reklama

W ciągu 20 lat Polacy zbudowali państwo, z którego do dziś są dumni

Redakcja
Słynny plakat reklamujący produkcję Fiata 508 namalował Wojciech Kossak. Pierwsze auto zjechało z taśmy w 1932 roku
To nie przypadek, że najbardziej widoczną cechą Polski doby dwudziestolecia międzywojennego była duma. Jej echa pobrzmiewają w sejmowych pracach nad zrębami konstytucji marcowej, w rozgardiaszu przy budowie Gdyni i słynnym przemówieniu Józefa Becka z 1939 roku, w którym dał odpór niemieckiemu imperializmowi - pisze Mariusz Grabowski

Historycy są zgodni: duma naszych pradziadów płynęła przede wszystkim z faktu odzyskania po 123 latach niepodległości, z białego orła na słupach granicznych, z bohaterskich ułanów, którzy pogonili bolszewików za Dniepr, i tysiąca imponderabiliów, które spłynęły wraz ze świeżo odzyskaną państwowością. To duma spajała Polskę i napawała dusze Polaków przez dwie dekady niepodległości. I choć we wrześniu 1939 roku większa jej część została na feralnym moście w Zaleszczykach, to jej resztki pozwoliły jeszcze rodakom przetrwać koszmar wojny, a później mrok stalinizmu. Duma jest walutą niewymierną i trudno za nią cokolwiek dostać. Gdy z dzisiejszej perspektywy oglądamy krótkie 20 lat ówczesnej niepodległości, widać jednak, że może być potężnym motorem społecznego i gospodarczego rozwoju.

Powersalska Polska była politycznym fenomenem. Ale nikt o zdrowych zmysłach nie będzie jej przecież idealizował. Nawet największym historycznym panegirystom trudno byłoby do sukcesów zaliczyć niewyobrażalną biedę na ówczesnym Polesiu, egzotykę warszawskich Nalewek, baraki nędzarzy na Annopolu, czy - z innej beczki - mord na Gabrielu Narutowiczu lub pomysły wojewody Wacława Kostki-Biernackiego na umilenie życia więźniom Berezy Kartuskiej. Dodajmy do tego Zaolzie i absurdalnie wrogi stosunek piłsudczyków do Ukraińców, który zaowocował w latach 40. rzeziami na Wołyniu. Tych cieni nie przesłoni nawet polska duma z bycia przedmurzem cywilizacji, które zatrzymało bolszewicką nawałę w 1920 roku. Blaski i cienie II Rzeczypospolitej trudno wyważyć. Apologeci mają w tym starciu argument potężny, wzięty ze zbioru szlachetnych idei: duma niepodległego państwa pozwoliła na wychowanie pokolenia rodaków, dzięki któremu przetrwaliśmy jako naród mimo geograficznego zakleszczenia między dwiema wrogimi potęgami.
I to prawda, której trudno zaprzeczyć. Nie bez powodu pokolenia późniejsze wciąż odwołują się do dwudziestolecia jako czasu narodzin dumnej, nowoczesnej polskości.

To ona umożliwiła dźwignięcie do życia państwa skrojonego z ziem trzech zaborów, błyskawiczną kodyfikację prawa i uchwalenie w 1921 roku nie takiej najgorszej konstytucji, nazwanej potem marcową, czy reformę walutową Władysława Grabskiego trzy lata później, która wartość złotego oparła na parytecie złota. Idźmy dalej: to owo poczucie bycia na swoim umożliwiło budowę portu w Gdyni, Centralnego Okręgu Przemysłowego i projektowanie przez Stefana Starzyńskiego świetlanej Warszawy, którą dumnie zdobił od 1931 roku Prudential, 66-metrowy drapacz chmur. Złośliwcy dopowiedzą, że z dzisiejszej perspektywy nawet budowa kolejki linowej na Kasprowy Wierch, rozpoczęta w 1934 roku przez wiceministra transportu Aleksandra Bobkowskiego, była szczytem organizacji, mimo że - jak to w Polsce zawsze bywa - podniósł się lament i protesty 94 towarzystw i instytucji naukowych i turystycznych.

Gdyby nie wojna, bylibyśmy dziś gospodarczą potęgą - wzdychają nieraz historyczne pięknoduchy, nie zważając na realia i fakty. Biedna, rolnicza Polska nie miała szans zostać gospodarczym hegemonem, przemysłowym kolosem ani nawet kolonizatorem, jak to postulowała Liga Morska i Kolonialna, szukająca ziem dla Polski w Brazylii, Liberii czy Peru. Gdy w 1932 roku z taśm produkcyjnych zjechały pierwsze fiaty 508 (w jednym dał się łaskawie sfotografować ówczesny amant polskiego kina Aleksander Żabczyński), co bardziej krewcy klakierzy sanacji ogłosili wkroczenie Polski do gospodarczej elity świta. Ale to, co nas dziś śmieszy, wówczas wcale nie wydawało się takie zabawne. Pyrkoczące czterokołowce na polskich brukach zwiastowały wszak lepszą przyszłość, techniczny cud i dumę z nieograniczonych możliwości nadwiślańskiej motoryzacji.
Bo to przecież nic zdrożnego być dumnym z dobrego produktu.
A w międzywojennej Polsce dobrych marek nie brakowało. Historyczni szperacze od przemysłu i gospodarki dorzucą zapewne do listy Targi Poznańskie, które dzięki hossie lat 20. urosły do rangi liczącej się w świecie imprezy ekonomicznej, bielskie wełny, które kupowała od nas cała Europa, śmigające po szosach doskonałe motocykle Sokół i zapomniane całkiem auta o nazwie CWS, które ponoć - tak jak dziś meblową konfekcję Ikei - można było w mig skręcić i rozkręcić jednym kluczem. Warto też wspomnieć o polskim sukcesie na Wystawie Światowej w Paryżu w 1925 roku, gdzie prezentowaliśmy rodzimą myśl techniczną. Polacy przywieźli wtedy znad Sekwany ponad 200 nagród i opinię jednego z najbardziej rokujących gospodarczo krajów europejskich. Nie wspominając już o morzu pochwał dla Zofii Stryjeńskiej, której prace zrobiły wówczas w Paryżu prawdziwą furorę.

Czym innym jednak duma przemysłowców i gospodarczych rekinów, a czym innym świadomość potęgi, która rodziła się w ówczesnym statystycznym rodaku. Jemu do wyobraźni trafiały bardziej mocarstwowe ciągoty przywódców, wyrażające się w corocznych defiladach, na których ciurkiem ciągnęły opancerzone tankietki i galopowały z buńczukami barwne szwadrony kawalerii. Historycy podają, że w połowie lat 20. dysponowaliśmy ponad 30 dywizjami piechoty, kilkunastoma kawalerii, poligony tratowała ponad setka czołgów, a granic pilnowało 10 pociągów pancernych. Polska armia stanowiła potęgę, na widok której serce pęczniało każdemu rodakowi. Gdy w 1933 roku Piłsudski zaproponował Francji wspólną wojnę prewencyjną przeciwko rosnącym w siłę Niemcom, miał za sobą cały naród wierzący głęboko, że polscy żołnierze w ciągu kilku dni zdobędą Berlin. I mimo że Wrzesień przyniósł gorzką demistyfikację legendy polskiego wojaka, wspomnienie przedwojennej armii to wciąż emocjonujący temat nie tylko dla historyków.

Ale co tu dużo gadać, nawet kolorowe otoki kawalerzystów musiały ustąpić przed potęgą X muzy i jej nadwiślańskimi wybrankami. Ówcześni celebryci byli nie mniejszym powodem do dumy bliźnich co dzisiejsi. Dowodem choćby numer "Światowida" z połowy lat 30., który ogłosił na swoich łamach plebiscyt na najbardziej wziętych polskich aktorów. Nie jest nawet ważne w tej anegdocie, że w cuglach wygrali Hanka Ordonówna i Eugeniusz Bodo, ale fakt, że do tego ostatniego, jak skrzętnie zanotowali redaktorzy, w ciągu miesiąca przyszło na adres redakcji kilkanaście tysięcy listów miłosnych od rozkochanych fanek. A to chyba niezbity dowód na to, że ekranowy przystojniak napawał dumą na kosmiczną niemal skalę. W szranki z nim mogli stanąć tylko nieliczni: wspomniany już Aleksander Żabczyński czy największy ekranowy komediant przedwojennego kina, czyli Adolf Dymsza.
Wróćmy jednak na chwilę do Ordonki, która rozpalała namiętności nie tylko jako srebrnoekranowa aktorka, ale prawdziwa gwiazda międzywojennych kabaretów. A te cieszyły się w dwudziestoleciu niebywałą wręcz popularnością. Pisali do nich najwybitniejsi poeci, m.in. Julian Tuwim, a każdy wieczór komentowany był szeroko nie tylko wśród elit, ale i społecznych nizin. Hanna Ordonówna jest zresztą doskonałym przykładem na to, że kabaretowa piosenka może stać się prawdziwym przedmiotem rozpalającym emocje milionów rodaków.

W 1933 roku na ekrany kin wszedł film Mieczysława Krawicza "Szpieg w masce", w którym nasza piękność zaśpiewała melancholijny song "Miłość ci wszystko wybaczy". A zrobiła to tak skutecznie, że po ponad siedmiu dekadach to wciąż przedmiot uzasadnionej dumy Polaków. Konkurować z nią może co najwyżej "Tango milonga" Jerzego Petersburskiego, inny przykład nadwiślańskiego hitu, który notabene zrobił zawrotną karierę na świecie. Jak ironicznie pisał Melchior Wańkowicz w czasie podróży do Ameryki potężnym transatlantykiem "Stefan Batory": za każdym razem, gdy to tango rozbrzmiewało podczas okrętowego dancingu, każdy rodak natychmiast czuł się w obowiązku poinformować wszystkich obcokrajowców, że to dzieło polskich twórców.
Duma to zresztą pojęcie wyjątkowo pojemne. Z równą skutecznością można je odnieść na przykład do Janusza Kusocińskiego, sportowej ikony lat 30., który na olimpiadzie w Los Angeles przebiegł 10 tys. metrów w ciągu 30 minut, jak i do pułkownika Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, najsłynniejszego umundurowanego bon vivanta owych czasów. Do 1938 roku, kiedy to prezydent Mościcki uczynił go ambasadorem we Włoszech, temperamentny kawalerzysta był przedmiotem nieustannych, podszytych dumą facecji rodaków. Sprawiło to zapewne połączenie jego ułańskiej fanfaronady i ciągot do wypitki (nigdy nie potwierdzona warszawska ploteczka głosiła, że pewnego wieczoru próbował wjechać konno do Adrii), ale fakt pozostaje faktem: dla sporej części co bardziej rozrywkowych Polaków pułkownik Długoszowski uosabiał chwałę polskiej fantazji i nie dorównywał mu nawet modnie ulizany gwiazdor Bodo. Cóż, nie bez powodu powiada się, że w sercu każdego Polaka szumią huzarskie skrzydła, wyniesione do chwytliwego symbolu przez Henryka Sienkiewicza, literackiego noblistę i największego chyba piewcę narodowej mocarstwowości.

Opowieść o przykładach polskiej międzywojennej dumy można by zresztą snuć tu bez końca. Wszystko skończyło się jednak wraz z wrześniowym krachem 1939 roku. Buńczuczne "Nie oddamy ani guzika" marszałka Śmigłego-Rydza nabrało nieoczekiwanie realnej, gorzkiej wymowy. Ale czy to ostatecznie coś zmienia? Duma z własnego, niepodległego państwa pozostała przedmiotem refleksji dla kolejnych pokoleń Polaków, którzy na niepodległość musieli czekać przez długie dziesięciolecia. To pouczająca lekcja także dla nas, którzy niejednokrotnie jesteśmy dziś na bakier z dumą z własnej ojczyzny. Słusznie, bo od kogo uczyć się narodowej dumy, jeśli nie od przodków?

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Materiał oryginalny: W ciągu 20 lat Polacy zbudowali państwo, z którego do dziś są dumni - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

W
WYSIEDLONYdo GG

"Trzeba mówić wyraźnie: bez Górnego Śląska nigdy II Rzeczpospolita nie stanęłaby na nogi".
Z doktorem Piotrem Greinerem, historykiem, dyrektorem Archiwum Państwowego w Katowicach, rozmawia Agata Pustułka.......

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3