Szabla dziadka Bazylego

    Szabla dziadka Bazylego

    Ewa Czerwińska

    Kurier Lubelski

    Aktualizacja:

    Kurier Lubelski

    O Jakubie, żołnierzu Armii Czerwonej, wszach na Syberii, pamiątkach zakopanych w polu, opłatku barwionym burakiem, pionierach i trudzie życia z Wiktorem Lemieszewskim rozmawia Ewa Czerwińska.
    Tęskni Pan za Białorusią, Pińskiem i rodziną?
    Za Białorusią nie tęsknię. Natomiast myślę o niej, bo tam mieszkają moi rodzice i brat. I za nimi rzeczywiście tęsknię. Mój ojciec urodził się w 1942 roku, w Lemieszewiczach. Kiedy miał dwa lata, zginął jego ojciec, Jakub, żołnierz Armii Czerwonej. Dziadek był sanitariuszem. Stacjonował w Czarnym Potoku na północ od Warszawy. W Warszawie trwało powstanie, a dziadek pojechał zbierać rannych. Wtedy zaczęły walić bomby i odłamek zabił go na miejscu. Babcia Luba dostała zawiadomienie, że przepadł bez wieści, ale tuż po wojnie zjawił się u niej kolega dziadka, który był świadkiem zdarzenia i opowiedział prawdziwą wersję. Będąc już w Polsce próbowałem odnaleźć jego grób, szukałem informacji w archiwach, ale prawdopodobnie wszystkie dokumenty zostały zabrane do Rosji.

    Babcia opowiadała dzieciom i wnukom o tym wydarzeniu?
    Tak. Babcia miała siedmioro dzieci, z których przeżyło tylko troje. Najstarsi zmarli podczas głodu w 1933-35 roku. Przeżył mój ojciec, jego starszy brat Jakub i Piotr, oficer marynarki, który został zamordowany w latach 80. w Rosji. Dlaczego go zabili - nie wiadomo. Do dziś to tajemnica. Kontakt z jego rodziną się urwał. Kiedy do Pińska i na Białoruś przyszła władza radziecka, część mojej rodziny wywieźli na Syberię. Moja ciotka Stefania i jej rodzice cudem ocaleli z transportu. Pociąg jadący na Syberię został zbombardowany przez Anglików. Ona wydostała się jakoś i przedostała do Anglii. Dziś mieszka z rodziną w Stanach. Wywózka Polaków z tamtych terenów trwała do lat 50. Moi dziadkowie to stara szlachta pińska. Pradziadek był wójtem i miał pod sobą czterdzieści wsi. Kiedy władza się zmieniła, stracił wszystko. Mój ojciec Jan nie pamięta swojego ojca. Ma metrykę wydaną już przez władzę sowiecką, ale na formularzu w języku polskim. Ten dokument decydował o jego dalszym życiu. Może też i o tym, że jako czternastolatek dostał nakaz pracy w Kazachstanie...

    Dzieci wywozili?
    Idea była taka, że dostawało się przydział do pracy tam, gdzie partia wskazała. Żeby socjalizm budować. To nie były pewnie dobre wspomnienia, bo ojciec nie opowiadał o tych latach. Coś tam budował, ale też uczył się - skończył technikum, a potem poszedł do wojska. Po nim próbował się dostać na studia, ale nie przeszedł konkursu. Kiedy byliśmy mali, mówił, że zabrakło mu jakiegoś punktu. Kiedy dorośliśmy, dodał, że dlatego, bo był Polakiem. Wrócił do Pińska, przez 30 lat przepracował w przedsiębiorstwie melioracyjnym. Ma dwa fachy. Nie należał do partii, więc nigdy nie zajął kierowniczego stanowiska.

    A historia mamy?
    Urodziła się w miejscowości Łozicze. Jej rodzice to Bazyli i Nina. Dziadek poszedł do Wojska Polskiego w 1939 roku. Przeszedł cały szlak bojowy. Kiedy wrócił do domu z orderami, capnęło go NKWD. Przez pięć lat karmił na Syberii wszy. Po powrocie tylko tyle powiedział. I to wie pani, w nocy, przy świecach i drzwiach zamkniętych. Żeby nikt nie słyszał. Wracał z innymi z Syberii przez Katyń. Jeszcze w polskim mundurze. Grupa zesłańców zatrzymała się w sąsiedniej wsi. Jakoś tamtejsi ludzie mieli zaufanie do nich, bo zaprowadzili ich na miejsce kaźni. Powiedzieli: "Tu waszych rozstrzelali". Dziadek przyznał się do tego dopiero w 1991 roku. A kiedy wrócił do domu, spakował wszystkie rzeczy, które świadczyły o jego polskim pochodzeniu: dokumenty - metryki, kwity na ziemię, herb rodzinny, szablę, która przechodziła z pokolenia na pokolenie od dziada pradziada i wiele innych pamiątek. Spakował i zakopał w polu. Ludzie we wsi wiedzieli, ale nigdy otwarcie się o tym nie mówiło.

    Strach zakopał te polskie pamiątki. Nie próbowaliście ich odzyskać?
    Dziadek już nie pamiętał, w którym miejscu ukrył to swoje archiwum. Umarł w 1992 roku. Lemieszewicze i Łozicze to już całkiem inne wsie. Przed wojną mieszkało w nich i trzysta ludzi, dziś nie ma dziesięciu. Została młodzież po osiemdziesiątce. Do tej pory jednak istnieje podział między chłopów a szlachtę. Na cmentarzu też - dzieli ich szeroka, zarośnięta droga. Do tej pory na wsi każdy wie, kim jest, choć od dawna nie ma szlacheckich majątków. A moja babcia, mama ojca, do końca życia przestrzegała przed mezaliansami.
    1 3 »

    Czytaj treści premium w Kurierze Lubelskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    O tym się mówi

    Wideo