18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

reklama

Staniszkis: Świat idzie do przodu, a my z trudem łapiemy równowagę

RedakcjaZaktualizowano 
Jadwiga Staniszkis
Jadwiga Staniszkis Grzegorz Mehring/POLSKA
Obecnie w Unii Europejskiej mamy już nie dwie prędkości, ale dwa modele integracji. A nasze elity nie dostrzegają nowych zagrożeń i szans - mówi w rozmowie Michałem Karnowskim i Piotrem Zarembą profesor Jadwiga Staniszkis

Traktat lizboński wejdzie w życie z początkiem grudnia. Czy z polskiego punktu widzenia wzmacnia on naszą niepodległość, czy też przeciwnie - oddajemy część suwerenności strukturom unijnym?
Tak naprawdę nie to jest najważniejsze. Dziś powinniśmy mówić już o fazie polizbońskiej.

Pomimo tego, że wchodzi ona w życie za nieco ponad dwa tygodnie?
Tak. Długi okres jego ratyfikacji oraz światowy kryzys finansowy spowodowały, że wchodzi w innym momencie i inaczej, niż zakładano przy jego tworzeniu. Inne były intencje, inne będą efekty jego wdrażania.

Jak to możliwe?
Po pierwsze, będzie wdrażany selektywnie, co w przypadku tak obszernego dokumentu jest naturalne. Po drugie, jest formułą tak otwartą, że możliwa jest reinterpretacja niektórych ustaleń, czasem zmieniająca sens o 180 stopni.

Gdzie na przykład?
Niemal wszędzie. Tak naprawdę możemy wyróżnić aż cztery przestrzenie władzy decydujące o pozycji poszczególnych państw. Ideałem jest być na każdej z nich. My nie jesteśmy. W każdej z nich należy bić się o to, by nasz interes był brany pod uwagę. To nam też się nie zawsze udaje.

Co jest w tym podziale przestrzenią pierwszą?
Kryzys spowodował, że kraje unijnej piętnastki, starzy członkowie UE, po chaotycznym okresie szukania strategii w skali państw narodowych zdecydowały wrócić do formuły, którą ja nazywam delorsowską. Bo pierwszy sformułował ją w 1989 roku ówczesny przewodniczący komisji Unii Europejskiej Jacques Delors. Była to formuła bardzo głębokiej integracji, wykorzystanie możliwości stworzonych przez unię walutową. Wtedy wydawało się to zbyt radykalne, bo zakładało skokowe wzmocnienie wspólnej polityki przemysłowej i reinterpretację zasady o konkurencji. Uznanie, że zgodne z nią jest wszystko, co poprawia sytuację na globalnym rynku. Czasem jest to powrót do protekcjonizmu. Delors proponował też inną odpowiedź na kryzys demograficzny: nie sprowadzanie zewnętrznej siły roboczej, ale rozwój przez innowacje technologiczne, ograniczający zatrudnienie. Raport grupy, którą kierował, był odpowiedzią na kryzys dotychczasowej formuły rozwoju Europy, wizji schumanowskiej. Unia bowiem, co było widać już wtedy, stanęła w pół drogi. Miała wygasić konflikty poprzez oddawanie miejsca na rynku, limity produkcyjne i połowiczne odpaństwowienie gospodarek. Delors zauważył, że po wygaszeniu konfliktów, które napędzają rozwój, w zamian nie stworzono niczego innego. Europie groziła stagnacja. Potem jednak przyszło rozszerzenie na nowe kraje.

Co - jak napisała Pani profesor w swojej książce "Antropologia władzy" - dało Unii impuls rozwojowy naszym kosztem, nazywa Pani przemocą strukturalną.
To były szybkie korzyści, przejęcie rynków, wzrost produkcji. Ale kryzys ujawnił, że w perspektywie okazało się to stratą. Bo dało piętnastce łatwy sukces zamiast rozwoju wskutek intensywnych inwestycji.

Rozwój był ekstensywny, ale nie pobudzał innowacji. Dawał pozór sukcesu?
Dokładnie tak. I pierwsza płaszczyzna to jest stwierdzenie tych faktów.
Jakie wnioski z tych faktów wyciągają kraje starej Unii?
To nie tylko kraje starej Unii, powinniśmy mówić precyzyjnie o strefie euro, a więc także Słowenii i Słowacji. Tam rodzi się nowy układ władzy, wcale niemiędzyrządowy. Elity polityczne to tylko jeden element władzy, reszta to elity finansowe i grupy produkcyjne. Wpływ tych nowych struktur widać już dziś, przy decyzjach personalnych czy planowaniu budżetu.

Jak propozycje odejścia od polityki spójności, polityki wyrównywania szans?
Tak. Odejście od redystrybucji, koncentracja środków na rozwoju. I to się dzieje na naszych oczach, chociaż jest sprzeczne z traktatem, który dawał Komisji Europejskiej prawo opiniowania wszelkich konfiguracji trwałych w Unii. Który zabrania tworzenia w UE grup zamkniętych. A to, co się tworzy, jest zamknięte, choć nie wskutek jakiś decyzji, ale dlatego że my jesteśmy z tym niekompatybilni, niezdolni do podłączenia się do centrów decyzyjnych ze względu na niższy poziom rozwoju.

Komisja, której pozycja w traktacie lizbońskim rośnie, nie może tego zablokować?
Komisja i instytucje europejskie będą oczywiście walczyły. Ale mają ograniczone możliwości. To skutek kryzysu, który wymusza pójście do przodu, przeskoczenie tego, co zakładał idealistyczny traktat lizboński, który wzmacniał biurokrację unijną kosztem państw narodowych. Który nadawał jej uprawnienia pilnowania interesów całej Unii, także przeciw silnym krajom. To już nie obowiązuje. Powstaje nowy, tak naprawdę już polizboński model, bardziej racjonalny i skuteczny, przynajmniej z perspektywy piętnastki.

Skoro tak, to dlaczego elitom unijnym tak zależało na przeforsowaniu traktatu? Przyciskano prezydenta Klausa. Powtarzano referendum w Irlandii.
Bo to też ważne. To druga płaszczyzna nowej gry sił w Unii. Wszystkiego nie da się na nowo reinterpretować, a niektóre założenia traktatu, jak wprowadzenie osobowości prawnej Unii, wspólnej polityki zagranicznej i obronnej, są przydatne z punktu widzenia elit starej Unii. To też stwarza dla nas pewne pole gry, możemy bić się o pozytywną dla nas interpretację, odwoływać się do wartości zapisanych w traktacie. Wreszcie protestować przeciwko selektywnemu wdrażaniu rozwiązań. Choć widoczne są już próby używania nas tylko jako wypełniacza decyzji podjętych gdzie indziej.

Na przykład?
Na przykład w rozmowach prezydenta Francji z ministrami Sikorskim i Klichem. Tam pojawiła się ekspedycyjna wizja europejskich sił obronnych. Z naszego punktu widzenia jest to drogie i w dalszym ciągu niezapewniające realnej efektywności zasady: wszyscy za jednego, czyli art. 5 natowskiego traktatu rzymskiego, nastawionego na obronę Europy.

A płaszczyzny trzecia i czwarta?
Trzecia warstwa to regionalne układy, w których najsilniejsze państwa odnajdują się i rekonstruują w tradycyjnych rolach hegemonów. To ciekawe, bo rozmywają się w warstwie delorsowskiej, a właśnie w układach regionalnych wracają, stają się silne. To w jakiejś mierze naturalne, bo inaczej wygląda kwestia bezpieczeństwa energetycznego w basenie Morza Śródziemnego, a inaczej w Europie Środkowej. Warstwa czwarta to powiązania Parlamentu Europejskiego z parlamentami narodowymi. To nowy mechanizm uzgodnień, z pominięciem władz wykonawczych państw. W tej grze sił liczą się ponadnarodowe struktury polityczne, tak zwane frakcje. Państwo nie funkcjonuje tu jako podmiot, ale źródło energii politycznej. Znaczenie frakcji wprost wynika bowiem z tego, czy jej poszczególne człony należą do warstw rządzących w swoich krajach, czy nie.
Jeśli więc spojrzymy na te cztery płaszczyzny, to zobaczymy, że w każdej z nich państwo istnieje inaczej. Raz, w tej wizji delorsowskiej, praktycznie zanika, odtwarza się w regionalnej i jest połowicznie obecne w traktatowej.
Co będzie źródłem siły lub słabości państwa? Będzie decydowało o sukcesie?
Czy jest obecne na wszystkich polach. Nas nie ma zupełnie w tej formule delorsowskiej, w pozostałych radzimy sobie słabo. A i tam musimy nauczyć się wprowadzać swój interes przynajmniej jako warunek brzegowy osiągnięcia porozumienia. Pojawia się mnóstwo nowych możliwości i zagrożeń, trzeba się w nich umieć poruszać. Widzieć, że konsensualne mechanizmy blokujące podejmowanie decyzji, na których dotąd opieraliśmy swoją siłę, odchodzą do przeszłości. I że na przykład w Kopenhadze podczas szczytu klimatycznego nie mamy szans wygrać tego tematu w sposób, jaki przygotowuje to dziś premier Tusk. Co więcej, dostrzegać, że jedna z firm prawniczych po cichu przygotowała reinterpretacje rozwiązań dotyczących handlu emisjami CO2 z umów dwustronnych między państwami do otwartej giełdy. I może się zdarzyć, że biedne kraje z dziurami finansowymi wyprzedadzą swoje prawa emisji, blokując swój przyszły rozwój. Równie niebezpieczny jest proces zwijania się globalizacji. Dziś trafia do nas zaledwie 1/6 inwestycji sprzed kryzysu. Nie ma żadnych gwarancji, że one do nas wrócą. Świat pójdzie technologicznie do przodu, a my będziemy łapali równowagę na niższym poziomie rozwoju.

Czy zatem to, co my uważamy za duże sukcesy, za dowód znaczenia w Unii, jak wybór Jerzego Buzka na szefa Parlamentu Europejskiego, to tylko pozór sukcesu?
Nie, to jest pewien sukces. Ale trzeba pamiętać, że na Zachodzie jest świadomość, że od czasu do czasu trzeba nas symbolicznie pogłaskać po główce.

Często w publicystyce pojawia się teza, że Unia słabnie, że wskutek kryzysu następuje renacjonalizacja myślenia i postępowania państw. U Pani to wygląda na dużo bardziej skomplikowany proces.
Dokładnie. To na początku rzeczywiście była renacjonalizacja. Ale kilka miesięcy temu weszło to w nową fazę, bardzo głębokiej integracji piętnastki. Obecnie mamy w UE już nie dwie prędkości, ale dwa modele integracji. Los Tony'ego Blaira, który nie zostanie najprawdopodobniej prezydentem Unii, jest tego efektem. Anglia jest po prostu za daleko tych procesów, a Blair jest za silną osobowością.

Słychać też, co potwierdza Pani analizę, że prezydentem Unii zostanie ktoś słaby.
Tak, szuka się kogoś, kto nie będzie przeszkadzał w realizacji tej delorsowskiej wizji w imię interesu 27 krajów. To nie jest romantyczne, ale dające szansę na skonsumowanie potencjału zachodniej Europy w skali globalnej.

Ale z punktu widzenia krytyków traktatu, wskazujących na powiększającą się odległość pomiędzy głosem wyborcy a procesem decyzyjnym, to, co pani mówi, potwierdza obawy. Demokracja słabnie.
O demokracji nikt tu nie mówi, to nie ten temat. Ale rośnie znaczenie Parlamentu Europejskiego.
Rysuje Pani w sumie scenariusz dla Polski pesymistyczny. Ale co właściwie powinniśmy zrobić? Jak reagować? I czy my to widzimy, czy też, przestrzegając zasady, że w Unii nie mówi się wprost, robimy dobrą minę do złej gry.

Widzimy, że coś się dzieje. Jacek Saryusz--Wolski będący w środku tych procesów też to dostrzega. Ale czy rozumie ? Kiedy czytam jego twierdzenia, że to okres dziecięcy traktatu, to się zastanawiam. Jesteśmy dużym krajem. Powinniśmy podkreślać pierwotną intencję traktatu. Uczestniczyłam w ciekawej konferencji w Collegium Civitas. Był tam Jakub Borawski z Kancelarii Sejmu. Zapytałam go, czy ktoś w Sejmie zajął się przeanalizowaniem orzeczenia niemieckiego trybunału konstytucyjnego w sprawie traktatu. Powiedział, że natychmiast to przetłumaczyli i przekazali marszałkowi. To dobrze. Źle, że nie widać, by coś się z tym działo. A przecież polski parlament też musi się zastanowić, jak zabezpieczać nasze interesy i skonsumować większą rolę przyznaną przez trybunał.
W naszym interesie jest podtrzymanie znaczenia Komisji Europejskiej, co zresztą Donald Tusk dostrzega. Wchodzenie tam, gdzie tworzą się te nowe mechanizmy władzy. Na przykład w unijne konsorcjum do obsługi ukraińskich sieci przesyłowych gazu. To wymagałoby włożenia pieniędzy, udziału PGNiG. Musimy wyciągać wnioski. Gdybyśmy poczekali, to teraz moglibyśmy odrzucić żądania Brukseli w sprawie stoczni. Bo wszyscy w Europie chronią swoje przedsiębiorstwa. Dyrektywa o konkurencji została zinterpretowana. Musimy też inwestować w te miejsca w nauce i gospodarce, gdzie powstają innowacje.
Minister Boni mówił ostatnio w "Polsce" o pomysłach na inwestowanie w brylanty nauki, na wdrażania wynalazków.
To trzeba robić, a nie mówić. Trzeba zrobić mapę, gdzie jeszcze są ośrodki zdolne do podjęcia konkurencji. I trzeba je jak najszybciej wesprzeć. Nie ma na co czekać.
Skoro już jesteśmy w Polsce, to jak Pani profesor ocenia dwa lata rządu Tuska?
Wykorzystał je średnio. Był oczywiście szok kryzysu, ale można było kryzys potraktować jako szansę. Polacy są racjonalni, pamiętamy, jak dali przyzwolenie na reformy Balcerowicza. Tę szansę zmarnowano. Tusk za dużo jednak poświęca w imię swojej prezydentury. Rozpoczęto pewne próby przygotowania reform, głównie pod parasolem Grzegorza Schetyny. Tam prowadzono prace nad koncepcją budżetu zadaniowego rozpoczęte jeszcze za PiS przez Teresę Lubińską. To byłaby sprężyna, która zmieniłaby sposób funkcjonowania państwa. Opór resortów jest jednak tak straszny, że odejście Schetyny oznacza prawdopodobnie koniec projektu. Tak jak projektu informatyzacji, rozumianej jako głębokie usprawnienie państwa. Nie widać też powrotu do służby cywilnej, zniszczonej przez PiS. Wybrano upartyjnianie państwa i firm.

A sytuacja budżetowa?
Jest bardzo poważna. Oczym świadczy to, co minister Rostowski mówił o funduszach emerytalnych. W tym jest racjonalne jądro, bo reforma emerytalna przy szczupłym rynku kapitałowym dała efekt w postaci finansowania przez fundusze długu państwowego. I to można na trzy lata zawiesić. Tym bardziej że Komisja Europejska upiera się, że fundusze są tak komercyjne, że powinny móc inwestować za granicą. Wtedy giełda warszawska by padła. Lepiej się więc zabezpieczyć i część pieniędzy przekazać do ZUS. Inna sprawa, czy tej instytucji można ufać. W zbyt wielu instytucjach dominuje partyjniactwo, w ogóle za dużo mamy cynizmu w życiu publicznym.

Gdzie Pani profesor widzi tam cynizm?
W próbie przesunięcia zarzutu kłamstwa z osoby premiera na Mariusza Kamińskiego. Pierwotne kłamstwo dotyczyło tego, co premier naprawdę usłyszał od szefa CBA, a potem ludzie tacy jak Sławomir Nowak przesunęli to na tarczę antykorupcyjną. To wzmacnia zabójczą polaryzację polskiej polityki. Zabójczą, bo powinniśmy zewrzeć szeregi, by móc stawić czoła nowej, rodzącej się Unii i wyzwaniom wewnętrznym.

Jan Rokita sformułował katastroficzną wizję, w której przegrywamy na wszystkich polach. Pani podziela te obawy?
Pojawiły się nowe zupełnie wyzwania, także związane z drugą falą kryzysu, z wyczerpywaniem się naszych rezerw, z wycofywaniem się kapitału zachodniego. Grozi nam druga fala emigracji, według niektórych badań 70 procent 19-latków chce wyemigrować. Co oznaczałoby m.in. załamanie systemu emerytalnego. Jeżeli przekroczymy konstytucyjne progi zadłużenia, czekają nas chaotyczne cięcia w wydatkach, do których nie jesteśmy przygotowani. Także z powodu dramatycznie niskiej jakości administracji. To wszystko ma początek w mechanizmach sprawowania władzy, w traktowaniu państwa jak prywatnych księstw. Stajemy się niezdolni do stawienia czoła wyzwaniom, grozi nam wykluczenie z miejsc decyzyjnych w UE. A co my robimy? Minister Sikorski dla celów wewnętrznych drukuje artykuł zawierający antyjagiellońskie dyrdymały i nie zdaje sobie sprawy, że na Zachodzie jest to odczytane poważnie. Jako rezygnacja z ambicji, ogłoszenie, że jesteśmy już spolegliwym klientem.

O jakie cele wewnętrzne chodziło?
To był przede wszystkim atak na prezydenta. Niepotrzebny, bo nie bije się leżącego. Szkodliwy. Bo korespondenci zagraniczni odczytali to, zapewne wbrew intencjom Sikorskiego, jako rezygnację z podmiotowości w polityce zagranicznej, m.in. odrzucenie roli ewentualnego lidera w polityce wschodniej UE.
Mówi Pani o polaryzacji polityki. Ludzie PO mówią jednak, że to wina opozycji i prezydenta, który wszystko wetuje.
To nie jest prawda. Moim zdaniem zaczęto wręcz wykorzystywać pierwotny opór Lecha Kaczyńskiego, żeby usprawiedliwiać nierobienie pewnych rzeczy. Był taki moment, kiedy prezydent powiedział, że byłby skłonny zgodzić się na podwyżkę podatków dla najlepiej zarabiających, co byłoby racjonalne, a dalej używano argumentu, że byłoby weto. Rząd nie podjął też poważnej rozmowy o cofnięciu obniżenia składki rentowej.

A jak Pani ocenia działania premiera Tuska w kontekście afery hazardowej?
Na pewno premier zorientował się w tym momencie, że ma słabe zaplecze. Nikt w kancelarii nie potrafił mu mądrze doradzić, jak powinien się zachować, podpowiedzieć, że spotkanie z Drzewieckim było błędem. Dlatego pogonił Nowaka, bo ten człowiek nie organizował mu pracy, zajmując się tylko podsycaniem wojny z prezydentem.

A jak interpretować odsunięcie Schetyny? Profesor Paweł Śpiewak mówił, że nie ma co przesadnie interpretować: za bardzo wyrósł, został ścięty jak tylu innych przed nim.
Niewykluczone. Widać, że jest załamany. Zaczął kilka ważnych i dobrych projektów, teraz to wszystko może być przerwane. Na dodatek musiał wziąć do kierownictwa klubu Palikota. O to zresztą mam do Tuska największe pretensje, to jego największy błąd. Postawienie na Palikota to dla Platformy decyzja zabójcza. Bo to może oferta atrakcyjna dla elity małomiasteczkowej, dla ludzi, którzy widzą w nim faceta nikomu się niekłaniającego. Ale dla prawdziwych profesjonalistów, którzy głosowali dla Platformą, to postać nie do przyjęcia jako twarz PO. Ciągle mówi o swoich pieniądzach, na niczym naprawdę się nie zna, jest zwykłym, inteligentnym amatorem. I myślę, że premier też to czuje. Ale uznał, że wywyższenie Palikota jest dobrym sposobem poniżenia Schetyny, pokazania, że upadł.

Ale dlaczego Tusk chciał się go pozbyć?
Nie wiem, to dla mnie też tajemnica. Jedynym racjonalnym wyjaśnieniem byłoby to, że Donald Tusk nie chce kandydować na prezydenta, decyduje się pozostać premierem. I nie chce, by aparat państwowy i partyjny orientowały się na jego następcę. Ale to by z kolei oznaczało, że na prezydenta startowałby Bronisław Komorowski. A on z Lechem Kaczyńskim przegrywa.

Sondaże tego nie pokazują.
Ach, sondaże. Dziś są takie, jutro inne. Gołym okiem widać, że by przegrał. Sama bym zresztą wtedy poparła Kaczyńskiego, bo jest o oczko bardziej kompetentny i pryncypialny od Komorowskiego. On zresztą, podobnie jak PiS, nie rozumie młodzieży, tego, jak ona się komunikuje. Jest też staroświecki. Jest jak Dorn widzący luz w wierszykach które myśmy czytali w dzieciństwie.

Marcinkiewicz?
Mógłby powalczyć, chociaż jest już śmieszny. Inna rzecz, że wybory to nie tylko popularność, liczy się zaplecze finansowe, decyzje są podejmowane w poważnych kręgach.
A PiS nie postąpiłby racjonalnie, wystawiając kogoś innego, a nie Kaczyńskiego?
Moim zdaniem tak. Ale Zbigniew Ziobro też by chyba przegrał z Donaldem Tuskiem. I ma sprawę śmierci Barbary Blidy. Chociaż tak naprawdę wszystko zależy od wyników pracy komisji śledczej do zbadania afery hazardowej. Przecież gdyby na pierwszy rzut wezwano Mariusza Kamińskiego i zażądano nagrania ze spotkania z premierem, to może by je dał? Przecież on nie powiedział, że nie nagrał. Powiedział, że nie jest z tych, co nagrywają i rzucają na stół. To co innego.
Opozycja zmarnowała swoje dwa lata?
W znacznej mierze tak. PiS to dziś partia bardziej monolityczna, niż była, mniej myśląca. Porażające jest to, co stało się z Markiem Migalskim. Jest przecież w miejscu, w którym powinien biegać, szukać i analizować procesy, o których m.in. mówiłam. Nie robi tego, rozdrabnia się.

Jeśli PiS przegra wybory prezydenckie, Jarosław Kaczyński będzie skończony?
Nie, utrzyma partię. Ciągle go uważam za świetnego analityka. Gdy wypowiada się bez poczucia bycia zaatakowanym, pokazuje się jako błyskotliwy rozmówca, jak choćby w ostatnim wywiadzie w TVN 24 w programie Małgorzaty Domagalik. Widać, że mu też ciąży sytuacja z koniecznością forsowania Lecha Kaczyńskiego na prezydenta. To kandydat, który może wygrać tylko w sytuacji kilku katastrof naraz zwalających się na głowę Donalda Tuska.

Widzi Pani profesor jakieś środowiska, które dawałyby obietnicę na pociągnięcie debaty publicznej w dobrym kierunku?
Są tacy ludzie, ale oni są poza strukturami politycznymi. Choćby Marek Cichocki, którego miałam ostatnio okazję słuchać. Świetnie przygotowany, rozumiejący skomplikowanie spraw. Powagę sytuacji rozumieją też środowiska samorządowe, widzące dysfunkcjonalność prawa, powrót korupcji, na którą znowu pojawia się przyzwolenie. Ale Dorn, który liczy na zagospodarowanie tego środowiska, nie poradzi sobie. Za dużo jest mu pamiętane, nie jest z tego świata. Gdyby Rafał Dutkiewicz wytrzymał, miałby szansę. Ale wycofał się i nie ma powrotu.

Lewica? Cimoszewicz?
Jego poparcie wynika z tego, że go nie ma, że jest tajemnicą. On aspiruje do jakiejś funkcji z nominacji, to nie jest człowiek mający odwagę zaryzykować kolejną porażkę. Więc gra najprawdopodobniej o stanowisko wiceszefa unijnej dyplomacji, jest tu być może konkurentem Radosława Sikorskiego. A premierowi jednak zależy, by go wypchnąć z kraju, bo Cimoszewicz nie chce, ale może zostać zmuszonym do kandydowania. Zwłaszcza że Konstanty Miodowicz pogroził mu ostatnio, że coś jeszcze na niego ma. Takie deklaracje wbrew intencjom mobilizują.

A więc zmierzą się Kaczyński z Tuskiem?
Jest na to duża szansa, ale wszystko zależy od Tuska. Premier wie, że ta dwuwładza w Polsce jest szkodliwa. Jest zmęczony rządzeniem, ale też wie, że to w kancelarii premiera jest prawdziwa władza. Myślę, że rozważa wariant, w którym wspiera na przykład Komorowskiego w wyborach prezydenckich i uzasadnia to zamiarem zmarginalizowania konstytucyjnego prezydentury. Ale tu, jak już wspomnieliśmy, ma problem. Bo Komorowski te wybory przegra.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Materiał oryginalny: Staniszkis: Świat idzie do przodu, a my z trudem łapiemy równowagę - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 10

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

x
xhkgruyxhpc

----------

x
xhkgruyxhpc

----------

S
Samsonowicz

Dosyć peanów,prawda jest naga Pani Profesor od kilku lat powtarza te same frazesy.
Jakoś nikt nie zauważył, że sama sobie często przeczy. I nie mówię tu o drukowanych kolubrynach ale o rozmowach z dziennikarzami ( które nota bene uwielbia!)

T
Tadeusz z Wilanowa

Tym razem Staniszkis powiedziała dużo mądrych rzeczy. Myślę, że gdyby dalej rządził PIS nasza sytuacja polityczna i pozycja w UE była by dużo lepsza. Tusk robi rzecz kryminalną, topi i rozpuszcza Polskę w Europie. Ustawił nas na pozycji potulnego klienta bez znaczenia. Na tle tych wydarzeń Polskie społeczeństwo to otumanieni amatorzy i polityczni analfabeci, proszące się o to aby rozciągnąć nad nim kontrolę. Wystarczy nas pogłaskać po główce...dobre. Od siebie dodam, że można też spróbować ze szklanymi paciorkami.

r
rz

dziwne nie ma tutaj zadnych ciekawych komentarzy :))

w
wadera

Jedyne argumenty na jakie cię stać Piotrze Skargo to chamstwo i inwektywy. Nie sięgasz prof.Staniszkis nawet do pięt.Gdyby więcej intelektualistów miało tak analityczny umysł i tak trafne obserwacje, gdyby politycy nieraz wzięli sobie do serca uwagi Pani profesor - Polska inaczej by dzisiaj wyglądała.Jestem pełna podziwu dla Jej umysłu.Chapeau bas.

k
kata

Pani prof. jest znakomitym analitykiem, jeżeli chodzi o struktury władzy, ale często się myli w analizie bieżących zdarzeń. (swojego czasy pomyliła w TVN24 osobę Gałęzewskiego i Guzikiewicza, temu ostatniemu przypisując pisanie magisterki, zamiast temu pierwszemu, to dziwne, bo przecież dość dobrze zna środowisko Solidarności) Co do Kamińskiego nie jest obiektywna, gdyż sama twierdziła w niedawnym wywiadzie, że go zna i lubi. Nie mówiła tego np. o Tusku. Bardzo cenię panią prof., jednak nie zgadzam się z nią w ocenie posła Palikota. Mając problemy z emocjonalnym wymiarem polityki (sama pani prof. tak twierdzi) nie bierze pod uwagę tych czynników w analizie polityki lub mylnie odczytuje je. Żeby PO miała jak największy elektorat (a to ma przełożenie na liczbę posłów i tym samym ma wpływ na rządy) musi zwracać się ku różnym grupom wyborców - poglądy Palikota w wielu aspektach zbliżone są do poglądów elektoratu liberalnego obyczajowo (często głosującego na SLD), ma swój indywidualny elektorat - i to całkiem spory. Zatem został wzięty do zarządu partii nie dla upokorzenia Schetyny, ale dla elektoratu, których reprezentantem jest poseł Palikot. I nie ma racji, że głosują na niego ludzie małomiasteczkowi - wśród inteligencji (też tej która nie kwalifikuje się do wykształciuchów w Dorn-owskim tego słowa znaczeniu) też ma swoich zwolenników, bo potrafią oni czytać między wierszami i potrafią dostrzec głębsze znaczenie pod powierzchnią słów i gestów.
A książka "Antropologia władzy" pani profesor, znakomita, polecam wszystkim, na pewno wzbogaci Was.

S
Skarga Piotr

Dajcie spokój sklerotycznej staruszce!
Żal czytać jak ta niegdyś oryginalna co nie znaczy , że mądra,osoba zamienia się w głupawego oszołoma, który widzi tylko czubek własnego nosa.

Z
Zula

Jestem wyborcą po 50-ce, po studiach,aktywna zawodowo i jestem i będę wyborcą PO, a także J. Palikota( jam też z Lublina). Zupełnie nie rozumiem cóż jest złego w tym co robił i robi Palikot? Mam cicha nadzieję że p. profesor nie ma kompleksu Palikota?!?!

z
z

Kobito, nie da się być trochę w ciąży!

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3