Polityczna rewolucja, której nie rozumieją politycy

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Jaroslaw Jakubczak/ Polska Press
Protesty na ulicach polskich miast pokazały zupełną bezradność zdecydowanej większości politycznego mainstreamu. Nie tylko PiS nie miał pojęcia, jak na nie odpowiedzieć. To samo dotyczyło większości sił parlamentarnej opozycji

Ten pierwszy impet protestów wywołanych orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy aborcyjnej zdaje się właśnie słabnąć. To całkowicie zrozumiałe po prawie 2 tygodniowej powszechnej mobilizacji ich uczestniczek i uczestników i w obliczu coraz bardziej dramatycznej sytuacji w nieradzącej sobie z drugą falą epidemii Polsce. Protesty mają mieć teraz charakter bardziej cykliczny i odbywać się w poniedziałki. Naturalna kolej rzeczy zdaje się być taka, że jeśli rządzący będą dalej stosować taktykę uników wobec manifestujących i ich postulatów, protesty będą chwilowo przygasać, tym bardziej, że i pogarszająca sytuacja epidemiczna będzie coraz bardziej wypełniać pierwszy plan.

W żadnym wypadku nie znaczy to jednak, że mieliśmy do czynienia z jakimś efemerycznym społecznym zrywem, po którym niewiele w polskiej sferze publicznej zostanie. Przeciwnie. Te protesty już zmieniły polską politykę i polską debatę publiczną. Okazały się masowe, żywiołowe, bardzo spontaniczne, radykalne - a przy tym całkowicie inne niż wszystko to, co mogliśmy w ostatnich dekadach oglądać w polskim życiu publicznym. Socjologom i socjometrom zajmie jeszcze sporo czasu zbadanie postaw i motywacji uczestniczek i uczestników protestów, na pierwszym planie widzimy jednak już teraz, że jego głównymi napędowymi siłami są tyleż walka o prawa kobiet, co generacyjny, ale bardzo polityczny w swej istocie, bunt młodych - przede wszystkim pokolenia Z, najmłodszego obecnie w polityce i na rynku pracy. Nie tylko PiS, ale cały polski polityczny mainstream jest wobec tych emocji niemal całkowicie bezradny. Nie zdawał sobie sprawy z ich istnienia, nie był w stanie oszacować ich siły, nie rozumiał ich i dalej nie rozumie.

Czy protesty mają w sobie polityczny potencjał? Oczywiście. Czy ich uczestnicy pokazali siłę i determinację? Jasne, że tak. Czy to dobra wiadomość dla obecnej już na scenie opozycji? Wcale niekoniecznie.

Uczestnicy protestów najchętniej powtarzają „j…ć PiS” . I z całą pewnością to właśnie przede wszystkim PiS-owi bije w tej chwili dzwon. Ale polityczno-kulturowy sprzeciw prostestujących ma jednak zauważalnie szerszy charakter - i jest wymierzony w niemal cały aktualny polityczno-medialny mainstream. Od partii, których politycy opowiadają o utraconym „kompromisie aborcyjnym”, aż po media, w których wciąż trudno o właściwą reprezentację kobiet.

Co ciekawe, tak dotąd nie zniechęca to rekrutujących się z tego mainstreamu chętnych do podejmowania prób przejęcia politycznego potencjału protestów. Nawet, jeśli podejmujący je zachowują się jak słonie w składzie porcelany.

Trudno szukać w polskiej historii najnowszej dobrych punktów odniesienia dla ostatnich protestów. Jeśli chodzi o te całkiem niedawne czasy, masowość i społeczny zasięg protestów mogłyby przywoływać na myśl demonstracje w obronie wolnych sądów, jednak różnią się one od nich jaskrawo swym stylem, językiem i treścią. Gdyby cofać się w czasie dalej, nie znajdziemy też dobrych porównań w erze rewolucji „Solidarności”. Znacznie prędzej moglibyśmy ich natomiast szukać w fali kontrkulturowych demonstracji spod znaku Pomarańczowej Alternatywy czy nawet Federacji Młodzieży Walczącej z drugiej połowy lat 80. Ale i to nie są dobre punkty odniesienia.

Jest natomiast w polskich protestach coś, co przywołuje na myśl europejską rewoltę roku 1968 - bardzo przecież odmienną od polskiego doświadczenia historycznego z tej samej wiosny. Dziś w Polsce widać podobny splot emocji - w którym postulaty emancypacyjne splatają się z odrzuceniem zastanych hierarchii wartości i tego, co społecznie święte dla dominujących starszych pokoleń.

Uczestnicy ruchu spod znaku hasła „wyp…aj” nie szukają żadnego natchnienia w historii a tym bardziej tradycji - wobec tej ostatniej mają stosunek tak wrogi, jak wobec obecności Kościoła w polskiej polityce i jego dominacji w życiu publicznym. Jest to zresztą całkowicie logiczne i zrozumiałe. Z punktu widzenia uczestniczek walki o prawa kobiet tradycja to przecież zbiór kodów patriarchalnej opresji, z kolei dla młodych to typowa mowa trawa starszych generacji.

Protesty wybuchły przy niemal kompletnym braku zaangażowania zdecydowanej większości sił parlamentarnej i pozaparlamentarnej opozycji. Wśród protestujących od początku widać było najwyżej jedną czwartą opozycyjną posłów. Wśród nich tę młodszą (także duchem) część reprezentacji lewicy w tym przede wszystkim posłanki i posłów wywodzących się z Lewicy Razem, dwoje najmłodszych posłów Koalicji Obywatelskiej - Klaudię Jachirę i Franka Sterczewskiego, Barbarę Nowacką, Zielonych, Hannę Gill-Piątek, która od czasu odejścia z klubu Lewicy reprezentuje klub Polska 2050. Mniej więcej ta sama grupa posłanek i posłów przestrzegała przed możliwą decyzją Trybunału już wcześniej.

Początkowo wśród protestujących nie było też widać gwiazd opozycji ulicznej - postaci z kręgu KOD-u czy Obywateli RP. Ba, rozlegały się za to gromkie okrzyki weteranów tego ruchu zarzucające młodym protestującym wcześniejszą bierność wobec spraw zdaniem wznoszących okrzyki najważniejszych - czyli przejęcia przez PiS TK i sądów. W tej drugiej kwestii był to zresztą zarzut całkowicie niesprawiedliwy, demonstracje przeciwko trzem ustawom o sądownictwie, które wymusiły na Andrzeju Dudzie zastosowanie podwójnego weta czerpały swą siłę właśnie z masowego udziału ludzi młodych, dotąd nie uczestniczących w polityce.

Po nieco ponad tygodniu protestów nieobecni okazali się jednak liderami - przynajmniej w sensie formalnym. W niedzielę Strajk Kobiet ogłosił skład swej Rady Konsultacyjnej. Już pal sześć, że jej pierwsze posiedzenie odbyło się w siedzibie Agory, wydawcy „Gazety Wyborczej”, w której z kompromisem aborcyjnym walczyła głównie redakcja Wysokich Obcasów. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki okazało się, że w radzie osoby realnie odzwierciedlające poglądy i społeczny przekrój protestujących znajdują się w mniejszości, za to ukonstytuowało się ciało tyleż przypominające Unię Wolności, co Komitet Obrony Demokracji.

Są więc w radzie Danuta Kuroń, Barbara Labuda, czy prof. Monika Płatek. Jest - co mocno zdziwiło komentujących - Michał Boni. Są działacze Platformy. Ale są też ci sami ludzie, przy wystąpieniach których podczas manifestacji w obronie wolnych sądów młodsza część słuchaczy odczuwała rosnące zażenowanie z powodu czy to paternalistycznego tonu, czy to klasistowskich czy seksistowskich żarcików mających ubarwiać płomienne mowy.

Do tego znalazła się w radzie reprezentacja weteranów opozycji ulicznej . Mamy więc w składzie rady Pawła Kasprzaka, lidera Obywateli RP, ruchu który młodych nigdy nie przyciągał i który jest dla nich symbolem znanego z memów o pokoleniu „boomersów” pokrzykiwania „precz z Kaczorem dyktatorem”. No i mamy Klementynę Suchanow, która tak bardzo chce powiedzieć coś mocnego o skądinąd potwornym ministrze Czarnku, że aż mówi, że nie nadaje się nawet na pomagiera na zmywaku. Zupełnie tak, jakby nie miała pojęcia, że właśnie kpi z gastarbeitersko-sezonowych doświadczeń zawodowych już co najmniej dwóch młodych pokoleń.

Na grupie rekonstrukcyjnej Unii Wolności i KOD jednak nie koniec, jeśli chodzi o chęć zdyskontowania potencjału protestów. Zrobiliśmy już wyjątek dla Barbary Nowackiej, Zielonych, Klaudii JAchiry i Franka Sterczewskiego, którzy wśród protestujących są w swoim środowisku naturalnym. Z resztą klubu Koalicji Obywatelskiej jest jednak zgoła inaczej. Posłowie Platformy dość szybko zaczęli próbować pójść za własnym elektoratem, który dołączył do protestów. Od pierwszych dni zachowują się jednak tak, jakby kompletnie nie rozumieli samej ich natury. Cezary Tomczyk tuż po wybuchu protestów zgromił PiS za zerwanie „kompromisu aborcyjnego” rzucając cytatem z Lecha Kaczyńskiego. Według innych polityków Platformy dla protestujących aborcja to jedynie pretekst, „temat zastępczy”, by użyć ich własnych słów. Prawdziwym ich celem ma być oczywiście obalenie Kaczyńskiego. Trzeba tylko im to uzmysłowić - mówią niemal bez żadnej żenady politycy KO. I liczą na to, że ulica ulicą, ale gdy przyjdzie czas na wybory, protestujący będą musieli oddać glosy na partię dającą największe nadzieje na spełnienie powyższego celu.

Na tym tle ciekawym fenomenem jest Szymon Hołownia. O jeszcze przed końcem pierwszego tygodnia protestów usłyszał od Strajku Kobiet gromkie „wyp…aj”. Usłyszał, choć protesty poparł i zarazem jest liderem jedynego jak dotąd ruchu politycznego, który znacząco zyskał sondażowo podczas ich trwania. Co więcej, usłyszał - choć idzie za nim kilkumilionowa grupa potencjalnych wyborców, w której w dodatku przeważają kobiety. I to dokładnie te kobiety, których obecność na protestach czyni je ruchem o charakterze większościowym. Bez polskich katoliczek, które przeciwstawiły się popieranej przez Kościół decyzji Trybunału nie byłoby na to szans. Tymczasem to właśnie one w dużej mierze budują elektorat Hołowni. „Wyp…aj” skierowane do Hołowni wzięły do siebie - i tu tylko szybkie wycofanie się z tych słów pozwoliło uniknąć Strajkowi Kobiet bardzo poważnych problemów z odpływem części uczestniczek i uczestników protestów. Znaczące wzrosty notowań Ruchu Polska 2050 w ostatnim czasie pokazują jednak, że dla tej zapewne katolickiej części protestujących to właśnie Hołownia stał się bardziej wiarygodnym od opozycyjnego mainstreamu obiektem lokowania politycznych nadziei. To kolejny znak, że protesty zmieniają polską politykę.

Walka o prawa kobiet nie zaczęła się w Polsce w dniu stwierdzenia w budynku Trybunału Konstytucyjnego, że przepisy o dopuszczalności aborcji z powodów medycznych są niekonstytucyjne. Czarny Protest z 2016 roku był ruchem wystarczająco silnym i żywiołowym, by nie lekceważyć jego przyszłego potencjału, także w zakresie kształtowania polskich światopoglądów i systemów wartości. Nieco późniejsza fala #MeToo także wiele zmieniła w polskiej tożsamości, znacząco przyczyniając się do upodmiotowienia kobiet w relacjach społecznych. To nie są zmiany, które następowałyby z dnia na dzień ani procesy, których czas trwania można by mierzyć miesiącami. Nie - to kwestia lat.

Emocja anty-PiS-owska także nie jest jakąś gwałtowną erupcją frustracji wywołanych wojną na górze w obozie Zjednoczonej Prawicy czy kompletną nieporadnością rządu Mateusza Morawieckiego w starciu z II falą pandemii. PiS bierze dziś baty i za respiratory ministra Szumowskiego, i za próbę organizacji korona wyborów i wreszcie za informacyjny chaos związany z kolejnymi odsłonami wprowadzaia w Polsce obostrzeń i lockdownów. Być może PiS płaci nawet za swe grzechy z pierwszej kadencji - te wszystkie, które dotąd wyprowadzały na ulice zwolenników KOD czy Obywateli RP. Dziś przyszedł czas wystawiania rachunków za wszystkie te kwestie, wobec których z najbardziej bieżącej perspektywy PiS wciąż wydawał się „teflonowy” - tylko dlatego jednak, że ich skutków nie było widać w aktualnych sondażach.

Jest wreszcie emocja antyklerykalna, skierowana nie przeciwko katolicyzmowi, z którym spora część protestujących się utożsamia, lecz przeciwko Kościołowi instytucjonalnemu i jego hegemonii w polskiej polityce i polskim życiu publicznym. Pod tym względem Polska jest trochę jak Irlandia tuż przed jej społeczną sekularyzacją. Polski Kościół - jako instytucja polityczna - ma za sobą najgorszy okres w najnowszej historii kraju. Polki i Polacy już dobrze wiedzą, że król jest nie tylko nagi, ale i dość odrażający - pierwszy film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” miał wielomilionową widownię, która trawiła zawarty w nim akt oskarżenia pod adresem Kościoła dosłownie miesiącami. Jego druga część już tylko dopowiedziała te wnioski.

W ostatnich latach polscy odbiorcy dowiedzieli się wiele nie tylko o pedofilii w Kościele, ale i o związkach księży z kobietami czy o systemie finansowania Kościoła. Sami biskupi zaś okazali się oddanymi sojusznikami tego najbardziej prawego skrzydła rządzącego obozu. Brali udział w nagonkach na środowiska LGBT, wielokrotnie wspierali ograniczanie praw kobiet, wreszcie na koniec nie kryli entuzjazmu wobec wyroku TK. We wszystkich tych kwestiach Kościół opowiadał się przeciw przygniatającej większości Polaków, większości złożonej zarówno z niewierzących, jak i katolików. Naiwny, kto sądził, że wywoływane w ten sposób emocje się nie skumulują i nie obrócą się przeciwko Kościołowi z pełną siłą.

Teraz te podstawowe emocje protestów na jakiś czas ustąpią zapewne miejsca w przestrzeni publicznej społecznym lękom związanym z eskalacją pandemii i ze skutkami nadchodzącego lockdownu. Przygaszone w ten sposób na jakiś czas, z pewnością jednak powrócą - i to ze zwielokrotnioną siłą. Klasa polityczna - jeśli chce spróbować to przetrwać - musi poszukać języka dialogu z protestującymi. By to zrobić, najpierw musi się nauczyć ich chociaż rozumieć.

Będą zmiany zasad w noszeniu maseczek?

Wideo

Materiał oryginalny: Polityczna rewolucja, której nie rozumieją politycy - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie