reklama

Przed nami ostatnia prosta w wyścigu po Oscary

Bożydar BrakonieckiZaktualizowano 
Po ogłoszeniu przez Amerykańską Akademię Filmową skróconej listy kandydatów do Oscara okazało się, że nie ma niej "Rewersu". Szkoda, choć pojedynek rywali o złotą statuetkę nie stał się przez to ani trochę mniej emocjonujący - pisze Bożydar Brakoniecki

Avatar" - Oscar!, "Avatar" - Oscar! - skandował kilka dni temu tłum rozentuzjazmowanych kinomanów przez luksusowym Beverly Hilton w Los Angeles, w którym reżyser James Cameron odbierał Złote Globy za swoją produkcję.

Wielbiciele technologicznego, trójwymiarowego cacka o planecie Pandora są bowiem święcie przekonani, że statuetka Akademii Filmowej musi przypaść w udziale ich faworytowi. I mają niebagatelne argumenty: przede wszystkim techniczne nowatorstwo, które już zakwalifikowało cyfrową opowieść do pionierskich w dziejach kinematografii. Sprzyjają im także statystyki. "Avatar" zasila pieniędzmi konta autorów z szybkością mennicy marzeń (do dziś zagarnął ponad miliard dolarów i z każdą sekundą zarabia kolejnych 720).

I to właśnie film Camerona obstawiany jest dziś w bukmacherskich stawkach jako pewniak. Choć i nad nim zawisły przez moment czarne chmury, bo przecież branżowi rywale w wyścigu po największy z filmowych laurów nie śpią. Oto okazało się nagle, że wydźwięk fabuły filmu jest rasistowski. Chodzi przede wszystkim o to, że główny aktor jest biały, zaś rasa błękitnoskórych obcych, na których planetę trafia, śmiga po ekranie w charakterze czarnych.

Mamy zatem do czynienia - twierdzą politycznie poprawni krytycy - z klasycznym schematem, w którym biały mesjasz wkracza między prymitywów i ratuje ich przez skutkami białej cywilizacji. Swoje trzy grosze dołożyli do zarzutów ekswojskowi z amerykańskiej piechoty morskiej, wedle których najemni żołnierze zostali w "Avatarze" przedstawieni jako skretyniałe maszyny do zabijania.

Wydaje się jednak, że te ataki odbiją się od pancerza popularności "Avatara" niczym prymitywne oszczepy Pandorczyków od kosmicznych okrętów Obcych. W każdym razie jest o tym przekonany Cameron, o którym pikantna ploteczka głosi, że zamówił już druk zaproszeń na wystawną balangę, którą zamierza wydać po odebraniu Oscara. Bo to, że w którejś z kategorii zwycięży, nie ulega wątpliwości.

Przypomnijmy więc przy okazji harmonogram tegorocznej imprezy. Już jutro Akademia Filmowa zamyka ostatecznie listy z nominowanymi w poszczególnych kategoriach, 2 lutego czeka nas ogłoszenie nominacji, a 20 lutego pierwsza odsłona oscarowych emocji: ceremonia rozdania nagród w kategoriach tzw. technicznych i można być niemal pewnym, że "Avatar" weźmie w niej wszystko, co się tylko da.

Największe drżenie serc czeka nas jednak 7 marca, kiedy filmowe święto po raz 82. w historii wyłoni najlepszych w światowym kinie. W tym roku szykuje się jednak mała zmiana w zasadach wyścigu. Organizatorzy ogłosili, że w kategorii najlepszy film wybór zostanie dokonany aż z dziesięciu nominowanych produkcji (ostatni taki przypadek miał miejsce 65 lat temu, w 1944 roku, kiedy laur przypadł "Casablance" Michaela Curtiza).

Szydercy twierdzą, że zmiany dokonano po to, aby więcej można było zarobić na reklamach, których cena sięga w tym roku niebosiężnych szczytów, filmowi krytycy z kolei spekulują cichaczem nad brakiem zdecydowanego faworyta. Oficjalny komunikat Amerykańskiej Akademii Filmowej tłumaczy jednak dyplomatycznie, że zbyt wiele dobrych filmów odpada na etapie nominacji. I jest w tym sporo racji: tak było przykładowo rok temu, gdy faworyzowany wcześniej "Mroczny rycerz" Christophera Nolana nie przecisnął się przez sito nominacji w kategoriach najlepszy film i najlepszy reżyser.
W Hollywood wywołało to prawdziwy szok, złagodzony tylko trochę świadomością nagłego ataku recesji. Filmowa branża istnieje bowiem w Stanach przede wszystko po to, aby zarabiać pieniądze, a formułę Oscarów wymyślono zaś po to, aby nadać temu - przyziemnemu skądinąd - procederowi wielkoświatowego sznytu. Analitycy i tak załamują ręce na spadkiem liczby kinomanów, którzy śledzą popisy filmowych celebrytów na czerwonych jak krew chodnikach oscarowej fety. Rok temu przed ekranami telewizorów zasiadło 32 miliony Amerykanów.

A to prawie o połowę mniej niż sześć lat temu, gdy galę śledziły 43 miliony. W rekordowym roku 2000 w okienko TV wlepiało oczy aż 55 milionów, czyli co piąty Amerykanin, wliczając w to noworodki i zdemenciałych starców. Nic dziwnego, że jurorzy imprezy, mając w perspektywie bolesne cięcie po premiach, wypełniają konkursowy program Oscarów dodatkowymi filmami i dodatkowymi atrakcjami.

Jedną z nich będzie tegoroczny konferansjer Alec Baldwin, który do spółki z komikiem Steve'em Martinem będzie zabawiać zebraną w Los Angeles publikę. Zaproszenie na scenę 52-letniego aktora, który przez ostatnią dekadę zajmował się głównie spijaniem drinków w ekskluzywnych knajpach w towarzystwie topmodelek, to posunięcie o imponującym wręcz potencjale marketingowym.

Choć jego kontrakt jest owiany tajemnicą na miarę sekretów CIA i FBI razem wziętych, można się domyślić, że nie będą to pieniądze wyrzucone w kałużę gdzieś na Mulholland Drive. Przypomnijmy, że w 1990 roku tenże Baldwin znalazł się na liście 50 najpiękniejszych ludzi świata magazynu "People", a pięć lat później inny prasowy gigant - "Empire" wpisał go na 80. miejscu listy 100 najseksowniejszych gwiazd w historii kina. I choć czas nie oszczędza nawet jego, nadal przyciąga spojrzenia niewiast ujmującą facjatą, 180 centymetrami wzrostu i nieskazitelną fryzurą, którą układa mu sam Corey Powell, nadworny stylista Sharon Stone i Cameron Diaz.

Wolałbym, żeby zamiast Baldwina Oscary poprowadził ze mną Barack Obama" - wypalił ostatnio w jednym z wywiadów Steve Martin, który poczuł się zazdrosny o sławę partnera. Ale hierarchia sławy jest nieubłagana: to nie wesołek Steve, a boski Alec wręczy w marcu najbardziej pożądaną na świecie statuetkę najlepszemu reżyserowi świata. I wcale nie musi nim być wspomniany już tutaj James Cameron, lecz może na przykład Quentin Tarantino.

Tak przynajmniej wynika z internetowych sondaży, od których aż się roi na amerykańskich stronach kinowych maniaków. Tarantinowskie "Bękarty wojny", historiozoficzny miks wyobrażeń reżysera o II wojnie światowej, nakręcono przecież właśnie z myślą o Oscarze.

Co więcej, zgodnie z filmową logiką panującą za oceanem, niemal całkowite zignorowanie filmu w czasie rozdawania Złotych Globów, musi zostać zrekompensowane na ceremonii Oscarów. Żyj i daj żyć innym - nigdzie ta zasada nie sprawdza się bardziej niż właśnie w Hollywood.
Tarantino może więc spać spokojnie, bo nie zdarzyła się dotąd taka filmowa impreza, na której nie wyrwałby jakiegoś smakowitego kąska dla siebie albo swoich aktorów. Christoph Waltz, który w "Bękartach" zagrał pułkownika SS Hansa Landę, typowany jest na zwycięzcę w kategorii najlepszy aktor. Podobnie chyba jak George Clooney, bohater zgrabnej komedyjki "W chmurach", która również nie znalazła uznania w oczach złotoglobowych jurorów.

To dziwne, bo to film wymarzony na czasy szczerzącego kły kryzysu (jankeski technokrata specjalizujący się w "doradztwie dotyczącym zmian w karierze zawodowej", czyli mówiąc po ludzku wywalaniu ludzi na bruk, staje przed życiowym zakrętem). Wpływowe koło krytyków filmowych z Waszyngtonu i Dystryktu Kolumbii wykupiło nawet gazetowe reklamy, w których radzi członkom Amerykańskiej Akademii Filmowej dowartościowanie "W chmurach" jako filmu najlepiej trafiającego dziś w "społeczne potrzeby".

Rzućmy jeszcze okiem na kategorię najlepsza aktorka. Tutaj sprawa przedstawia się o prościej: niemal pewną zwyciężczynią jest Sandra Bullock, która pojawiła się na planie "The Blind Side" po kilku latach wegetacji na marginesie show-biznesu. 46-letnia Sandra cieszy się jednak wśród Amerykanów specjalnymi prawami przynależnymi tzw. dziewczynom z sąsiedztwa.

W ogłoszonym cztery lata temu w sieci plebiscycie na najpoczciwszą celebrytkę ("Z kim chciałbyś umówić się na lunch z kawą i croissantem?") pokonała nawet Whoopi Goldberg, co znaczy, że nawet stateczne matrony, brzuchaci ojcowie rodzin i niezbyt rozgarnięte nastolatki myślą o pięknej Sandrze z sympatią. Co prawda niektórzy przebąkują o szansach kucharzącej z pasją Meryl Streep ("Julie & Julia") i o brytyjskiej urodzie Carey Mulligan ("Była sobie dziewczyna"), ale kudy im do aktorki, która zagrała w "Człowieku demolce" u boku Sylvestra Stallone'a.

Zresztą, cokolwiek byśmy tu wyspekulowali, 45 dni, jakie zostały do Day O, będą najcięższe dla filmowej branży w ciągu całego sezonu. Policyjne statystki tradycyjnie odnotowują w regionie Los Angeles wzmożone obroty sklepów z alkoholem i nadpobudliwość narkotykowych dilerów. W szwach pękają znów luksusowe kliniki leczące aktorów, reżyserów i producentów z zawodowych depresji i nerwic, a jedyni zadowoleni to bajecznie opłacani krawcy, którzy szykują na oscarową noc aktorskie kreacje.

Podziwiać je będziemy spokojnie i bez zabójczych emocji, bowiem jedyny nasz kandydat do statuetki, czyli "Rewers" Borysa Lankosza, nie zadowolił wybrednych gustów jurorów i nie znalazł się na liście nominowanych w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny (powalczą w niej przede wszystkim "Biała wstążka" Michaela Hanekego, "Prorok" Jacquesa Audiarda i "Gorzkie mleko" Claudii Llosy).

Zatem, Szanowni Państwo, spotykamy się w nocy z 7 na 8 marca, przy transmisji wręczenia Oscarów 2010. A nuż zdarzy się coś nieoczekiwanego? Pamiętacie, jak rok temu osiem nagród Akademii zgarnął nieoczekiwanie "Slumdog. Milioner z ulicy" Danny'ego Boyle'a, choć w szranki z nim stawały m.in. "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" i "Obywatel Milk"? Ostatecznie kino to tylko zabawa, choć kosztowna. Ale o to niech już się martwią brzuchate rekiny Hollywoodu.
Bożydar Brakoniecki

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Materiał oryginalny: Przed nami ostatnia prosta w wyścigu po Oscary - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3