Spotkania Teatrów Tańca: Ile znaczy wykonawca

    Spotkania Teatrów Tańca: Ile znaczy wykonawca

    Andrzej Z. Kowalczyk

    Kurier Lubelski

    Aktualizacja:

    Kurier Lubelski

    Scena ze spektaklu „Fiuk/Ukryci ludzie”
    1/2
    przejdź do galerii

    Scena ze spektaklu „Fiuk/Ukryci ludzie” ©Peter Petti/materiały organizatora

    Przez piętnaście lat pisania o Międzynarodowych Spotkaniach Teatrów Tańca wielokrotnie podkreślałem, jak trafne jest właśnie to słowo: spotkania, użyte w nazwie imprezy.
    Lubelski festiwal rzeczywiście od samego początku jest przestrzenią spotkań rozmaitych szkół, tradycji, stylów i form tańca współczesnego. Spotkania wszakże mają to do siebie, że choć kształcące i pobudzające do refleksji, bywają niekoniecznie jednakowo korzystne dla wszystkich; można z nich wyjść z oceną niższą. Tak stało się ostatniego dnia festiwalu, kiedy program zestawił ze sobą spektakle Karen Foss Quiet Works oraz Compagnie Pal Frenak. A to zestawienie dobitnie pokazało, ile w spektaklu znaczy wykonawca.

    W publikowanych przed i w trakcie festiwalu zapowiedziach kilkakrotnie obdarzyłem Karen Foss mianem: wybitna choreografka. I nie zamierzam się z tego określenia wycofywać. Tym bardziej, że zaprezentowany w środę spektakl "gracerunners", zrealizowany z Lubelskim Teatrem Tańca, w pełni taką ocenę potwierdzał. Powiem więcej - nie zmieniłem zdania na jej temat również po wczorajszej prezentacji, choć spektakl "TO" pozostawił mi poczucie dużego niedosytu.

    Nie mam tu na myśli choreografii ani dramaturgicznej konstrukcji przedstawienia; te bowiem były klasy wysokiej. Rzecz nie w tym CO zobaczyliśmy, lecz JAK to zostało pokazane. Karen Foss ma taki zespół, jaki ma; mówiąc wprost: przeciętny, niewiele wykraczający poza rzemieślniczą poprawność techniczną. Dobre rzemiosło należy oczywiście cenić, ale na scenie oczekuję jednak więcej. Mając wciąż w pamięci "gracerunners" pomyślałem, że w trosce o artystyczny kształt i jakość swoich realizacji Karen Foss powinna częściej zatrudniać lubelskich tancerzy i płacić im duże pieniądze, bo to artyści z zupełnie innej półki niż ci, z którymi pracuje na co dzień. Co piszę zupełnie bezinteresownie, bo nie jestem menedżerem ani jej, ani ich. W dodatku spektaklowi norweskiego zespołu nie przysłużyło się miejsce prezentacji, a mówiąc ściśle: owe dwa nieszczęsne filary na scenie Teatru Muzycznego. Scenografowie pracujący tu na co dzień nauczyli się radzić sobie z nimi. Ale w tym przypadku para czarnych słupów brutalnie i bezsensownie wbijała się w czystą, niemal sterylną scenografię, bezpowrotnie niwecząc zamierzony efekt. Szkoda, bowiem w odpowiednich warunkach i - nade wszystko - w dobrym wykonaniu spektakl "TO" byłby z pewnością mocnym punktem programu Spotkań.

    To wszystko, co napisałem powyżej stało jeszcze bardziej widoczne w zestawieniu z następnym spektaklem - "Fiuk/Ukryci ludzie" w wykonaniu Compagnie Pal Frenak. Przede wszystkim w odniesieniu do strony wykonawczej. Tancerze z węgiersko-francuskiej kompanii zaprezentowali nadzwyczajną wprost wszechstronność oraz sprawność, i to w każdym elemencie spektaklu; od scen czysto choreograficznych po sekwencje akrobatyczne. Zaś na tę fizyczną perfekcję nakładała się dogłębna świadomość ciała i tego, co za jego pomocą chce się wyrazić.

    A było co wyrażać. Spektakl Frenaka, rzekłbym: "gęsty" od znaczeń, jest swego rodzaju zwierciadłem, w którym odbijają się rozmaite typy, z jakimi stykamy się (i jakimi bywamy) niejednokrotnie - "Macho", "Herkulesa", "Narcyza", "Kochanka", "Wiecznego Chłopca", etc. W tej warstwie wkracza wręcz w sferę Jungowskich archetypów. Mówi o nas, mężczyznach, więcej - a z pewnością dosadniej - niż niejedna obszerna rozprawa naukowa. Korzysta przy tym Frenak z całej gamy środków i bogatej palety efektów. Żadnego z nich jednak nie nadużywa. Wszystkie wykorzystane są z podziwu godną świadomością, czemu mają służyć. Łącznie z nagością, która w tym spektaklu jest w pełni uzasadniona, i - co więcej - pokazana z pełną kulturą. Co wszak nie zawsze bywa regułą - do dziś nie wiem, co miał oznaczać (bo coś chyba miał) pomalowany nie niebiesko penis jednego z aktorów w "(A)polonii" Krzysztofa Warlikowskiego. U Frenaka wszystko jest jasne i czytelne, uzasadnione ideą i dramaturgią spektaklu. To wielki walor tej realizacji. Życzyłby widzom i sobie, aby tej klasy spektakle pojawiały się w Lublinie jak najczęściej.



    Codziennie rano najświeższe informacje z Lublina i okolic na Twoją skrzynkę mailową. Zapisz się do newslettera!



    Czytaj treści premium w Kurierze Lubelskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    O tym się mówi

    Wideo