reklama

Zaczął jak Leo Beenhakker, na razie kończy w podobnym stylu

Hubert Zdankiewicz, współpr. Bartosz Karcz i Rafał MusiołZaktualizowano 
Mikoaj Suchan/Polskapresse
Długo zaprzeczał teorii, że wielki piłkarz nie może być dobrym trenerem. Bo wielkim piłkarzem Henryk Kasperczak był z pewnością.

Szlachectwo należy mu się za sam fakt, że grał w podstawowym składzie legendarnej drużyny Kazimierza Górskiego, która wywalczyła w 1974 roku trzecie miejsce na mistrzostwach świata w RFN (dwa lata później zdobył też srebrny medal olimpijski). Pozostawał w niej co prawda w cieniu Kazimierza Deyny, Grzegorza Laty, Roberta Gadochy, Andrzeja Szarmacha i Jana Tomaszewskiego, ale swoją cegiełkę do tamtego sukcesu dołożył. A nawet kilka cegiełek, że przypomnimy tylko jego dwie kapitalne asysty w wygranym 2:1 grupowym meczu z Włochami.

Jako trener uchodził do niedawna w naszym kraju za cudotwórcę, pokazującego malkontentom, że Polak jednak potrafi. Ktoś przytomnie zauważy, że jaki tam, z niego - w sensie sportowym rzecz jasna - Polak, skoro trenerskie szlify zdobywał we Francji (choć ma też dyplom warszawskiej AWF), a największe sukcesy odnosił w Afryce. Nad Wisłą, gdzie od lat powtarza się jak mantrę, że fachowcy rodzimego chowu to towar wybrakowany, były to jednak tylko dodatkowe referencje, poparte w dodatku wynikami. Do czasu rzecz jasna, ale po kolei.

Jak mówi legenda, o tym że zostanie trenerem zdecydował Jean Snella - trener FC Metz, w którym grał pod koniec swojej piłkarskiej kariery. - Umierał w szpitalu na raka. Wybrała się do niego delegacja z klubu, żeby zapytać kogo chciałby widzieć jako swojego następcę. Snella powiedział: "nie szukajcie daleko, weźcie Henryka... I tak się to zaczęło" - wspominał po latach Kasperczak, który do dziś cieszy się we Francji opinią świetnego fachowca, a na Czarnym Lądzie prawdziwego maga. Choć tam akurat jego reputację trochę zepsuła ostatnio nieudana przygoda z reprezentacją Senegalu. Przed laty nie poradził sobie również z Maroku.

Za to gdy opuszczał Wybrzeże Kości Słoniowej (trzecie miejsce w Pucharze Narodów Afryki w 1994 roku), żegnano go ze łzami w oczach. W Tunezji (drugie miejsce w PNA w 1996 r. i awans do finałów mistrzostw świata dwa lata później) był nazywany bogiem. Nawet gdy podczas mundialu we Francji wyrzucono go z pracy po dwóch meczach grupowych. Gdy żegnał się z reprezentacją Mali (czwarte miejsce w PNA w 2002 r.) prezydent tego kraju dał mu w prezencie... kawał ziemi w Bamako.

Kasperczak rozdał później tę ziemię miejscowej biedocie. Piękny gest, aż trudno uwierzyć, że ten sam człowiek do dziś procesuje się z Wisłą Kraków, domagając się wypłaty - należącego mu się rzekomo - zaległego wynagrodzenia (na razie przegrał w pierwszej instancji). Jego kontrakt faktycznie obowiązywał do 2008 roku, ale sam Kasperczak go zerwał, podejmując dwa lata wcześniej pracę w Senegalu. O tym jednak najwyraźniej zapomniał. Tak samo jak o obietnicy złożonej właścicielowi Wisły Bogusławowi Cupiałowi, że odejdzie z klubu, kiedy ten go o to poprosi. Właśnie stąd wzięła się absurdalna konstrukcja umowy, bez możliwości wypowiedzenia jej przez pracodawcę.

Informacja o procesie mocno nadszarpnęła ponoć jego wizerunkiem w Krakowie. Mieście, gdzie jeszcze niedawno chciano stawiać Kasperczakowi pomniki. Do tej pory kibice wybaczali mu wszystko. Od kompromitujących porażek w Pucharze UEFA z Valerengą Oslo i Dynamo Tbilisi po styl, w jakim pożegnał się w 2005 roku z Wisłą. Wszyscy pamiętamy legendarną już konferencję prasową i jego słowa, że nie rozumie, dlaczego władze klubu przedstawiają nowego trenera (Wernera Liczkę) i jego współpracowników, bo przecież... to on nadal jest trenerem i dyrektorem sportowym Białej Gwiazdy.

- Zamierzam nadal pracować w Wiśle, bo ten klub bardzo lubię - wyjaśniał Kasperczak, zdumionym (i rozbawionym) dziennikarzom. Tajemnicą poliszynela było, że tak naprawdę najbardziej lubił 20 tys. euro, jakie dostawał za każdy miesiąc swojej pracy pod Wawelem.
Uczciwie trzeba jednak przyznać, że wykonał tam kawał dobrej roboty. Jego pojawienie się w Wiśle można by porównać do pojawienia się kilka lat później nad Wisłą Leo Beenhakkera. Porównanie jak najbardziej na miejscu, bo Kasperczak przypominał Holendra nie tylko kolorem włosów.

Początki miał nawet lepsze, niż Beenhakker. Nie zdołał co prawda uratować w 2002 roku mistrzostwa Polski dla Wisły, ale winą za to obarczono jego poprzednika - Franciszka Smudę. Wszyscy pamiętamy co było dalej. Wspaniałe zwycięstwa w Pucharze UEFA nad włoską Parmą i niemieckim Schalke 04 Gelsenkirchen, z których cieszyli się kibice nie tylko w Krakowie. Zacięty, choć przegrany dwumecz z Lazio Rzym. Dzięki nim cała Polska mogła na chwilę zapomnieć o nieudanych mistrzostwach świata w Korei i fatalnym początku eliminacji Euro 2004 (wymęczone zwycięstwo nad... San Marino i porażka z Łotwą).

Tym bardziej, że Wisła imponowała nie tylko wynikami. Miło było patrzeć na polski zespół grający do przodu, z polotem i rozmachem, stosujący z powodzeniem atak pozycyjny. To wszystko było zasługą Kasperczaka, pod którego skrzydłami życiową formę osiągnęli m.in. Maciej Żurawski, Kamil Kosowski i Kalu Uche. - Wisła to jeden z najlepszych zespołów, jakie widziałem w tym sezonie, wliczając w to Serie A. Dla mnie jest od dziś jednym z faworytów Pucharu UEFA - przyznał po pierwszym meczu z Lazio trener tego klubu, słynny Roberto Mancini.

"Henri" umiał dotrzeć do piłkarzy, których ujął zwłaszcza tym, że nigdy nie krytykował ich publicznie. Miał przy tym charyzmę, w razie potrzeby potrafił zdrowo obsobaczyć. Wszystkim imponował również szacunek, z jakim przyjmowano go we Francji, podczas przedsezonowych zgrupowań Wisły.

Gorzej radził sobie za to z mediami. Początkowo relacje z nimi układały się wręcz sielankowo, bo ujmował dziennikarzy czarującym sposobem bycia. Nie tylko mądrze mówił o piłce, potrafił nawet... podziękować za wywiad, którego udzielił. Tak było dopóki miał wyniki...

Gdy przyszły wspomniane już porażki, zaczęła się krytyka. Wtedy okazało się, że "Henri" nie najlepiej ją - delikatnie mówiąc - znosi. Nawet tą merytoryczną. Krakowscy dziennikarze wspominają, że jednym z jego ulubionych powiedzonek było: "Eunuch i krytyk z jednej są parafii, każdy wie jak, żaden nie potrafi", jakim kwitował niepochlebne publikacje na swój temat. Miły starszy pan zmieniał na naszych oczach w mrukliwego, małostkowego i coraz bardziej sfrustrowanego człowieka. Zupełnie jak... Beenhakker pod koniec swojej pracy w Polsce.

Do szewskiej pasji doprowadzały Kasperczaka zwłaszcza teksty o nieudanych transferach. Czyli o większości, bo jako menedżer radził sobie dużo słabiej, niż na trenerskiej ławce. Kwiek, Brasilia, Kowalczyk, Paszulewicz, Omeonu, Ouadja, Belotte... ktoś pamięta, że w ogóle grali kiedyś w Wiśle? Nie po drodze było mu również z działaczami tego klubu. Zwłaszcza z prawą ręką Cupiała - Hubertem Praskim. To właśnie ten ostatni stał ponoć za jego zwolnieniem, a porażka z Dynamo Tbilisi była tylko pretekstem.

Co było dalej? Wspomniany już Senegal. Miał z nim zdobyć Puchar Narodów Afryki. Skończyło się na tym, że podał się do dymisji po dwóch meczach, otwarcie przyznając, że nie wie jak zapanować nad rozkapryszonymi piłkarzami, którzy balangowali zamiast trenować. Znów miał konflikty z działaczami...

Mimo to, gdy obejmował ostatniej zimy Górnika Zabrze, witano go jak zbawcę. Przychodził w roli murowanego kandydata do schedy po Beenhakkerze. W rozmowach z Allianzem wynegocjował nawet w kontrakcie stosowny zapis, umożliwiający mu opuszczenie klubu w sytuacji, gdy wezwie go ojczyzna.

Przejął w nim rządy absolutne, także w kwestii transferów. Za sprowadzanych zawodników słono przepłacano (m.in. Robert Szczot, Paweł Strąk, Damian Gorawski). Wśród nich nie było jednak napastnika, którego drużyna potrzebowała najbardziej. Kasperczak filozoficznie twierdził jednak, że z pomocnika też da się zrobić napastnika. Był najlepiej zarabiającym trenerem w ekstraklasie - co miesiąc inkasował 35 tys euro.

Konsekwentnie trzymał się taktyki z jednym piłkarzem z przodu, nawet wtedy, gdy było już oczywiste, że do utrzymania w ekstraklasie potrzeba zwycięstw. Po bezbramkowym remisie z fatalnie grającą Cracovią rzucił się w ramiona swoich współpracowników, uważając, że w ostatniej kolejce pokona Polonię Warszawa. Na pomeczowej konferencji życzył utrzymania zarówno Cracovii, jak i Górnikowi, co jednak... wzajemnie się wykluczało. Wprowadził podział do zespołu na "swoich" czyli nowych i innych. Wszystkie mecze w pełnym wymiarze czasu rozgrywał np. Strąk, z reguły należący do najsłabszych piłkarzy na boisku. Potrafił za to na kluczowe mecze odsunąć od składu wyróżniającego się Piotra Madejskiego za "pójście w miasto".

Wizerunkowi Kasperczaka nie pomogła też jego niezrozumiała postawa podczas głośnego konfliktu z szalikowcami, którzy wtargnęli na trening zabrzańskiej drużyny i założyli piłkarzom koszulki z napisem "Nie wystarczy tylko biegać lub trochę się starać, z naszym herbem na sercu trzeba zap...ć". - Koszulki były czyste, więc dlaczego mieli ich nie założyć - komentował Kasperczak, dziękując kibicom za... motywowanie drużyny.

Trzeba mu oddać, że po spadku Górnika z ekstraklasy całą winę wziął na siebie. Tym różni się od Beenhakkera, który ustami swojego przyjaciela Jana de Zeeuwa obarczył odpowiedzialnością za przegrane eliminacje mistrzostw świata piłkarzy, którzy "przestali mieć w pewnym momencie te same ambicje co Leo". Zachował się z większą klasą, niż Holender - to fakt. Czy jednak to wystarczający powód, by powierzyć mu opuszczone przez niego stanowisko?

Chyba już nie, bo się wypalił. Jeśli kiedykolwiek miał objąć naszą kadrę, powinien to zrobić siedem lat temu, po odejściu Zbigniewa Bońka. Ewentualnie w 2006 roku, po kolejnym nieudanym mundialu. Ówczesny prezes PZPN Michał Listkiewicz za każdym razem stawiał na innych, czego Kasperczak do dziś nie może mu ponoć wybaczyć.

Paradoksalnie jednak, teraz ma większe szanse. Faworytem w tym wyścigu jest na razie Franciszek Smuda, trzeba jednak pamiętać, że Kasperczak to dobry kolega obecnego prezesa PZPN Grzegorza Laty. Bardzo lubią się ponoć również żony obu panów.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Materiał oryginalny: Zaczął jak Leo Beenhakker, na razie kończy w podobnym stylu - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3