Wojna o weto. Czy warto w niej ginąć za Budapeszt? [ANALIZA]

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Unsplash.com/zdjęcie ilustracyjne
Udostępnij:
Szanse na to, że spór o mechanizm praworządności zakończy się pomyślnie dla Polski są obecnie niemal żadne. Czas na szukanie wyjścia awaryjnego z tej sytuacji. Orban już kilkakrotnie okazywał się jedynie taktycznym sojusznikiem rządu PiS. Dlaczego tym razem nie miałoby być na odwrót?

W najbliższy czwartek i piątek podczas szczytu Unii Europejskiej przywódcy państw członkowskich mają zająć się szukaniem rozwiązania kryzysu jaki powstał po ogłoszeniu przez Polskę i Węgry groźby zawetowania budżetu Unii na lata 2021-2027. Wszystko wskazuje na to, że główny cel Węgier i Polski, jakim miałaby być rezygnacja przez Unię z tak zwanego mechanizmu praworządności wiążącego wypłaty funduszy unijnych ze stanem przestrzegania prawa w krajach członkowskich, nie ma szans na realizację. W dodatku w Unii szykowany jest „plan B” - w myśl którego w roku 2021 obowiązywałoby prowizorium budżetowe, a Fundusz Odbudowy Europy po pandemii miałby zostać powołany do życia jako porozumienie międzyrządowe pozostałych 25 państw Unii. W ten sposób Polska i Węgry nie dostałyby ani grosza z Funduszu, zaś i tak groziłoby im wstrzymanie wypłat z budżetu - bowiem w 2021 roku nawet w wypadku stosowania prowizorium budżetowego i tak funkcjonowałby już mechanizm praworządności.

Wszystko wskazuje na to, że Victor Orban i Mateusz Morawiecki nie usłyszą na najbliższym szczycie oprócz „sprawdzam”. To zaś najgorsze, co mogło w tych burzliwych negocjacjach spotkać obu przywódców - ryzykujących bardzo wiele dla zablokowania mechanizmu praworządności. - Opowiadaliśmy się za mechanizmem praworządności z ważnych powodów. Decyzja zapadła. Podważanie jego zasad nie jest możliwe, a to ze względu na Parlament Europejski i stanowisko wielu krajów członkowskich. Tu nie chodzi już o to „czy”, ale w najlepszym przypadku o to „jak” - powiedział w wywiadzie dla tygodnika „Der Spiegel” minister spraw zagranicznych Niemiec Heiko Maas.

Tymczasem to Niemcy - jako kraj sprawujący w Unii prezydencję - odpowiadają za przebieg negocjacji ws budżetu i Funduszu Odbudowy. W dodatku zamierzają je zakończyć do końca okresu swego przewodnictwa w Unii, czyli do Sylwestra. To stawia Orbana i Morawieckiego w jeszcze trudniejszej sytuacji, zwłaszcza, że część krajów Unii - z Holandią na czele - prze do jak najszybszych rozstrzygnięć - oczywiście takich, które byłyby możliwie bolesne dla Polski i Węgier.

- Zdecydowanie chcemy rozstrzygnąć ten problem jeszcze w trakcie niemieckiej prezydencji. Jest wiele krajów w Europie, które są bardzo uzależnione od funduszu odbudowy. Musimy znaleźć rozwiązanie - podkreślił Maas.

Możliwe - a skrajnie niekorzystne dla Polski - skutki weta są już dość mocno brane pod uwagę przez polityków Zjednoczonej Prawicy. Dlatego nie słychać już gromkich tonów z połowy listopada. Obóz władzy w sprawie weta urządza w tej chwili koncert na cztery głosy. Dyrygenta wyraźnie brak.

Zbigniew Ziobro i jego ludzie starają się popchnąć rząd Mateusza Morawieckiego do jak najtwardszej konfrontacji z Komisją Europejską i unijną większością. Można ich w tej (i nie tylko w tej) kwestii uznać za frakcję jastrzębi - i to naprawdę drapieżnych. Ziobrystom na rękę jest nawet snucie wizji polexitu - na eurosceptycyzmie zamierzają opierać swą strategię polityczną w perspektywie długich lat.

Mateusz Morawiecki jest natomiast między młotem a kowadłem. Z jednej strony logika czystej polityki każe mu w kwestii weto licytować się z Ziobrą na radykalizm, by nie pozwolić ziobrystom na przejęcie części twardego elektoratu. Z drugiej jednak istnieje realne ryzyko, że cała szarża skończy się w ślepej uliczce - czyli Polska do spółki z Węgrami naprawdę zawetują unijny budżet i na własne życzenie znajdą się poza unijnym Funduszem Odbudowy. To zaś oznacza bardzo wymierne straty polityczne - i, co jeszcze ważniejsze, finansowe. W wypadku Funduszu to około 27 miliardów euro w gotówce i 32 miliardy w postaci nisko oprocentowanych pożyczek tylko w roku 2021. W dodatku to przekreślenie wszystkich wysiłków na rzecz poprawy stosunków z Unią, które Morawiecki próbował regularnie podejmować od momentu objęcia funkcji premiera - oczywiście w imię strategii przejmowania przez PiS elektoratu centrowego, co miało być gwarancją długotrwałych rządów tej partii w Polsce.

Jarosław Gowin przyjął natomiast pozycję gołębia, czy też dobrego policjanta i zaproponował, by Komisja Europejska przyjęła „deklarację interpretacyjną”, w której zawarłaby akceptowalną dla rządu Zjednoczonej Prawicy wykładnię mechanizmu praworządności. Propozycja Gowina w gruncie rzeczy szła bardzo daleko - bo była wyraźną sugestią, że Polska wycofa swoje weto w zamian za kilka zdań o mniej lub bardziej symbolicznym charakterze. Zarazem jednak był to jakiś pomysł dla polskiego rządu na wyjście z twarzą i bez bardziej trwałych strat z całej awantury. To zaś, zdaje się, stało się obecnie już celem maksimum - wcale nie takim łatwym do osiągnięcia.

Czwarty głos dość nieoczekiwanie wprowadziła Kancelaria Prezydenta. Krzysztof Szczerski, szef gabinetu Andrzeja Dudy, w rozmowie PAP dość ostro skomentował propozycję Gowina. - W sytuacji napięcia negocjacyjnego, w której jesteśmy dzisiaj, komunikaty negocjacyjne muszą pochodzić z jednego źródła. Tym źródłem jest premier Mateusz Morawiecki. Żadna inna propozycja kierowana przez kogokolwiek innego nie powinna mieć miejsca - stwierdził prezydencki minister.

Sam Duda dwukrotnie już zaznaczał - w obu wypadkach, co jednak znamienne, wyłącznie za pośrednictwem swego ministra Pawła Muchy - że weto popiera - - Przez prawo wtórne próbuje się zmieniać traktat o Unii Europejskiej i ingerować w sprawy, które są zastrzeżone dla kompetencji praw członkowskich. Próbuje się wprowadzić mechanizm warunkowości, który będzie szkodził - mówił Mucha w ubiegłym tygodniu. Podkreślił, że „w tym zakresie pan prezydent wspiera stanowisko polskiego rządu”.

Co jednak ciekawe, meritum propozycji Gowina nie zostało poddane przez prezydenckich ministrów żadnej krytyce. Warto to dostrzec - bo pomysł Gowina zdaje się być jak dotąd tym najrozsądniejszym, który został sformułowany w obrębie polskiego rządu.

Po jednej stronie szali znalazły się w tej chwili ogromne pieniądze z unijnych funduszy, po drugiej polskie problemy z zakresu polityki wewnętrznej (przede wszystkim rywalizacja Morawiecki-Ziobro) i ewentualnie rodzaj lojalności wobec węgierskiego sojusznika najmocniej zagrożonego przez mechanizm praworządności. Możliwość stworzenia względnie honorowego dla rządu Morawieckiego wyjścia z całego klinczu - taka jak ta zaproponowana przez Gowina - i tak byłaby rodzajem ukłonu wobec Polski ze strony 25 pozostałych krajów Unii.

Ewentualne pozostawienie Orbana samemu sobie również zostałoby zrozumiane, nawet przez elektorat polskiej prawicy - węgierski premier już kilkakrotnie bowiem okazywał się jedynie taktycznym i niezbyt konsekwentnym sojusznikiem polskiego obozu władzy. Może niekoniecznie więc warto ginąć w tym boju za Budapeszt?

Od jutra kwarantanna zostaje skrócona

Wideo

Materiał oryginalny: Wojna o weto. Czy warto w niej ginąć za Budapeszt? [ANALIZA] - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie