Pierwsza lekcja kosowskiego: falimenderit

    Pierwsza lekcja kosowskiego: falimenderit

    Jacek Gallant

    Kurier Lubelski

    Kurier Lubelski

    Jacek Gallant: prawnik, dziennikarz, b. wiceprezydent Lublina, ekspert rynku pracy, zasobów ludzkich i zarządzania.
    1/17
    przejdź do galerii

    Jacek Gallant: prawnik, dziennikarz, b. wiceprezydent Lublina, ekspert rynku pracy, zasobów ludzkich i zarządzania. ©archiwum własne

    Z Lublina do Prisztiny jedzie się długo. 1300 km można pokonać za jednym zamachem - wówczas za kierownicą samochodu trzeba spędzić prawie dobę, albo z przerwą na odpoczynek na przykład na Węgrzech. W obydwu przypadkach jazda w lutowy dzień wymaga wielkiego skupienia i wręcz nieprzeciętnego refleksu w pokonywaniu dziur, rozstępów i uszkodzeń dróg w Słowacji.
    Przyzwyczailiśmy się do narzekania na stan nawierzchni w Polsce, a tu taka niespodzianka. U naszych południowych sąsiadów międzynarodowa trasa z Barwinka przez Poprad do Koszyc to droga przez mękę dla kierowcy i samochodu. W końcu wjeżdżamy na Węgry - jest wręcz cudownie. Nie ma śladu zimy zarówno na polach, jak i na jezdni. Potem tylko już autostradą do samego Niszu w Serbii. 80 km lokalną trasą - podobną do tej ze Słowacji - i jesteśmy na nowo otwartym przejściu granicznym w Merdare (Serbia). Tu dowiadujemy się, że nasze ubezpieczenie, czyli zielona karta, jest nic nie warta w Kosowie i.... musimy kupić nowe. Za tydzień jazdy własnym autem po nawet nie najgorszych drogach Kosowa trzeba zapłacić 30 euro (OC). Za miesiąc ta kwota wynosi 40 euro.

    Kosowianie jeżdżą samochodami z dziecięcą fantazją. Przepisy i znaki są dla nich tylko atrapą, bowiem jazda z nadmierną prędkością, oślepianie światłami, wyprzedzanie na trzeciego to chleb powszedni. Kiedyś, gdy jeździłem samochodem po Kairze, w Egipcie miałem takie same wrażenia. Teraz mój staż kierowcy bardzo się przydał. Trzeba w takich chwilach i miejscach być nadmiernie ostrożnym i generalnie ustępować. Dzięki temu udało mi się bezkolizyjnie wjechać do Prisztiny. Tu w stolicy Republiki Kosowskiej, bo taka jest oficjalna nazwa powstałego przed 5 laty kraju, jeździ się podobnie. Z tą tylko różnicą, że dochodzą do tego piesi, którzy mają wysokie mniemanie o swojej nietykalności i odporności na kontakt z pojazdami - wchodzą na jezdnię wszędzie, bez respektu dla aut. Cóż, co kraj to obyczaj.

    Jednym z pierwszych wrażeń, jakie odnosi się po kilkugodzinnym pobycie w Prisztinie to totalny wręcz bałagan architektoniczno-urbanistyczny. Ulice są poukładane trochę bez planu i jakiejś koncepcji funkcjonalno-użytecznej. Obok nowoczesnego budynku ze szkła i aluminium stoją kilkunastoletnie domki, które sprawiają wrażenie jakby miały się za chwile zawalić. Główne ulice są wyasfaltowane, a boczne wyłożone kostką brukową. Wszędzie jest pełno samochodów, które tarasują swobodny przejazd. Główne ulice są pozamiatane, ale obok, w sąsiedniej uliczce widać już brak miotły i gospodarza. Generalnie miasto nie grzeszy czystością, ale widać tu i ówdzie poprawę, którą potwierdzają nowoczesne budowle z zadbanym otoczeniem. Gmachy użyteczności publicznej oraz wyspecjalizowanych agend UE i Narodów Zjednoczonych wyraźnie odróżniają się od otoczenia.

    Kosowianie są generalnie bardzo przyjaźnie nastawieni do obcokrajowców. Wynika to chyba z faktu, że wielu z nich korzysta właśnie z tego, że pomagają i pracują na rzecz ponad 20 tysięcy specjalistów z różnych krajów i różnych dziedzin, zaangażowanych w utrwalanie i utrzymywanie pokoju w tym kraju.

    Wystarczy przypomnieć, że to Amerykanie byli główną siłą sprawczą uzyskania przez Kosowo niepodległości i to oni właśnie są dziś wzorem dla Kosowian. W piąta rocznicę ogłoszenia przez ten kraj niepodległości - przypadającą na17 lutego - na każdym kroku widać amerykańskie barwy narodowe razem z flagami Albanii oraz nową Kosowa. Defilada uświetniająca obchody niepodległości była częścią wielu imprez, jakie przygotowano w ramach tego święta narodowego. Wieczorem - jak przystało na nowoczesny kraj - były pokazy sztucznych ogni, a na ulicach tłumy Kosowian z flagami w rękach i na samochodach dawały wyraz swojego patriotyzmu. Ta atmosfera swobody i radości trwała do białego rana. Poniedziałek jest też dniem wolnym, więc lokalne kluby i restauracje zapełnią się znowu, aby przy kieliszku rakiji czy śliwowicy czcić nadal independent day.

    Mieszkańcy Republiki Kosowskiej są generalnie narodem wielokulturowym. Określają się jako Kosowianie, nie Albańczycy - do których jest im najbliżej, bowiem mówią ich językiem, nie Chorwaci, Macedończycy Romowie, Żydzi czy Turcy. Są odrębni, jedyni w swoim rodzaju. Ich zsekularyzowanie pozwala im pić piwo i inne trunki wyskokowe nie widząc przy tym żadnej sprzeczności z wyznawaną religią islamską czy obchodzeniem ramadanu. Młodzi nie mówią po serbsko-chorwacku, który to język znany jest tu starszemu pokoleniu. Aby się porozumieć, najlepiej znać albański albo angielski. Gdy rozmawiałem w restauracji, hotelu czy przypadkiem na ulicy ze spotkanym przechodniem naszą rozmowę kończyli zwykle stwierdzeniem - "falimenderit", co po albańsku znaczy 'dziękuję’. Miły sposób kończenia rozmowy. Ta lekcja została przez mnie zapamiętana.

    Czytaj treści premium w Kurierze Lubelskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    O tym się mówi

    Wideo