Szata nie tylko zdobi. Felieton Macieja Wijatkowskiego

Maciej Wijatkowski
Udostępnij:
Modami nie interesuję się z założenia, traktując je jako prawem usankcjonowaną hochsztaplerkę. Nie po to kupuję coś niebieskiego, co mi się podoba, by po miesiącu ktoś mi wmawiał, że powinienem kupić białe. Nie oznacza to jednak, że pójdę do teatru w krótkich spodenkach, czy w bieliźnie, którą „dyktatorzy” określają jako „biały, wyjściowy T-shirt”.

Ale dość o moich preferencjach. Nie aspirując do stanowiska „arbitera elegantiarum”, nie mogę jednocześnie nie dostrzegać, jak mocno zewnętrzne atrybuty mody definiują człowieka „w środku”. Powszechnie spotykani obywatele, od miejsca stałego przebywania zwani „braminami”, lansują styl wymagający pokrycia widocznych części ciała pudrami w odcieniach ziemistych. Do tego dochodzi rozsiewana wokół woń „Eau de Śmietnisko” i mamy obraz - niestety - dość powszechny. To, oczywiście, jeden z przykładów skrajnych. Dużo powszechniejsze bywają ściśle określone trendy w poszczególnych warstwach i warstewkach społecznych. Bardzo łatwo dzięki nim rozpoznać, z kim mamy do czynienia. Nie dotyczy to, rzecz jasna, panów listonoszy, czy policjantów (pań również), bo uniform, to uniform.

Weźmy pod uwagę „bizneswomen”. Też można tutaj mówić o uniformizacji, bo bez krótkiej spódniczki, bluzeczki, żakieciku i szpilek - ani rusz. Nie chodzi tylko o panie prezes i dyrektor, ale także np. o powszechne sprzedawczynie kredytów, czy pożyczek. Swego czasu, w lutym, gdy mróz trzymał w morderczym uścisku, zatrzymałem się zdumiony tuż za progiem mojego osiedlowego sklepu. Na środku parkingu, bez jakichkolwiek odniesień do możliwości wjazdu i wyjazdu innych, zatrzymał się elegancki samochód, z którego wysiadła „bizneswoman”. Jak żywa, przy pełnych atrybutach. „Wysiadła”, to jednak niedomówienie. Na widok króciutkiej spódniczki zmartwiałem z zimna, a kiedy jej dziesięciocentymetrowe „szpile” zazgrzytały o lity lód - postanowiłem, że tego spektaklu nie odpuszczę.

Lubię i cenię taniec nowoczesny i balet klasyczny, ale to, czego ona dokonała na przestrzeni dwunastu metrów kwadratowych parkingowego lodu, to była czysta, fizyczna poezja! Po czwartym „akslu” i kolejnym „lutzu” wiedziałem, że mogę spokojnie umierać. Niczego lepszego w tej dziedzinie już nie zobaczę. Twarda była. Dotańczyła do drzwi i kupiła izotonik. Wiem, bo nie odpuściłem.

Prześladuje mnie tylko pytanie: „Jakżesz, do ciężkiego grzyba, może wyglądać jej kontakt z pedałem hamulca, w sytuacji nagłego zagrożenia?” Ale, co tam... „Look” jest najważniejszy. Potwierdzenie tej tezy miałem dzisiaj, kiedy jedną z głównych arterii miasta przemknęła motocyklistka na prawie trzystukilogramowej Hondzie GoldWing, ubrana w kask, skórzaną kurtkę, krótkie, muślinowe spodnie i... japonki na bose stopy. Pora umierać.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

18.09
chiba arbitra powinno być, ne spa ? :)
Dodaj ogłoszenie