reklama

Pogoda ducha według Basi

rozmawia Marcin KostaszukZaktualizowano 
Universal Music Polska
Dokonała tego, co nie udało się Niemenowi, Górniak i Myslovitz - podbiła Amerykę i Wielką Brytanię. O tym, jak odnieść sukces i podźwignąć się po osobistych tragediach, Basia Trzetrzelewska opowiada Marcinowi Kostaszukowi

Jak tam dziś w Stanach? W Polsce słońce świeci, ale jest zimno.
U nas odwrotnie - ciepło, ale ponuro.

To trzeba puścić sobie "It's That Girl Again".
Jeśli moje piosenki wprowadzają w dobry nastrój, to moja rola została spełniona.

Pani nagrania kupuje się w celu poprawienia nastroju - nie wyobrażam sobie, jakim cudem ktoś mógłby się przy nich zamartwiać. Rozumiem, że ma Pani tego świadomość?
To duży komplement. Tak, o to mi zawsze chodziło. Nigdy nie chciałam nosić swoich smutków na scenę i śpiewać ludziom o czymś, co przygnębi ich jeszcze bardziej. Poza tym sama sobie w ten sposób ten nastrój poprawiam. Nawet jeśli utwór ma smutny temat, to próbuję znaleźć optymistyczną puentę i uświadomić ludziom, że nie wszystko musi kończyć się w czarnych kolorach. W rozmowach z fanami najbardziej lubię chwile, gdy ta filozofia się potwierdza.

Poproszę o świeży przykład.

Pewien mężczyzna wyznał, że właśnie rozstał się ze swoją partnerką, ale posłuchał "Brand New Hope" i natchnęło go to wiarą, że zmiana wcale nie musi być na gorsze.

Kto jeszcze daje takie dowody uznania?

Dostaję listy nawet z frontu. Kiedyś napisał żołnierz z polskiego kontyngentu, piszą też ze szpitali, z więzienia.

Po piszą ci ostatni?
W tym samym celu - by powiedzieć, że moja muzyka podniosła na duchu, nawet w takich okolicznościach.

Wyłania się z tej opowieści Pani rola lekarza dusz. Ale lekarze też chorują: po śmierci bliskich osób dała Pani sobie spokój ze śpiewaniem na kilka lat, a tegoroczny album jest pierwszym po 15 latach. Zostawmy jednak przyczyny - co było bodźcem do wyjścia z depresji i powrotu do śpiewania?
Na długo straciłam ochotę do śpiewania i pisania piosenek. Co pomogło? Nacisk moich przyjaciół Marka i Danny'ego, którzy chcieli reaktywować grupę Matt Bianco, w której zaczynałam brytyjską przygodę. Gdy nagrywa się płytę solową pod swoim imieniem, nacisk i presja są dużo większe. Oni przekonali mnie, że będąc częścią zespołu, będzie mi łatwiej wrócić do muzyki, że presja rozłoży się na trzy osoby. Nie miałam na to ochoty, ale powoli zaczęłam się wciągać. Podsyłali mi swoje piosenki z jedyną prośbą: "Zrób z nimi to, na co będziesz miała ochotę". Zaczynałam od bardzo prostych chórków, delikatnych melodii bez słów i dopiero wtedy, powoli znów się wciągnęłam w muzykę. Wiem, że to wytarty frazes, ale czas też w końcu zagoił rany i w 2002 roku nastąpił dla mnie dobry moment. W Anglii wszystko zaczęło się dla mnie od Matt Bianco, więc postanowiłam powrócić w ten sam sposób. Efekt był taki, że nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę robić coś na własny rachunek, a reszty dopełnili widzowie w Stanach Zjednoczonych, którzy domagali się, bym wróciła jako Basia. Matt Bianco nie było znane w Stanach, rozpadliśmy się w latach 80., więc nawet nie wiedzieli dlaczego występuję z tym zespołem.

Wyobraża Pani sobie alternatywny scenariusz? Co by było, gdyby została Pani w Polsce?
Specjalnie się nad tym nie zastanawiam. Niech pomyślę... Chciałam być nauczycielką, udzielałam korepetycji kolegom i koleżankom...
Z jakiego przedmiotu?
Z matematyki. Jest widać w mózgu jakaś zależność między matematyką i muzyką, co potwierdza nawet przykład Einsteina, z zamiłowania skrzypka. Czy to byłoby do końca moją profesją? Gdy byłam dzieckiem, zawsze widziałam się na scenie, w światłach, choć nic nie wskazywało, że będę to mogła robić profesjonalnie. To była dziwna wizja, dla której zrealizowania zrobiłam relatywnie niewiele. Przeznaczenie?

Niekoniecznie. Nauczyciel też musi pracować przede wszystkim głosem. Tylko audytorium ma mniejsze, młodsze i bardziej nieznośne.
Faktycznie, głos nauczyciela bywa nadwerężany, podobnie jak u śpiewaka. Sama dużo gorzej używam głosu, gdy mówię. Na trasach Danny może więc mi mówić, żebym siedziała cicho. (śmiech)

Mieszka Pani pod Londynem - dziś to centrum polskiej emigracji. Jak było kiedyś, gdy sama Pani tu trafiła?
Rzadkością było usłyszeć język polski. Za każdym razem, gdy to się zdarzało, sama pierwsza zaczynałam rozmowę. Bo to było niesamowite: o, Polak, tak jak ja! Teraz oczywiście trudno nie usłyszeć, polski jest wszędzie. Rozumiejąc angielską mentalność, widzę teraz, że Polacy mają dobrą opinię, mimo że jest nas tak dużo. Brytyjczycy mają pozytywne odczucia: w ich oczach jesteśmy uczciwi i pracowici, a młodzież inteligentna. Nie mówię o 100 procentach, ale to jest opinia o większości. Bardzo dobrze się z tym czuję.

Następne pytanie mogę zadać po polsku tylko Basi Trzetrzelewskiej: jak to jest, gdy na amerykańskiej liście muzycznych bestsellerów magazynu "Billboard" obok Pani płyty pojawia się kropka oznaczająca milion sprzedanych płyt?
Ogromna duma i satysfakcja. Przypominają się skromne początki, ciężka praca. Uświadomienie sobie, że ludzie chcą więcej i że nie marnuję czasu.

Ta ostatnia, bardzo długa przerwa nie jest więc powodem do dumy?
Wie pan, oczywiście można było wypełnić ten czas. Ale nie mogłam zmusić się do oszukiwania ludzi i wychodzić na scenę, nie mając na to żadnej ochoty. Staram się być jak najuczciwsza. Sztucznie utrzymując pozycję na rynku, byłoby to niemożliwe.

Perfect też miał dłuższą przerwę. Śledziła Pani losy zespołu, z którym - bądź co bądź - mogła Pani zajść daleko także w Polsce?

Za każdym razem, gdy wracałam do Polski cieszyłam się z wiadomości, że Perfect istnieje i sobie dobrze radzi. Nigdy jednak nie żałowałam, że nie zostałam z nimi. Moja droga osobista była wtedy kompletnie inna i nie było sensu kontynuować wspólnej pracy, mimo że mnie do tego namawiano. Poznałam wtedy kogoś. z kim chciałam być, i to przywiodło mnie za granicę. Miłość jest ślepa i nie zwracałam uwagi na taką trywialną rzecz jak kariera. Po prostu chciałam być z nim. Od tego czasu wiele się oczywiście zmieniło, ale i tak znalazłam sobie miejsce na scenie.

Ale tak ważnej piosenki jak pokoleniowy hymn "Autobiografia" Perfectu chyba się Pani jednak nie dorobiła.
80 procent moich piosenek ma wątki autobiograficzne, a nawet jeśli nie dotyczą one mnie, to osób mi bliskich. Na drugiej płycie utwór "Reward" jest dokładnie o moim życiu. Na tej aktualnej - "Its That Girl Again". Mam zawsze przed oczami prawdziwą osobę, pisząc tekst - to nie są wymyślone historie.
Po kilkunastu latach zaśpiewa Pani znów w Poznaniu. Ostatni koncert fani zapamiętali ze względu na duże spóźnienie - podobno autokar zakopał się w Łodzi tak skutecznie, że trzeba było wieźć sprzęt i artystów na dwie raty.
Zdarzyło się, pamiętam. Ale nie była to tak niebezpieczna przygoda jak na przedostatnim koncercie trasy z Matt Bianco, gdy silnik autobusu naszej zaczął się palić. Była szybka ewakuacja, autobus spłonął.

Podobno tym razem koncerty w Polsce mają być wręcz ascetyczne.
Jedziemy w trasę bardzo małym zespołem, wieczór będzie właściwie akustyczny. "Cruising for Bruising", "Time & Tide" i pozostałe starsze utwory będzie można usłyszeć w innych aranżacjach i nastroju. Na pierwszej i drugiej płycie nagrywałam piosenki wręcz dyskotekowe - nowe wersje będą dużo ciekawsze, nawet ludzie, którzy słuchają ich od lat, powinni być zaskoczeni.

Rozumiem, że śpiewanie non stop hitów sprzed lat bywa nużące. Da się z tym żyć?
Gdybym koncertowała bardzo dużo, to może rzeczywiście byłoby to nużące. Wiem na przykład, że Mick Hucknall z Simply Red ma już serdecznie dość śpiewania "Stars" - mimo że to taka piękna piosenka. (śmiech). Rzadko koncertuję, po każdej płycie jest jedna, niezbyt długa trasa, więc nie mam kiedy się nimi zmęczyć.

A swoim nazwiskiem? Słyszałem, że nigdy nie melduje się Pani w hotelach jako Trzetrzelewska?
To zwyczaj niewymyślony przeze mnie - czasem chce się uniknąć telefonów od niepożądanych rozmówców, którzy uważają, że lepiej nie rozmawiać z menedżerem.

Jakie nazwisko figuruje wtedy w księdze gości?
Najczęściej przychodzi mi do głowy Wendy Meadows. Nie mam pojęcia dlaczego, ale to pogodne skojarzenie.

Basia Trzetrzelewska śpiewała w Alibabkach i Perfekcie, od 1979 r. po wyjeździe za granicę (najpierw do USA, potem do Wielkiej Brytanii) została wokalistką zespołu Matt Bianco. Od 1987 r. jako Basia wydała cztery znakomicie przyjęte przez fanów pop-jazzu płyty. W poniedziałek rozpoczyna krótką trasę koncertową po Polsce.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Materiał oryginalny: Pogoda ducha według Basi - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

l
lulka

Byłam na koncercie Basi w Zabrzu.Był to cudowny wieczór,pełen wspomnień
i wzruszeń.Pani Basia wyglądała zjawiskowo i śpiewała przepięknie!

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3