajeczko.

Rok w rok druga dekada grudnia w moim podręcznym kalendarzu jest gęściej zapełniona niż inne, nawet najgorętsze, tygodnie. Co wieczór kalendarz przeglądam, odfajkowuję, gdzie byłem i co zaliczyłem, i kombinuję, z których zaproszeń można się jakoś wykręcić bez przykrych konsekwencji towarzyskich albo zawodowych.

Oczywiście nie ja jeden wpadam w wir opłatków i śledzików. We wtorek spotkałem kolegę, wystrojonego jak na imieniny do cioci; a było jeszcze grubo przed południem. Ponieważ na co dzień kolega prezentuje styl raczej dżinsowo-polarowy, zmiana image'u rzucała się w oczy. - No, wiesz, bywam w różnych miejscach i coraz trafiają się opłatki - zaczął się tłumaczyć. Ale nie wyglądał na bardzo nieszczęśliwego.

Szczerze mówiąc, ja też nie jestem z powodu opłatków specjalnie nieszczęśliwy, choć kiedyś te przedświąteczne rytuały strasznie mnie denerwowały i robiłem wszystko, żeby się z nich wymigać. Najgorzej czułem się na opłatkach w pracy. Koledzy i koleżanki chyba też za nimi nie przepadali. Przecież doskonale wiedzieliśmy, że uśmiechy i życzenia tzw. kadry kierowniczej niewiele znaczą, i że za chwilę może nas w firmie nie być. I pies z kulawą nogą się o nas nie upomni, a na następnym opłatku, albo wielkanocnym jajeczku, nikt nawet nie będzie pamiętał, że kiedyś tu pracowaliśmy. Myślę, że szefowie też nie byli entuzjastami opłatkowych spotkań. Organizowali, bo musieli; inaczej zaraz by się podniósł krzyk, że są sknerami i za nic mają swoich podwładnych. Błędne koło.

Ale w ostatnich latach nawet polubiłem te spotkania. Bo w erze nowych technologii, gdy wielu z nas pracuje więcej w domu niż w "biurze", opłatki, śledziki i jajeczka są jednymi z nielicznych okazji, gdy można z ludźmi z pracy wymienić choć kilka zdań. A niektórych w ogóle zobaczyć.

Więc chyba jednak warto kultywować świąteczne rytuały, choć bywają męczące, nieco sztuczne i niezbyt szczere. Także i taki, by na Boże Narodzenie nie żałować pieniędzy na kartki, ani czasu na ich napisanie i spacer na pocztę. Choć elektronicznie byłoby wielokrotnie taniej i szybciej.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

r
rurka
Po Nowym Roku czas zacząć obskakiwać "jajeczka", aby tradycji stało się zadość.
w
wujek Dobra Rada
to może Panie Janie wzorem hipermarketów rozpocząć świętowanie zaraz po 1 listopada (czyli zgodnie z nową tradycją Helloween) - nowocześnie i wszystkich będzie czas obsokczyc
Wróć na kurierlubelski.pl Kurier Lubelski
Dodaj ogłoszenie