Smutna bajka o finansach w czasach pandemii koronawirusa

Mariusz Świetlicki
Dawno, dawno temu była sobie rodzina. On był przewodnikiem wycieczek zagranicznych, ona farmaceutką prowadzącą aptekę. Mieli dwójkę dzieci w wieku szkolnym. Wiodło im się dobrze, mogli sobie pozwolić na wygodny dom pod Lublinem (w 80% na kredyt), dwa samochody (w tym jeden w leasingu). Generalnie finanse po opłaceniu zobowiązań im się spinały.

Tak było dawno temu, czyli do lutego 2020 roku. Z dnia na dzień, w wyniku pandemii koronawirusa, przemysł turystyczny się zatrzymał. Skończyły się jakiekolwiek wyjazdy zagraniczne, a nasz bohater został bez pracy i dochodu. Przez pierwsze tygodnie ten brak obowiązków mógł się wydawać nawet korzystny - w końcu mógł dłużej być z dziećmi, które przestały chodzić do szkoły. Apteki wciąż prosperowały bardzo dobrze, a nawet wzrosły im obroty, gdyż ludzie zaczęli kupować leki na zapas. Bohaterka naszej opowieści miała dużo pracy i utrzymujące się na dobrym poziomie dochody. Dochody całego budżetu domowego spadły jednak o ok. 40%. Z drugiej strony znaczą część wydatków nadal stanowiły opłaty stałe, których nie da się z dnia na dzień obniżyć: kredyt, leasing, czesne. Jak nasza rodzina może sobie z tym poradzić?

Są dwa wyjścia - albo uda im się pozyskać dodatkowe pieniądze, albo będą musieli radykalnie zmniejszyć wydatki. Może uda się znaleźć jakąś inną pracę? W czasach kryzysu to jednak trudne, a poza tym trzeba zaopiekować się dziećmi. Może więc jakaś pożyczka? Tylko ją trzeba będzie zwrócić, a kto wie ile ta cała sytuacja jeszcze potrwa. W takim razie, może trzeba sprzedać jeden samochód, a w ostateczności także dom i przenieść się do… teściów? Dzieci również mogą zacząć chodzić do publicznej szkoły, gdy tylko one zostaną otwarte. Tak czy inaczej czeka ich całkowita zmiana dotychczasowego modelu życia…

Tak kryzys działa na finanse w skali mikro - w polskich rodzinach. A jak to wygląda w skali makro, z punktu widzenia państwa? Niemal tak samo. Z jednej strony kryzys uszczupla bieżące dochody pochodzące z podatków. Z drugiej, budżet obciążony jest przede wszystkim stałymi wydatkami - emerytury, zasiłki, wypłaty dla nauczycieli, lekarzy, urzędników, których nie da się bez społecznych konsekwencji z dnia na dzień obciąć. A do tego dochodzą nowe społeczne oczekiwania związane z pomocą dla tych, których kryzys dotkną najbardziej. Co w tej sytuacji może zrobić rząd? Również ma dwa wyjścia - albo pozyska dodatkowe pieniądze, albo obniży wydatki. Obniżka wydatków to jednak radykalna zmiana dotychczasowego modelu społecznego. Obniżymy emerytury? A może pensje nauczycielom? Czy zrezygnujemy z programów społecznych takich jak 500+? Jak nie cięcie wydatków, to wzrost dochodów. Podnieść podatki, czy pożyczyć? Wydaje się więc, że jedyne realne i społecznie akceptowalne społecznie rozwiązanie, to zwiększyć zadłużenie. Tylko u kogo? I w odpowiedzi na to pytanie pojawia się jedna, ale zasadnicza różnica między finansami państwa, a rodziny. Otóż władza może sięgnąć po pieniądze „wydrukowane” przez bank centralny, a my takiej możliwości nie mamy. Jakie to może wywołać skutki - następnym razem.

Dopłaty do cen energii

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie