Płyta z logo Kuriera: Elektryczny sweter Andrzejewskiego

Artur Borkowski
Marek Andrzejewski
Marek Andrzejewski Jacek Babicz
Z Markiem Andrzejewskim o stodole pełnej muzyki, noszeniu dekoracji w Gardzienicach, wyprawie do Krakowa w 1994, Lubelskiej Federacji Bardów i najnowszej płycie "Elektryczny sweter", rozmawia Artur Borkowski.

Kiedy zacząłeś śpiewać?
Przed maturą. Należałem w klasie do grupy często wędrującej po górach. Pewnego razu, późnym wieczorem, do stodoły, w której nocowaliśmy, dotarła dwójka wędrowców. Jednym z nich był Bogdan Bracha. Wyjął gitarę i zaczął tak pięknie grać, że pamiętam te dźwieki do dzisiaj. Okazało się, że mamy podobne zainteresowania muzyczne. Zaczęliśmy się spotykać na próbach zespołu, który jeszcze wtedy nie miał nazwy. Muzykowaliśmy przy ognisku, w lesie na Sławinku. Debiutowaliśmy na Roztoczańskim Śpiewaniu na Polanie, gdzie wykonaliśmy piosenki łemkowskie.

Właśnie na tym festiwalu usłyszał nas Jan Wydra z zespołu EKT Gdynia i zapytał: A cóż to za orkiestra pod wezwaniem św. Mikołaja? I tak zyskaliśmy nazwę.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych trafiłeś do Gardzienic.

Kilkoro członków Orkiestry pojechało na warsztaty organizowane przez Teatr Gardzienice. Były to zajęcia wokalno-teatralne, trochę też ruchowe czy wręcz gimnastyczne. Bardzo mi się spodobały. Po jakimś czasie zaśpiewałem w chórze w przedstawieniu "Carmina Burana" i w "Żywocie protopopa Awwakuma". Przez wiele lat byłem współpracownikiem Gardzienic jako śpiewak, grajek, może troszeczkę aktor, a na pewno taki półfizyczny gość do noszenia dekoracji.

Skończyłeś ekonomię w UMCS. Nigdy nie chciałeś pracować w wyuczonym zawodzie?
Nie wszystko mi się podobało w tej matematyce, informatyce, czy w ekonomii. To, czego uczyłem się na wykładach, było bardzo racjonalne, pragmatyczne i praktyczne. Chciałem też stanąć na drugiej nodze. Marzyłem, żeby w moim życiu pojawiło się trochę jakiegoś mistycyzmu, trochę magii. Tak właśnie, po latach, wspominam warsztaty i teatralne wędrówki z Gardzienicami po całym świecie.

A pamiętasz wyprawę do Krakowa w 1994 roku?
No pewnie! Byłem wówczas na ostatnim roku studiów i razem z Jagodą Nają, Tomaszem Denisem i Bartkiem Abramowiczem pojechaliśmy do Krakowa na Studencki Festiwal Piosenki, zresztą jubileuszowy, bo trzydziesty. Jagoda i ja zdobyliśmy, ex aequo, dwie pierwsze nagrody, a ja jeszcze dodatkowo nagrodę im. Wojtka Bellona dla autorów śpiewających.

Trzy lata później wydałeś swoją debiutancką płytę "Trolejbusowy batyskaf".
Po prostu uznałem, że jako podwójny laureat krakowskiego festiwalu jestem do tego zobligowany.

Działo się wtedy w Twoim artystycznym życiu bardzo wiele. W roku 1999 współtworzyłeś Lubelską Federację Bardów.
A jeszcze wcześniej Krzysztof Borowiec z Teatru Grupa Chwilowa wynalazł gdzieś przepiękny poemat satyryka i tłumacza Michała Bronisława Jagiełły pt. "Album rodzinny". Album rodzinny kojarzy nam się z wielką księgą, w której są zdjęcia najbliższych. I czymś takim jest ten poemat. Jest zapisem historii, które opowiadają ludzie, którzy pamiętają co było na fotografiach. Utkwiła mi w pamięci opowieść o tym, jak po wojnie Polacy z Wilna przechodzili "z Polski do Polski przez granicę".

"Album rodzinny" został "oprawiony" muzyką i w ten sposób powstał wyjątkowy spektakl. Graliśmy go przy stolikach, siadając wspólnie z gośćmi w Café Szeroka w Lublinie.

Byłeś wówczas gwiazdą?
Właśnie, że nie. Po 94 roku wszystko się zmieniło. Przestały istnieć kluby studenckie, bo żacy przestawiali się na myślenie pragmatyczne. Mogli już pójść do pracy, mogli się zacząć rozwijać, inwestować, bogacić, a nie tylko kontestować. Festiwal w Krakowie miał swoją moc właśnie dzięki kontestującej siermiężną rzeczywistość widowni. I nagle się okazało, że ważne nagrody, które zdobyłem, nie niosą ze sobą żadnego wsparcia.

Ale jakoś przetrwałeś.
Nadarzyła się okazja współpracy ze wspaniałymi ludźmi, m.in. Janem Kondrakiem, Piotrem Selimem czy Igorem Jaszczukiem. Przetrwałem dzięki występom z Federacją. Od trzynastu lat jest to mój "macierzysty" zespół. I jestem z niego dumny.

Dziewięć lat temu, troszkę po cichutku, wydałeś swoją płytę "Dziesięć pięter", a dzisiaj ukazał się Twój najnowszy album "Elektryczny sweter". Dlaczego elektryczny i dlaczego sweter?
Elektryczny, bo nagle zatęskniłem za latami sześćdziesiątymi. Za "Electric Ladyland" Hendrixa.

Marku, w 1968 roku, kiedy ta płyta została wydana, nie było Ciebie jeszcze na świecie.
Lata sześćdziesiąte ukształtowały muzykę rockową. Do legendy przeszedł festiwal w Woodstock. Chociaż sam tego nie przeżyłem, nie widziałem, to fascynuje mnie dzisiaj autentyczność i prawdziwość tamtej muzyki. Dzisiaj, w 2012 roku, w ostrzejszej i bardziej "elektrycznej" płycie mogę oddać hołd epoce hippisów, "dzieci kwiatów" i kontrkulturze pod hasłem "pokój i miłość".

A sweter?
A jak myślisz?

Góry, szlak, las, luz. Wędrowanie. Stachura. Lata 90. Ty z gitarą śpiewasz ciepłe piosenki, ale w swetrze jest Ci też ciepło. Podwójne ciepło ogarnia Twoich słuchaczy. Mnie.
Jeszcze Adam Ziemianin.

Na "Elektrycznym swetrze" są cztery jego utwory.
Gdy zbierałem piosenki na płytę, dostałem zaproszenie na festiwal "Bieszczadzkie Anioły" w Cisnej, którego głównym bohaterem był Adam Ziemianin. Miałem zaśpiewać dwa jego wiersze. A ja lubię Ziemianina i jego ciepły, poetycki kosmos. Po koncercie podszedł do mnie i powiedział, że bardzo podobała mu się muzyka, którą napisałem do jego wierszy. I, że się jeszcze do mnie odezwie. Jakiś czas później przysłał mi zestaw wierszy do tej pory niepublikowanych. Na płycie śpiewam: "Idzie grudzień", "Lód", "Makatka świeżo malowana" i "Jest rybim okiem".

Ale zaczynasz od "Na razie gramy" Jana Kondraka.
"Nie najgorszy kraj" to Polska dwadzieścia kilka lat temu. Kiedy ludzie mieli dużo nadziei. Dzisiaj ten tekst ma wydźwięk ironiczny.

"Nie kochajcie poetów" - według mnie najbardziej jazzujący kawałek na płycie.
Ta piosenka "spotkała" się z pianistą Michałem Iwankiem, świetnym muzykiem, instrumentalistą. To on nadał kompozycji ten jazzowy szlif.

"Zielonym do góry" za każdym razem poprawia mi humor.
Bo to wesoła, żartobliwa piosenka. Zawsze, odkąd zacząłem wychodzić na scenę, zapalała mi się w głowie lampka - pamiętaj, rób takie przedstawienie, czy śpiewaj takie piosenki, żeby nikt z twojego koncertu nie wychodził zdołowany. Bo niby dlaczego artysta ma dołować?

Jak byłem dzieckiem, zapytałem moją babcię Leokadię w Urzędowie pod Kraśnikiem, jak mam sadzić porzeczki, żeby była ze mnie zadowolona? Odparła: Po prostu zielonym do góry!

"Kiedykolwiek" to "moja" piosenka na Twojej płycie.
Rozumiem, że wierzysz mi, że bez drugiej osoby nie można się podnieść z kolan. Musi być ktoś, kobieta, żona, Bóg, dla kogo warto wstać.

W utworze "Droga nas zmienia" ostro rockujesz.
To ta elektryczność ze swetra.


Codziennie rano najświeższe informacje z Lublina i okolic na Twoją skrzynkę mailową.
Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

T
Tomek z Wrocławia

Słyszałem Federację rok temu i w tym roku w Głuchołazach. Zjechaliśmy tam małą grupa z Wrocławia, Katowic, Opola. Takie spotkanie nostalgiczne byłych studentów (ciut starszych od Marka Andrzejewskiego, w każdym razie w 1968 roku już wędrujących do przedszkola...). I Federacja, Marek Andrzejewski, Piotr Selim stali się naszym odkryciem. Wielkie, wielkie dzięki za Waszą muzykę

Dodaj ogłoszenie