Sagi Lubelszczyzny: Piaski, Wałbrzych, milczący rodzice i gadatliwa sąsiadka

Marcin Jaszak
Most w Piaskach, niedzielne popołudnie, rok 1937. Roman w środku w wojskowym płaszczu i maciejówce
Most w Piaskach, niedzielne popołudnie, rok 1937. Roman w środku w wojskowym płaszczu i maciejówce Archiwum Romana Jaszaka
Udostępnij:
Stefan był pacyfistą, a jego syna ciągnęło do broni. Krystyna była ciepła i życzliwa, a po obozie cieszyła się każdą chwilą życia. Roman Jaszak wspomina familoki, Wajzerówkę i miłość Krystyny i Romualda.

Lunch na dachu drapacza chmur w Piaskach koło Lublina?! Możliwe, aby w 1937 roku fotograf amator z Piask inspirował się fotografią z Nowego Jorku?
Nie sądzę, żeby ją wcześniej widział. Zwyczajnie chłopcy dobrze się bawili. Tuż obok Wajzerówki stał most, więc dali upust swojej fantazji i zadali szyku w jakieś niedzielne popołudnie. Ten w środku, w żołnierskim płaszczu i czapce maciejówce, to Czesław Jaszak, mój ojciec.

W pobliżu Wajzerówki?
Można szumnie powiedzieć, że to ówczesna dzielnica Piask. Część miasteczka, która wzięła nazwę od jej właścicieli Wajzerów. Wie pan gdzie? Jak się wyjeżdża z Piask w stronę Zamościa, to po prawej stronie, tam gdzie są stawy. Jak wspominała Maria Krasnodębska, Wajzerowie mieli młyn wodny, gospodarstwo rolne, stawy, łąki i piękny dom na wzgórzu. Niżej w budynkach gospodarczych mieszkali ich pracownicy. Przy młynie była garbarnia, która należała do Żyda Bursztyna, spokrewnionego z Wajzerem. Właśnie tam mieszkali moi dziadkowie Jaszakowie. Możliwe, że dziadek pracował u Wajzera. Tego do końca nie wiem, bo jakieś dwa lata po moim urodzeniu, około 1949 roku, wyjechaliśmy do Wrocławia.

O tym za chwilę. Wrócę do zdjęcia. Czesław jako jedyny ma płaszcz wojskowy.
Ojciec od dziecka miał takie zainteresowania, co prawda dziadek Stefan nie popierał tego, bo co ciekawe, już w tamtych czasach był przeciwnikiem wojny, mimo że otarł się jako szeregowiec o pierwszą wojnę światową. Może właśnie z tego powodu? Sam nie wiem. Fakt faktem, tata zapisał się do Związku Strzeleckiego i ostatecznie urobił dziadka. Na poparcie tego mam nawet zdjęcia z 1937 roku, kiedy tata był na obozie Orląt w Wólce Profeckiej koło Puław.

Jaki dumny młody człowiek.
Wierzył w to i zaraz na początku wojny służył jako czołgista, ale po wkroczeniu Sowietów, trafił do transportu na Wschód. Uciekł stamtąd i wstąpił do partyzantki. Z tego co wiem do Batalionów Chłopskich. Przez jakiś czas ukrywał się gdzieś w Fajsławicach i raczej się po Piaskach nie kręcił. Wyobrazi sobie pan, że tylko tyle wiem z jego historii i dziejów rodziny ojca. Później nic nie chciał opowiadać. Bał się, że jako dzieci zaraz wszystko wychlapiemy na zewnątrz, a w tamtych czasach, to było po prostu niebezpieczne.

No, ale widzę jeszcze inne zdjęcia z okresu młodości Pana ojca. Przy kinie, no i to z jakiejś zabawy czy przyjęcia z niemieckimi żołnierzami. Coś jednak ocalało.
Przy kinie? Prawdopodobnie to Piaski. A to z zabawy, to chyba z Fajsławic. Już wtedy tata był w partyzantce. Z tego co wiem, tylko mundury są tam niemieckie. Były zdobyte przez kolegów ojca, oczywiście wiadomo, w jaki sposób. Kiedy robiono to zdjęcie, właściciele tych mundurów już nie żyli. To tyle z piaseckich czasów mojego ojca. Jak mówiłem, nigdy nie opowiadał nam o młodości.

Mama też pochodziła z Piask?
Nie. Rodzina mamy mieszkała w Lublinie. Dziadkowie Dąbscy mieli trzy córki i mieszkali przy ulicy Skibińskiej. Babcia wcześnie zmarła i Krystyna, moja mama, pozostała pod opieką starszej siostry Stanisławy. Stanisława miała wtedy 19 lat i jak wspominała mama, miała z młodszą siostrą same utrapienia. Mama chodziła do szkoły na Podwalu, ale oczywiście częściej chodziła na wagary niż do szkoły. To było w połowie lat trzydziestych. Wtedy jeszcze Stanisława była w pierwszym małżeństwie, ale szybko owdowiała, więc wyszła ponownie za mąż i wyjechała do Piask. Zgrało się to w czasie z wybuchem wojny.

Mama, jako że pod opieką ciotki, też wyjechała i spotkała Czesława?
Historia jest zupełnie inna. Mama w momencie wybuchu wojny miała dwadzieścia lat, więc była już dorosła, a że miała niepokorną duszę nie wyjechała do Piask, tylko została w Lublinie i zaangażowała się w podziemną działalność. Spotkała wtedy chłopaka, starszego od niej o jakieś dziesięć lat i chyba przez niego wstąpiła do organizacji. Nazywał się Romuald Żuchowski, z tego co wiem, mieli wziąć ślub, ale wojna pokrzyżowała im losy. Można powiedzieć, że oni sami trochę się do tego przyczynili, bo, jak mówiłem, oboje zaangażowali się w konspirację i w pewnym momencie musieli uciekać w okolice Piask do ciotki. Ona mieszkała już wtedy w Dziecininie u Bubiczów, swoich teściów.

Zaangażowali się, jak wiele młodych osób w tamtym czasie.
To prawda, z tym że mama uczestniczyła, a raczej wykonała wyrok na Henryku Galińskim. Mieszkała wtedy z Romualdem przy ulicy Szewskiej. Galiński był w ich szeregach, a jednocześnie współpracował z okupantem. Został zabity drugiego lutego 1941 roku na ulicy Pawiej. Strzelała mama i miała naprawdę szczęście, że nie rozwalili jej na miejscu. Później przez jakiś czas była bezpieczna, bo w momencie zamachu była przebrana za mężczyznę. Zaraz po tym Niemcy zrobili ogromną łapankę, ale skupiali się na szukaniu mężczyzn. Mama, mimo wszystko, musiała z Romualdem uciekać do Dziecinina. Niedługo jednak po tym Niemcy aresztowali obydwoje, bo mimo że nie wiedzieli o udziale mamy w zamachu, to mieli jednak listę osób, którą sporządził Galiński i zdążył dostarczyć im przed śmiercią. Na początek trafili na Zamek. Później Romuald został wywieziony do Oświęcimia i tam zginął, a mama do Ravensbrück. Jak opowiadała, miała szansę na wydostanie się z Zamku, ale nie wierzyła, że jest to realne.

W jaki sposób?
Zakochał się w niej jakiś Niemiec, który chciał jej pomóc uciec. Nie wierzyła, że to w ogóle realne wydostać się stamtąd. Po drugie mogli po prostu chcieć rozpracowywać za pomocą mamy resztę organizacji.

To możliwe. Trafiła do obozu.
Cud, że przeżyła. Wywieźli ją do Ravensbrück transportem 23 września 1941 roku. Krystyna Dąbska miała numer obozowy 7660 i dostała się do grupy kobiet, na których przeprowadzano operacje pseudomedyczne.

Była jednym z "królików doświadczalnych"?
Bardzo rzadko o tym opowiadała. Częściej o pracy w kopalni piasku i w szwalni. Opowiadań o doświadczeniach unikała, bo później śniły jej się koszmary, więc starała się to jakby wyprzeć z pamięci.

Coś jednak opowiadała?
Była poddana tak zwanej operacji kostnej, podczas której wycięto jej kość strzałkową. Kobiety po operacjach były zamknięte na klucz w sali bez opieki i picia. Tam miały "dochodzić do siebie". Początkowo czysta pościel zmieniała się powoli w śmierdzące barłogi, bo nogi ropiały i dochodziło do tego, że w tych gnijących ranach zalęgały się robaki. Opatrunki zmieniano im rzadko i bez znieczulenia. Niektóre kobiety leżały tak w wysokiej gorączce, nieprzytomne przez wiele tygodni. Gdy potrzebne było łóżko szpitalne dla następnych kobiet po operacji, chore posyłano na blok z niezagojonymi ranami. Wiele kobiet zostało kalekami, kulały, miały obrzęki nóg, rany goiły się im chwilowo i znów otwierały. Mama szczęśliwie przeżyła te eksperymenty i po pięciu miesiącach mogła samodzielnie chodzić. Jak czytałem, więźniarki protestowały przeciwko kolejnym operacjom, za co ponosiły surowe konsekwencje. W sierpniu 1943 roku zamknięto je za karę w baraku bez jedzenia na trzy dni. W 1945 roku wszystkie "króle" miały być zlikwidowane, aby nie było śladu po eksperymentach. Przeżyły dzięki pomocy koleżanek z obozu, które pomagały im się ukrywać i zorganizowały nowe numery po zmarłych więźniarkach. Co jeszcze ciekawe, widziałem zdjęcie rentgenowskie płuc mamy jeszcze przed pobytem w obozie. Lekarze orzekli, że było to początkowe stadium gruźlicy, a z obozu wróciła ze zdrowymi płucami. Mama opowiadała nam też o drodze do domu z obozu. Zanim wróciła to minęło kawał czasu, bo większość drogi wracała pieszo. Szła z kilkoma koleżankami i przewrotność losu, uwolniły się od Niemców i wpadły w ręce Rosjan. Trzech z nich zgwałciło jedną z tych kobiet. Na szczęście zjawił się radziecki oficer i z miejsca rozstrzelał tych żołnierzy.

Widzę, że później Krystyna cieszyła się z każdej chwili w życiu?
Tak, to zdjęcie prawdopodobnie wykonane jest już po pobycie w obozie. Mama zawsze była pogodna, czasem oczywiście zamyślona, ale ciepła, życzliwa i kochająca nas bez względu na to, jak z bratem rozrabialiśmy, a tata, jak to tata, był od karcenia nas i wymagania. Mama wróciła w 1945 roku do Piask i tam poznała tatę. Zaraz po tym wzięli ślub, a ja przyszedłem na świat już w 1946 roku. Jakieś dwa lata po tym rodzice musieli uciekać i wyjechali do Wałbrzycha, bo tam mieszkał już brat mojego taty. Dokładnie, to najpierw mieszkaliśmy w Wąsoszu, a później w Wałbrzychu. Zamieszkaliśmy w tak zwanym poniemieckim familoku i tata pracował w kopalni jako elektryk.

Pan z bratem? Dwa brzdące rozrabiające na podwórku?
O tak! Tu jest nasza podwórkowa drużyna piłkarska na tak zwanym skwerku. Wracało się ze szkoły i kopało piłkę, i tak na okrągło. A tutaj obydwaj z bratem Alojzym postanowiliśmy zbudować bunkier czy schron. Wykopaliśmy kawał dziury w ziemi i nasz zapał się skończył. Dziurę musieliśmy oczywiście później zasypać. Z Wałbrzycha pamiętam sąsiadkę, która przychodziła do rodziców. Pracowała w Urzędzie Bezpieczeństwa i uwielbiała opowiadać o torturach, jakich była świadkiem podczas przesłuchań. Wyrywanie paznokci, bicie i tym podobne.

A rodzice musieli tego grzecznie słuchać.
Cóż mieli zrobić? Wyrzucić ją? Nic nie mówili, bo się dodatkowo bali, że my z bratem coś chlapniemy, choć wiedzieliśmy naprawdę niewiele. Kiedy coś usłyszeliśmy podczas spotkań rodzinnych, to później z bratem wymyślaliśmy do tego całe historie. Kiedyś ojciec wspomniał, że w Piaskach zakopał po wojnie broń. Jak to rozbudziło naszą wyobraźnię, jak my kombinowaliśmy, gdzie to może być zakopane!

W końcu wracacie do Lublina.
W Wałbrzychu skończyłem podstawówkę i zacząłem chodzić do szkoły elektrycznej, ale w 1962 roku wróciliśmy do Lublina. Te wszystkie sprawy z partyzantką trochę przycichły, klimat się jakby ocieplił i mogliśmy wrócić. Mama dostała wtedy odszkodowanie za straty, jakich doznała w obozie. Wynosiło 600 tysięcy złotych.

To było dużo na tamte czasy?
Bardzo dużo. Za te pieniądze rodzice kupili dom w szeregowcu przy ulicy Nowogrodzkiej. Skończyłem zawodówkę przy Lubelskiej Fabryce Maszyn Rolniczych, później technikum. W końcu utrzymanie tego domu przerosło nasze możliwości i rodzice musieli go sprzedać. Przenieśli się najpierw na Czechów, później na LSM. Rodzice zmarli bardzo wcześnie, bo obydwoje mieli po 64 lata.

A Pan?
Ja, jak pan widzi, dalej żyję. Pracowałem w jednej firmie. Najpierw był to tak zwany przemysł terenowy Lechii, później LFMR, a na końcu Agromet. Spotkałem tu żonę Elę. To była córka chrzestna mojego wujka. Namawiał mnie, że muszę ją poznać. No i poznałem. Teraz przyszła emerytura i czas na poszukiwania swoich korzeni. Próbuję, szukam i mam nadzieję, że już wkrótce uzupełnię opowiedzianą dzisiaj historię.

ROZMAWIAŁ MARCIN JASZAK

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Kurier Lubelski
Dodaj ogłoszenie