MKTG SR - pasek na kartach artykułów

W matni. Bitwa pod Osuchami we wspomnieniach Konrada Baartoszewskiego ps. „Wir”

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
W czerwcu 1944 r. Zamojszczyzna była zapleczem niemieckiej armii „Północna Ukraina”, która przygotowywała się do walki z wojskami sowieckimi. Coraz częściej pojawiały się tutaj jednostki frontowe Wehrmachtu, a po torach przetaczały się — dobrze chronione — transporty z zaopatrzeniem, amunicją i bronią.

W tej sytuacji oddziały partyzanckie (polskie i radzieckie) miały coraz bardziej ograniczone możliwości działania. Jednak leśni nie ustępowali. 2 czerwca żołnierze z kompanii ppor. Pawła Runkiewicza ps. „Czarny” wzięli w Grabowcu do niewoli dwóch żołnierzy Wehrmachtu. W odwecie Niemcy aresztowali we wsi Dańczypol kilkunastu zakładników. Poprowadzono ich w kierunku Grabowca.

Niemieckie przygotowania

Partyzanci postanowili ich odbić. Drużyna plut. Michała Jarosza ps. „Sten” urządziła zasadzkę. Zabito jednego z Niemców, reszta się wycofała (do walki doszło na rogatkach Grabowca). Z drugiej strony zaatakowała ich jednak m.in. drużyna Józefa Swatka. Niemcy zaczęli się desperacko bronić w zabudowaniach wsi Dworzyska. W końcu poddali się. Wzięto do niewoli 18 żołnierzy, a zakładników odbito.

6 czerwca oddział Armii Ludowej pod dowództwem Jana Błażejczaka ps. „Pilot” wykoleił np. pociąg towarowy na odcinku Ruskie Piaski — Złojec. Uszkodzono m.in. lokomotywę (przerwa w ruchu trwała kilka godzin). Minę wysadzono tego dnia także m.in. na torach z Miączyna do miejscowości Koniuchy. W sumie w pierwszej połowie czerwca leśni wykonali sześć takich akcji kolejowych (9 czerwca żołnierze BCh zniszczyli most na rzece Tanew w Markowiczach).

Zasadzki organizowano też na drogach (było ich kilka). Na przykład 14 czerwca oddział partyzantów dowodzony przez Janusza Bacę zaatakował niemiecki konwój na trasie Turobin — Szczebrzeszyn. Zabito 12 Niemców, zniszczono też okupantom dwa samochody.

„Na początku czerwca 1944 r. nadeszły pierwsze meldunki o koncentracji nowych silnych jednostek Wehrmachtu w rejonie Zamościa, Biłgoraja, Tomaszowa Lub. i Krzeszowa” — pisał w swoich wspomnieniach Konrad Bartoszewski (mgr filozofii, por. rezerwy WP, komendant rejonu AK Józefów w obwodzie biłgorajskim, ps. „Wir”, „Zadora”, „Łada”), który swoje wojenne wspomnienia spisał w latach 60. ub. wieku. „Wydawało się to uzasadnione zbliżaniem się frontu. Niebawem jednak rozlokowanie niemieckich jednostek wojskowych zaczęło budzić podejrzenie, że są to przygotowania do zakrojonej na dużą skalę akcji oczyszczającej zaplecze frontu”.

Przegrupowanie sił

Jednostki frontowe Wehrmachtu zajęły tzw. pozycje wyjściowe do tej operacji (nadano jej kryptonim „Sturmwind”). Niemieckie oddziały liczyły prawie 30 tys. żołnierzy. Utworzony został ogromny kocioł, w którym znalazła się m.in. cześć Lasów Janowskich.

„Wbrew jednak oczekiwaniom akcja, która rozpoczęła się 9 czerwca, skierowała się na kompleks Lasów Janowskich, położonych na zachód od Biłgoraja” — pisał Bartoszewski. „Według opinii jednych działania nieprzyjaciela miały ograniczyć się jedynie do kontroli większych dróg leśnych, według opinii innych — i ta okazała się niestety prawdziwa — działania nieprzyjaciela nie były niczym innym jak wielką obławą na oddziały partyzanckie”.

Do bitwy doszło 14 czerwca na Porytowym Wzgórzu. Niemców odparto, a w nocy udało się partyzantom wyrwać z kotła i przedostać do Puszczy Solskiej.

„Przez tydzień trwało pewne odprężenie, ale już 18 i 19 czerwca zaczęły napływać nowe wiadomości o ponownej koncentracji i przegrupowaniu sił nieprzyjaciela — notował „Wir”. „20 czerwca nie mogło być już wątpliwości, że pacyfikacja rozpocznie się lada dzień, ale nie było już możliwości wyjścia z otaczającego nas pierścienia bez walki”.

W matni (była nią Puszcza Solska) znalazły się oddziały m.in. Konrada Bartoszewskiego, Józefa Steglińskiego ps. „Cord”, Adama Haniewicza ps. „Woyna”, Jana Kryka ps „Topola” (podlegały dowództwu Armii Krajowej), Józefa Mazura ps. „Skrzypik”, Stanisława Basaja ps. „Ryś” (BCh), liczące łącznie ok. 1,2 tys. ludzi.

Oprócz tego, do tego rejonu doszli partyzanci sowieccy oraz z Armii Ludowej. Dowódcą polskiego zgrupowania był major Edward Markiewicz ps. „Kalina”.

Nocny marsz

Jednak w nocy z 23 na 24 czerwca Rosjanie — bez porozumienia z „Kaliną” — sforsowali Tanew w sąsiedztwie miejscowości Kozaki. Udało im się przedrzeć przez zacieśniający się pierścień okrążenia. Także partyzanci AL wyrwali się z okrążenia w rejonie Górecka Kościelnego. „Kalina” nie dążył do walki. Sądził, że po wycofaniu zgrupowania w głąb puszczy, uda się partyzantom przetrwać w jej uroczyskach.

24 czerwca Markiewicz przekazał jednak dowództwo swojemu zastępcy, Mieczysławowi Rakoczemu ps. „Miecz”, po czym zniknął w lesie. Tam zginął od kuli. Według części historyków „Kalina” popełnił samobójstwo. Inni twierdzą, że był ofiarą jednego z sowieckich oficerów NKWD.

„Rotmistrz „Miecz” zaproponował mi opracowanie planu przebicia się tej nocy” — wspominał „Wir”. „Już wcześniej zastanawiałem się nad tym, a teraz byłem przekonany, że najwłaściwszym miejscem byłyby Osuchy. Zdawałem sobie sprawę z ryzyka tego planu, zważywszy, że znajdą się tam dziś w nocy silne jednostki nieprzyjaciela (…). Przewidywałem jednak właściwe dla większego zgrupowania zmniejszenie czujności, co w konsekwencji zwiększało szansę udanego zaskoczenia”.

„Wir” uznał także, że samo położenie Osuch będzie sprzyjało partyzanckiemu atakowi. Dlaczego „W tym miejscu rzeka płynęła już po równinie, pozwalało to uniknąć forsowania głębokiej doliny, w jakiej płynęła na całej przestrzeni puszczy” — tłumaczył. „Plan jednak miał przeciwników i nie został zaakceptowany”.

Oddziały partyzanckie próbowały wydostać się z okrążenia na własną rękę. To się nie udało. Grupy „Skrzypika” i „Topoli”, które chciały sforsować kocioł w okolicach uroczyska Maziarze, natknęły się na pola minowe. Leśni zostali też przez Niemców ostrzelani. Partyzanci musieli wycofać się, ponosząc straty. W tej sytuacji zapadła decyzja.

„A więc Osuchy” — wspominał „Wir”. „Trudny, szybki marsz. Przed nami ok. sześć kilometrów leśnej drogi w zupełnych ciemnościach. A do tego najkrótsza noc w roku. Teraz dopiero pojąłem całe ryzyko tego przedsięwzięcia. Czas. Czy starczy go na przygotowanie natarcia? (…) Byliśmy już blisko Osuch (…). W czasie szybkiego marszu zgubił się oddział „Woyny”, część oddziału „Rysia” (…). Na odprawę przybył tylko „Cord” i chyba „Igor” (chodzi o Józefa Wolańskiego — dop. autor) od „Rysia””.

Po krótkiej naradzie partyzanci postanowili iść dalej. „Niedziela 25 czerwca, godzina 2. Wrócił „Kruk” (chodzi prawdopodobnie o Stanisława Makucha — przyp. red.). Okazało się, że po naszej południowej stronie Sopotu Niemców nie było. Nie było też chwili do stracenia” — wspominał „Wir”. „Podałem kierunek natarcia”.

Na odległość szturmową

„Rozwinęliśmy nasze kompanie, moja w lewo od młyna na rzece Sopot, „Corda” w prawo. Na lewym skrzydle od Osuch jest pierwszy pluton ppor. „Kuli” (chodzi o Władysława Chomę). Dwa plutony „Rysia” miały stanowić odwód” — czytamy we wspomnieniach „Wira”. „Dołączyły do nas nieznane oddziałki AL. Nie było już czasu na rozmowę z dowódcami. W luźnych grupach posuwali się za nami”.

Partyzanci doszli do rzeki Sopot. Niemcy ich nie zauważyli. „Dopiero nad rzeką padły pierwsze strzały i wówczas silny ogień ze stanowisk niemieckich na skraju lasu przycisnął nas na chwilę do ziemi. Byliśmy jednak do nich zaledwie około 150 m, a więc na odległość szturmową” — pisał „Wir”. „Teraz wszystko zależało od tego, czy wytrzymamy ten ogień i dostatecznie szybko dotrzemy do stanowisk nieprzyjaciela”.

Partyzantom z grupy „Wira” udało się przedostać do drogi, za którą byli okopani Niemcy. Zadanie ułatwiło… zboże, które uniemożliwiało im obserwację. Wtedy leśni zobaczyli karabin maszynowy (oraz jego obsługę), który strzelał na wprost… Niemiecki żołnierz, który z niego celował, nie zdawał sobie sprawy, gdzie są partyzanci i że znajdują się tak blisko. „Uciszyły go” dwa granaty i kilka serii z karabinu.

„Przeskoczyliśmy szosę” — wspominał „Wir”. „Wszystko poszło dziwnie gładko. Zaskoczenie było zupełne, a poza tym zgodnie z przewidywaniami właśnie tu, w pobliżu dużego zgrupowania we wsi, linia stanowisk niemieckich była bardzo słaba. Na znacznie silniejszą natrafiła (…) kompania „Corda”.

Niewielu udało się jednak przedrzeć przez niemiecką obronę. Partyzanci „Rysia” wpadli na pole minowe. Wybuchy ostrzegły Niemców. Doszło do walki. Leśni musieli się wycofać (nie wytrzymali potężnego ognia karabinów maszynowych oraz granatników). Także partyzantom dowodzonym przez „Burzę” oraz „Błyskawicę” natarcie się nie powiodło. Przez niemiecką obronę przedostali się tylko nieliczni.

„Gdy znaleźliśmy się na drugim brzegu rzeki Sopot, powstało piekło na ziemi i zaczęły się rwać miny, od których zginęło wielu żołnierzy” — wspominał Józef Wolański ps. „Igor”. „Jednak marsz do przodu trwał, mimo huraganowego ognia (oddział atakował w tyralierze). Kto (…) naprzód parł, ten z tego piekła walk przedostał się na tyły okrążenia (…). Byli wśród nich i żołnierze z oddziału BCh „Rysia”, między innymi i ja”.

Brawurowy atak oddziałów „Woyny” (większość partyzantów zginęła) oraz m.in. „Corda” również się nie udał. Partyzanci musieli się wycofać, ponosząc olbrzymie straty. Oprócz Konrada Bartoszewskiego polegli wszyscy dowódcy. „Wir” wyliczył ich ze smutkiem. Zginęli: „Woyna”, „Topola”, „Cord”, „Burza” oraz m.in. „Szczerba”, zastępca „Rysia”.

„Skutki akcji pacyfikacyjnej określanej kryptonimem Sturmwind (…) były dla naszych oddziałów katastrofalne. Zginęło ok. 300 żołnierzy, tj. około połowy zgrupowania. Straty kadry dowódczej były procentowo jeszcze wyższe” — pisał ze smutkiem „Wir”. „Jestem jedynym dowódcą oddziału, który ją przeżył”.

Łyżki, medaliki...

Niemcy dopadli tych, którym nie udało się przedrzeć (m.in. na ponurym uroczysku Maziarze). Szacuje się, że w całej bitwie życie straciło 650 żołnierzy AK i BCh, 150 z AL i 100 partyzantów radzieckich. Zginęło też ok. 700 Niemców. Ucierpieli nie tylko żołnierze.

Osuchy zostały spalone, a wielu mieszkańców wsi Niemcy zamordowali. Taki los spotkał także siedem innych miejscowości. W sumie w czasie tej operacji zabito 509 polskich cywilów. Podczas akcji „Sturmwind” ponad 12 tys. mieszkańców Zamojszczyzny wypędzono z domów i osadzono w obozach, m.in. w Biłgoraju.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Upalne dni bez stresu. Praktyczne sposoby na zdrowe lato

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na kurierlubelski.pl Kurier Lubelski