MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Piękno dawnego Zamościa na fotografiach Adama Lenkiewicza

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
— Te fotografie są wyjątkowe z kilku względów — mówi Adam Gąsianowski, fotograf, właściciel Muzeum Fotografii w Zamościu. — Powstały w bardzo ciekawym czasie dla naszego miasta. Adam Lenkiewicz zrobił je prawdopodobnie w 1938 r., tuż po przeprowadzeniu tzw. pierwszej rewitalizacji Zamościa. Nie spotkałem się z innymi zdjęciami zamojskich zabytków z tego czasu. Fotografie Lenkiewicza są unikatowe. Niektóre były robione w nocy, co było w Zamościu rzadkością. Fotograf świetnie uchwycił na nich niezwykłą atmosferę miasta.

Zdjęcia zostały odnalezione przez dr Bogumiłę Sawę (właśnie mija czwarta rocznica jej śmierci): zacną osobę i intelektualną potęgę. Była regionalistką, badaczem dziejów Hetmańskiego Grodu, autorką m.in. wielu studiów historyczno-architektonicznych oraz wyjątkowo sympatyczną i życzliwą osobą. O Zamościu, jego dawnych mieszkańcach i unikatowych zabytkach potrafiła opowiadać godzinami.

Jednym z jej odkryć były poetyckie fotografie przedwojennego Zamościa.

Uzdolnienia i ogólne wykształcenie

Jak do nich dotarła? W 2013 r. dr Bogumiła Sawa gromadziła ilustracje do publikacji swojego doktoratu. Udało się jej wówczas nawiązać kontakt z Muzeum Architektury im. A. W. Szczusiewa w Moskwie. Tam poinformowano ją, że placówka dysponuje 21 zdjęciami starego Zamościa. Wykonał je fotograf o nazwisku Lenkiewicz (potem pani Bogumiła ustaliła, że miał na imię Adam). Trafiły one do badaczki w maju 2014 roku. Uwieczniły czas, który dla Zamościa był pod wieloma względami ważny, wręcz przełomowy.

„Gdy ludzie uporali się już ze swoją pracą zawodową, zjedli obiad, trochę odpoczęli, dopiero zaczynało się życie społeczne, towarzyskie” — pisał o przedwojennym Zamościu Zygmunt Klukowski, lekarz, społecznik i kronikarz ze Szczebrzeszyna. „Najrozmaitszych organizacji, stowarzyszeń i związków była nieprzebrana moc (…). Niektórzy należeli do kilkunastu, a nawet więcej (…). Czasem wszystkie dni w tygodniu były zajęte jakimiś zebraniami, posiedzeniami. Trzeba również do tego dodać różne imprezy sporadyczne (okolicznościowe)”.

Tych organizacji i towarzystw dr Klukowski wyliczył wiele. Była to m.in. Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej, Liga Morska i Kolonialna, Związek Obrony Kresów Zachodnich czy np. Towarzystwo Rozwoju Ziem Wschodnich. Członkami wielu z nich byli urzędnicy państwowi i samorządowi. To oni często nadawali „ton” takim spotkaniom.

„Zjawił się (w Zamościu) nowy starosta Marian Sochański” — pisał w 1937 r. w swoim dzienniku Zygmunt Klukowski. „Przywiązywał on ogromną wagę do uzdolnień i ogólnego wykształcenia swoich współpracowników. Przy pierwszym zaznajamianiu się wypytywał każdego urzędnika nie tylko o rodzaj wykonywanej pracy i lata służby, lecz i o posiadany cenzus naukowy. Zaledwie paru (…) mogło wykazać się ukończonymi studiami wyższymi”.

Na tego człowieka zaczęto w Zamościu patrzeć z ogromnym zdziwieniem. Jego zachowanie zaniepokoiło niektórych urzędników. Jednak wielu osobom jego postawa imponowała. Dlaczego?

„Nie chciał korzystać z żadnych nieusprawiedliwionych świadczeń ze strony Sejmiku, tak dalece, iż nawet za benzynę zwracał pieniądze, jeżeli jechał gdzieś samochodem sejmikowym w charakterze prywatnym. Nie uznawał też i nie przyjmował żadnych, nieuzasadnionych prezentów (…)” — zapewniał Klukowski. „Powaga urzędu wzrosła przy Sochańskim niepomiernie, zwłaszcza, że przywiązywał on bardzo duże znaczenie do reprezentacyjnej strony swego urzędowania (…).

W czasie uroczystości publicznych (nosił) odpowiedni strój z długim łańcuszkiem licznych orderów i odznaczeń w miniaturach, a na ulicy cylinder — jedyny w Zamościu — przydawały mu (one) reprezentacyjnego wyglądu. Ach, ten cylinder! — przecież to była sensacja”.

Według Klukowskiego to m.in. starosta Sochański był „odpowiedzialny” za rozpoczęte w Zamościu remonty. Jednak prace nie przebiegały bez oporu.

Zachcianki starosty

„Już w pierwszych miesiącach swego urzędowania postanowił odnowić na zewnątrz niemal wszystkie kamienice w rynku (chodzi o Rynek Wielki — przyp. red.) i pomalować je na wzór Starego Rynku w Warszawie (…)” — pisał Klukowski. „Największe trudności miał z właścicielami kamienic, prawie samymi Żydami, bo tylko cztery czy pięć domów w rynku pozostawało w rękach polskich. Bronili się oni przed kosztami i wcale nie mieli ochoty wydawać pieniędzy na „zachcianki” starosty. Najgorętsze protesty wywołała sprawa balkonów, które Sochański nakazał z całą bezwzględnością usunąć z odnawianych domów”.

Mieszkańcy kamienic i ich właściciele nie chcieli się na to zgodzić. Dochodziło na tym tle do awantur i ostrych scysji. Jednak starosta Sochański był bezwzględny. „W razie koniecznej potrzeby nie powstrzymywał się przed stosowaniem represji i kar administracyjnych, takich jak grzywny, a nawet aresztu” — pisał Klukowski.

O przedwojennym, inteligenckim Zamościu pisał także inżynier doktor Jan Zachwatowicz. Jeszcze jako adiunkt Zakładu Architektury Polskiej Politechniki Warszawskiej w 1933 r. przyjechał po raz pierwszy do tego miasta. Razem z nim przybyła grupa studentów architektury. Zamierzali m.in. przeprowadzić inwentaryzację starych, zamojskich kamienic. Spotkali się z wyjątkowo życzliwym przyjęciem.

„Zachwyciłem się Zamościem i do dziś pozostaję pod jego urokiem, lecz wówczas ten urok był również bodźcem do poszukiwania form uświetnienia miasta, drogą studiów naukowych nad jego dziejami oraz przywrócenia mu zatartych walorów architektonicznych” — tłumaczył Jan Zachwatowicz.

To trafiło na odpowiednie podłoże. W Zamościu działała wówczas liczna grupa entuzjastów, którzy byli gotowi poprzeć każdą inicjatywę „dla dobra i chwały” miasta. Byli to m.in. Michał Wazowski, ówczesny burmistrz Hetmańskiego Grodu, Tadeusz Zaremba, miejski architekt, od 1937 r. Marian Sochański, zamojski starosta, jego żona Zofia Sochańska, redaktorka „Teki Zamojskiej” (było to miejscowe czasopismo) oraz m.in. autorka przewodnika po Zamościu, adwokat Henryk Rosiński, dr Zygmunt Klukowski oraz znakomici nauczyciele: Michał Pieszko i Stefan Miler (założyciel zamojskiego ZOO).

Ci ludzie, tak jak zresztą członkowie wielu innych zamojskich stowarzyszeń, organizacji i grup, bardzo często się spotykali (m.in. w Ratuszu i w siedzibie starostwa). Rozmawiano o sposobach ratowania zamojskich zabytków oraz możliwości przywrócenia im właściwiej, należnej im rangi.

Bo było się czym martwić. Jak zauważyła w jednej rozmów z nami dr Bogumiła Sawa np. w zamojskim kościele pofranciszkańskim funkcjonował w tym czasie wielki magazyn… kiszonej kapusty, a na Rynku Wielkim rósł gęsty zagajnik, gdzie — jak sobie żartowano — grasowały wilki.

„Uczestniczyłem wielokrotnie w tych zebraniach po moim włączeniu się do spraw zamojskich” — pisał Jan Zachwatowicz (jego relację można przeczytać w wydanej w 1980 r. książce pt. „Zamość miasto idealne”). „Brał w nich również udział konserwator wojewódzki Józef Dutkiewicz, co miało znaczenie dla poparcia inicjatyw związanych z odnowieniem Zamościa, poparcia zresztą raczej psychicznego i konsultacyjnego, a nie materialnego, konserwatorzy bowiem dysponowali wówczas bardzo skromnymi budżetami”.

Zmienił się, wypiękniał

Jan Zachwatowicz włączył się w badania dziejów miasta, które prowadzone były pod kierunkiem prof. Stanisława Herbsta z Zakładu Architektury Polskiej. Efekty były niezwykłe. Dzięki pracy całego zespołu opracowano m.in. znakomite studium dziejów zamojskich fortyfikacji, które zostało wydane drukiem w 1936 r. Odnaleziono także wiele historycznych planów i projektów budowli Zamościa (były zgromadzone m.in. w Zakładzie Architektury Polskiej działającym przy Politechnice Warszawskiej). Wykonano także pierwszy model XVII-wiecznego Zamościa (w skali 1:400), który zaprezentowano w 1937 r. na Powszechnej Wystawie w Paryżu. Spodobał się. Model został wówczas nagrodzony wyróżnieniem.

Rozpoczęto także remonty. Jeszcze w 1934 r. ruszyła tzw. pierwsza rewitalizacja zabytków Zamościa. Przygotowywano się do niej od czasu odzyskania przez Polskę niepodległości. Jak? Robiono różne pomiary, gromadzono dokumentację i tworzono kolejne koncepcje renowacji najważniejszych, zamojskich zabytków. To się przydało. Dzięki nim sprawnie przeprowadzono m.in. renowację zaniedbanych, obskurnych elewacji zamojskich kamienic. Pomalowano je oraz odrestaurowano wiele detali architektonicznych. Na zamojskim ratuszu odbudowano efektowną, XVIII-wieczną attykę, co zmieniło wygląd tego okazałego budynku. Nie tylko.

„Podjęto (…) szereg inicjatyw i realizacji, m.in. urządzenie muzeum w kamienicy przy Rynku (…) oraz odbudowę Bramy Lwowskiej, którą zapoczątkowałem, lecz nie ukończyłem wobec wybuchu wojny” — pisał Jan Zachwatowicz.

— Wycięto też zagajnik, który rósł na Rynku Wielkim — dodaje fotograf Adam Gąsianowski. — Zamość zmienił się, wypiękniał. To wtedy rozpoczęła się ta wielka rewitalizacja miasta, która w etapach jest prowadzona do dzisiaj. 

Według doktora Klukowskiego na rynku zamojskim działy się cuda.

„Sporo domów już odnowiono (chodzi o 1937 r.), przy reszcie stały rusztowania. Każda kamienica pomalowana na inny kolor, z doskonale zachowanymi, koronkowymi nieraz ozdobami architektonicznymi — dopiero teraz pokazała, ile kryła niedostrzeganego dotąd piękna” – czytamy w jednej z relacji. „Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikły z rynku wszystkie kramy, jakieś szpetne przybudówki pomiędzy skarpami i łukami podcieni, balkony, okropne szyldy… I w naszych oczach zmienił swój wygląd ratusz zamojski. Opierając się na starych planach, po długich studiach, usuwano najpierw to, co w latach niewoli nakładały nań ręce barbarzyńców i dopiero wtedy rekonstruowano, przywracając ratuszowi dawne jego, stylowe piękno”.

Nic dziwnego, że o zamojskich renowacjach zrobiło się w kraju głośno. Odkryto przecież zapomnianą, architektoniczną perłę. Do miasta zaczęli coraz liczniej przyjeżdżać turyści.

Miłośnik turystyki i fotografii

„Wszystkie samochody jadące szlakiem Warszawa — Lwów zatrzymywały się na rynku (…). Amatorzy fotografii bez końca ustawiali swe aparaty, a nierzadko wysiadał ktoś z samochodu, wyjmował szkicownik i rysował” — pisał doktor Klukowski. „Zamość stawał się modny i wysuwał się w województwie na pierwsze miejsce po Lublinie, pozostawiając w tyle znacznie większe Chełm lub Siedlce (...). Odnowiony barwny rynek ze wspaniałym ratuszem, oświetlonym w godzinach wieczornych specjalnymi ukrytymi reflektorami, przyciągał ludzi. Wzmożony ruch przyjezdnych zaczął bardzo dodatnio wpływać na rozwój gospodarczy miasta”.

W 1938 r. fotografie zamojskiego Starego Miasta wykonał także Adam Lenkiewicz. Kim był? Bogumiła Sawa ustaliła, że urodził się 7 grudnia 1888 r. w Telesznicy Oszwarowej w woj. rzeszowskim. Ukończył Gimnazjum we Lwowie, a w 1906 r. rozpoczął studia na Wydziale Inżynierii Politechniki Lwowskiej. W 1915 r. ożenił się z nauczycielką Olgą Pazirską (miał z nią dwoje dzieci). Rok później rozpoczął pracę w lwowskim Żeńskim Gimnazjum im. Królowej Jadwigi. Następnie (w latach 1930—1939 r.) pracował w Państwowej Szkole Technicznej.

Był też członkiem, a potem prezesem Lwowskiego Towarzystwa Fotograficznego oraz współzałożycielem lwowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Wykonane przez niego zdjęcia były znane nie tylko w kraju. Pokazywał je na wielu wystawach: indywidualnych i zbiorowych (publikowała je np. szwajcarska „Camera”).

Słynął jako miłośnik turystyki. Opublikował liczne materiały na temat Gorgan. To pasmo górskie w południowo-zachodniej części Ukrainy znał bardzo dobrze. Wytyczał tam szlaki turystyczne i opisywał swoje górskie wędrówki. Podczas ostatniej wojny Lenkiewicz działał w polskim ruchu oporu. 17 marca 1941 r. aresztowało go NKWD. I słuch po nim zaginął…

Dokładna data śmierci tego fotografa nie jest znana. Według jednej z wersji został rozstrzelany (jeszcze w 1941 r.) na terenie więzienia przy ul. Łąckiego we Lwowie. W jaki sposób wykonane przez Adama Lenkiewicza fotografie przedwojennego Zamościa trafiły do moskiewskiego muzeum? Nie wiadomo.

Bogumiła Sawa pisała obszernie o losach tego zasłużonego fotografa w 2015 r. na łamach „Zamojskiego Kwartalnika Kulturalnego”. W swoim artykule autorka nie wykluczała, iż miał on w Zamościu rodzinę.

Nazwisko Lenkiewiczów jest w tym mieście rzeczywiście znane. Adam mógł być — według pani Bogumiły — np. bratem Józefa Lenkiewicza, który prowadził w Zamościu firmę handlową „Polkomis” (kilka szczegółów z ich życiorysu mogłoby na to wskazywać). Takiej możliwości nie wyklucza też Adam Gąsianowski.

Magia nocnych zdjęć

— Według mnie większość fotografii Zamościa zostało wykonanych przez Lenkiewicza w ciągu jednego, najwyżej dwóch dni — mówi Adam Gąsianowski. — Mógł być on jakoś rodzinnie związany z tym miastem. Jednak nie zdziwiłbym się, gdyby znalazł się tutaj po prostu: jako turysta. Do Zamościa przyjeżdżało zresztą wielu fotografów, którzy dostrzegali piękno i magię tego miasta. Przed pierwszą rewitalizacją przyciągały ich romantyczne ślady dawnej wielkości Zamościa. To były m.in. rozpadające się mury, wszędobylskie, drewniane przybudówki, malowniczo odpadające tynki, które miały w sobie jakąś poetykę. To dobrze wyglądało na zdjęciach, które miały artystyczny charakter. Fotografie Lenkiewicza były inne.

Na jego zdjęciach zamojskie Stare Miasto wygląda ładnie, efektownie. Widać na nich liczne detale architektoniczne, dorożki i dorożkarzy, postacie mieszkańców miasta stojące np. w podcieniach. Możemy tam zobaczyć także zamojskie portale (jeszcze przed remontami), stare okucia drzwi, przedwojenne szyldy oraz… drzewa i krzaki rosnące w dość nieoczekiwanych miejscach (np. przed kościołem franciszkanów). Fotograf uwieczniał to wszystko także nocą.

— Jeszcze w latach 20. ub. wieku zamojska starówka tonęła wieczorami i nocą w egipskich ciemnościach. Tak było także na podcieniach staromiejskich kamienic. Jednak tuż po przeprowadzeniu pierwszej rewitalizacji zamontowano wiele nowych lamp — mówi Adam Gąsianowski. — Lenkiewicz postanowił to wykorzystać. I zrobił także nocne, efektowne zdjęcia. Nie było to łatwe. Trzeba pamiętać, że błony fotograficzne nie były w tych czasach zbyt czułe. Dlatego wykonanie takich zdjęć było kłopotliwe.

Lenkiewiczowi to się jednak udało. — Bo nowe, zamojskie lampy świeciły mocno. Widać to właśnie na jego zdjęciach – mówi Adam Gąsianowki. - A jak Lenkiewicz sfotografował nocą ludzi i obraz mu się nie rozmazał? Pewnie prosił, żeby dłuższą chwilę się nie ruszali… Te zdjęcia pod względem technicznym są znakomitej jakości.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Upalne dni bez stresu. Praktyczne sposoby na zdrowe lato

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na kurierlubelski.pl Kurier Lubelski