Zasypano ich kwiatami i wiwatami. Wyzwolenie okazało się jednak trudne do przełknięcia

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
4. Kompania „Konrada” na zamojskiej Rotundzie. 29 lipca 1944 r. Fot. ze zbiorów APZ.
4. Kompania „Konrada” na zamojskiej Rotundzie. 29 lipca 1944 r. Fot. ze zbiorów APZ. ze zbiorów APZ
Mieszkańcy Zamościa w lipcu 1944 r. przyglądali się uciekającym Niemcom z wielkim zainteresowaniem. Dawni, butni zwycięzcy byli teraz brudni, wymęczeni, spoceni. Wielu piło w samochodach alkohol. Bełkotali, że jadą wreszcie do domów. Tak było także w innych miastach. Za Niemcami ciągnęły szeroką ławą oddziały radzieckie. Co przyniosły na kolbach karabinów?

Sowieci przekroczyli przedwojenne granice Polski w nocy z 3 na 4 stycznia 1944 r. 5 lutego został zdobyty m.in. Łuck, a w marcu udało się im zająć dawne województwo tarnopolskie. Potem parli dalej. 22 czerwca wojska radzieckie rozpoczęły wielką ofensywę o kryptonimie „Bagration”. Już 13 lipca zostało odbite Wilno, dziesięć dni później zajęto Lwów, a potem sforsowano Bug. Mieszkańcy naszego regionu byli tymi wydarzeniami wręcz oszołomieni.

Przed „Burzą”

Tomasz Kowalczyk z Zamościa urodził się w 1937 roku. Mieszał wraz z rodzicami Janiną i Feliksem oraz bratem Janem, w jednym z domów przy ul Śląskiej na zamojskim osiedlu Karolówka. Obserwował kolumny niemieckiego wojska, które w pośpiechu uciekały na zachód. Przemieszczały się one m.in. dzisiejszą ulicą Braterstwa Broni. - To była masa różnego rodzaju wojska – wspomina pan Tomasz. - W pewnym momencie przed moim domem przystanęły dwa czołgi, jeden holował drugiego. Widziałem też wielu motocyklistów.

Po Zamościu zaczęły wówczas krążyć różne plotki. Trudno było odróżnić je od prawdy. Pisali o tym miejscowi kronikarze. „Wojska sowieckie mają być już w Tomaszowie (Lubelskim). Mamy nadzieję, że Zamość uniknie większych walk, albo i wcale ich nie będzie. Nic nie wskazuje na to, aby gdzieś były tworzone stanowiska i punkty oporu. Tym lepiej. Oby się tak stało. Niemcy jadąc mówili, że będziemy czuć rusa” ” – notował 21 lipca 1944 r. w swoich dziennikach Adam Mastaliński z Zamościa.

Z daleka było słychać w Zamościu huk armat, potem na horyzoncie pojawiły się łuny. Niemieccy żołdacy przed wyjściem z miasta obrabowali wiele miejscowych sklepów. Potem ich miejsce zajęli pospolici złodzieje. Mieszkańcy Zamościa czuwali nocami bojąc się o swój dobytek. Napięcie trudno było wytrzymać.

„Teraz trwoga i zdenerwowanie ogarnęły wszystkich. Niemcy zaczęli wysadzać różne obiekty: parowozowania, rampa, piękne budynki Bahnhofu (chodzi o dworzec kolejowy) i inne wartościowe zabudowania wyleciały w powietrze. Elektrownia jeszcze żyje. Koszary też (...)” – notował 22 lipca Mastaliński. A dwa dni później pisał: „Wczoraj przeżyliśmy trzy naloty sowieckie (…). Naloty są wykonywane brawurowo tj. w niskim locie – zrzucają bomby i sieką z cekaemów”.

23 lipca 1944 r. do Chełma wkroczyły oddziały 1 Armii Wojska Polskiego. Radzieckie radio poinformowało wówczas, że w tym mieście założono Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Można się było także dowiedzieć, że ogłoszono Manifest Lipcowy PKWN. Potem okazało się, iż powstał on wcześniej, w Moskwie. Zamość jednak nadal okupowali Niemcy. Jak pisał Adam Mastaliński „unieruchomili” miejscową elektrownię oraz wysadzali kolejne budynki. „W godz. 19-20 słychać było granie armat na północ od miasta, obecnie jest cicho. Nastawienie jest takie, że jutro możemy mieć nowych gości” – pisał Mastaliński 24 lipca. „Tej nocy nie śpię i pilnuję koło domu”.

Wtorek, 25 lipca 1944 r. był w Zamościu pamiętnym, ważnym dniem. Marzono o nim od ponad pięciu lat. Tak pisał o tym Adam Mastaliński. „Noc minęła spokojnie. Wczesnym rankiem wyszedłem na ulicę. Zdawało się, że już Niemców nie widać, tymczasem nie. Tej gangreny trudno się pozbyć” – pisał tego dnia. „Teraz od godz. prawie 8 rano, zaczęła się pukanina z broni maszynowej, na wschód od miasta. Widocznie szosą nacierają Sowiety. Z rzadka uderza armata niemiecka – szrapnelami. Tamtych nie widać”.

Niemcy z centrum Zamościa się w końcu wycofali. Na to tylko czekano. Jeszcze na początku lipca 1944 r. major Stanisław Prus, ps. „Adam”, komendant zamojskiego Inspektoratu AK, wydał rozkaz rozpoczęcia w swoim rejonie akcji "Burza". Bo akowcy chcieli przywitać Sowietów jako gospodarze. W tym czasie w zamojskim Inspektoracie AK działało ponad 3,4 tys. partyzantów oraz ponad 400 podoficerów i oficerów.

Białe orzełki

W ramach "Burzy" kompanie AK ppor. Edwarda Lachawca ps. „Konrad” oraz ppor. Józefa Kaczoruka ps. „Ryszard” dostały rozkaz zajęcia Zamościa opuszczonego przez Niemców. 25 lipca, tuż po ich wyjściu, wkroczyli do miasta. Przedefilowali czwórkami głównymi ulicami. Potem pojawili się na zamojskim Rynku Wielkim, następnie uczestniczyli w uroczystościach patriotycznych na miejscowej Rotundzie. Byli uzbrojeni, wyglądali efektownie. Na czele połączonych kompanii AK szedł por. Wacław Wnukowski ps. Kabel.

„Niektórzy (partyzanci) mieli orzełki białe. Dowódca zaś miał prawdziwego orła żołnierskiego. Zasypano ich kwiatami i wiwatami, ludzie popłakali się (...)” – wspominał Adam Mastaliński. „Ach! Brak słów, wszystko jest niczym, aby wyrazić ogrom naszych uczuć. Wczoraj jeszcze chwytali nas, pędzili jak barany, a dziś (Niemcy) sami uciekają jak zające”.

Tomasz Kowalczyk także widział maszerujących w Zamościu partyzantów.

- To było niezapomniane, wspaniałe – opowiada z przejęciem. - Polacy z bronią w ręku w takim czasie, w takiej chwili! Pamiętam, że mieli na sobie przeważnie cywilne ubrania. Orzełki, czy opaski, nie utkwiły mi jakoś w pamięci.

Dwie godziny po „leśnych” weszły do miasta oddziały sowieckiej 3 Armii Gwardyjskiej gen. Wasilija Gordowa. Wyglądali mało reprezentacyjnie. Niektórzy jechali podobno na wózkach zaprzężonych w psy. Ich wejście do miasta wspominał pisarz Bohdan Królikowski w książce pt. Grzechy pamięci: „Tłum stał milczący. Jakaś dziewczyna wyszła na jezdnię. Podała kwiaty pierwszemu z brzegu oficerowi. Tylko jedna...”.

Czy nastroje rzeczywiście były tak minorowe? Tak o tamtych, lipcowych wydarzeniach (25 lipca, dokładnie o godz. 10.30) pisał w dzienniku Adam Mastaliński. „Wiwat! Koniec złowrogiej potęgi niszczycielskiej! Z okrzykiem hura wtargnęli pierwsi żołnierze sowieccy (...). Ludność radośnie wita Sowietów, rzuca na nich kwiaty. Uściski dłoni, ukłony, okrzyki... Jeden porucznik sowiecki rzekł do mnie „Witają dobrze, ale zobaczymy, jak dalej pójdzie”. Może znajdziemy wspólny język?”. Żołnierze sowieccy są ubrani marnie, jak i oficerowie, ale idą z duchem i zacięciem bojowym”.

Cecylia Szumska, córka zamordowanego przez NKWD Michała Szczura ps. „Ton” także zapamiętała tę chwilę. Opisywała ją w swoich wspomnieniach.

"Żniwa tuż tuż, zboża dojrzewały, słoneczny ranek lipcowy 1944 r. Od zabudowań gospodarza Skowrona (w podzamojskich Udryczach) ujrzeliśmy schodzących ze wzgórza czerwonoarmistów nastawionych na starcie z Niemcami. Gdzie Germańcy? – pytali. Przy okazji skorzystali ze skromnej gościnności rodziców. Chleb z mlekiem bardzo im smakował" – zapewnia pani Cecylia. "Jeden z żołnierzy wyjął bałałajkę i zagrał na niej (...). Jaka ta dusza rosyjska rozśpiewana – myślałam".

Nadzieja pojawiła się także w sercach mieszkańców innych miejscowości. Wczesnym rankiem 26 lipca 1944 r. do opuszczonego przez Niemców Szczebrzeszyna wkroczył oddział AK dowodzony przez Tadeusza Kuncewicza ps. Podkowa”. Partyzanci, którzy weszli do miasta, zobaczyli opustoszałe ulice. „Podkowa” polecił na szczebrzeszyńskim ratuszu wywiesić biało-czerwoną flagę.

Zamojska Golgota

W dzielnicy Zamościa, w Karolówce, wyzwolenie wyglądało inaczej. Niemcy spędzili mieszkańców do pobliskiej, prywatnej cegielni. Dlaczego? Podobno szykowali się do bitwy z Sowietami. Do walki nie doszło.

- W tej cegielni znalazło się jakieś 200 osób. Nie byliśmy pilnowani. Ludzie rozeszli się w różne strony – wspomina Tomasz Kowalczyk. - Nagle pojawił się sowiecki oficer czy może podoficer. W każdym razie pamiętam, że miał na sobie porządny mundur. Wszedł do stodoły, przekręcił jakąś deskę i zaczął stamtąd lornetować w stronę Niemców. Tak zobaczyłem sowieckiego zwiadowcę.

Po pewnym czasie, w odległości ok. 50 metrów, pan Tomasz zauważył kilku innych żołnierzy sowieckich z ciężkim karabinem maszynowym. Do powitania jednak nie doszło.

- Nie było też między Polakami i Sowietami żadnej rozmowy – wspomina Tomasz Kowalczyk. - Ludzie po prostu widząc Rosjan ruszyli do swoich domów, oddalonych o kilkaset metrów. Pamiętam, że nikt się nie odzywał. Po drodze minęliśmy niemiecką kolumnę transportową i oddział Hitlerjugend (chodzi o niemiecką organizację młodzieżową NSDAP).

Cywile nie przyciągnęli ich uwagi. Żołnierze i członkowie Hitlerjugend byli zajęci wyłącznie ewakuacją.

- Na podwórku mojego domu stała kuchnia polowa. Niemcy ją zostawili. A na niej stały dwa wiadra ciepłej, wojskowej zupy! - wspomina pan Tomasz. - Mogliśmy się wreszcie porządnie najeść, najlepiej przez całą okupację. To było coś! Pamiętam też huk wysadzanych mostów, magazynów i zamojskiego dworca. W pewnym momencie Niemcy wystrzelili też w naszym kierunku pocisk artyleryjski. Spadł na niezabudowaną posesję domu rodziny Ogórkiewiczów. Tak skończyła się niemiecka okupacja.

23 lipca 1944 wojska radzieckie rozpoczęły bój o Lublin. Miasto także zajęto 25 lipca. Wieści o tym prawdopodobnie rozeszły się w wyzwolonym Zamościu lotem błyskawicy. Zaraz po wkroczeniu wojsk sowieckich ludność tego miasta „rzuciła się na Rotundę”. Tam wybrali się także partyzanci AK (to wtedy Tomasz Kowalczyk mógł ich dokładnie obejrzeć). Wrażenia były przerażające. „Na dziedzińcu przed Rotundą chodzi się po uginającej się ziemi – wspominał Mastaliński. „Duże, ogólne cmentarzysko. Wziąłem łopatę i w najświeższym miejscu wyrzuciłem kilka łopat ziemi. Zaraz poczułem coś miękkiego. Za chwilę odgarnąłem rękę jakiegoś męczennika”.

Adam Mastaliński zauważył na dziedzińcu zamojskiej Rotundy także inne, makabryczne ślady jakie pozostawili niemieccy oprawcy. „Na placu dobrze znać świeże ślady ostatniego spalania zwłok, jak również leżące zapasy drzewa (którego używano) do tego spalania” – pisał kronikarz. „Układano więc taki olbrzymi stos – warstwa drzewa, warstwa trupów i tak kilka pięter. Ze stojącej obok beczki ze smołą oblewano wszystko i podpalano. Więc nie w piecu spalano ludzi, jak mówiła fama, ale zwyczajnie na stosie. Wykonawcami tych prac przy spalaniu byli również więźniowie. Trzymano ich w osobnych celach, na Rotundzie. Odeszli jako ostatni świadkowie, pomordowani na końcu”.

W zamojskiej Rotundzie więziono w sumie podczas okupacji ok. 50 tys. osób. Funkcjonowało tam niemieckie więzienie śledcze w którym przetrzymywano głównie Polaków, ale także Żydów i obywateli ZSRR. Wiele osób zamordowano podczas brutalnych egzekucji (szacuje się, że w ten sposób zginęło ok. 8 tys. osób), inni umierali z powodu wycieńczenia czy chorób. Niemcy starali się zatrzeć ślady zbrodni. Dlatego od wiosny 1944 r. wydobywano zwłoki pomordowanych i palono je na dziedzińcu. Stanisław Orłowski, znany fotograf z Zamościa wspomina, iż widział dymy, które unosiły się wówczas nad zamojską Rotundą, z podwórka szkoły (a teraz przedszkola) przy ul. Okopowej w Zamościu.

Niemieccy oprawcy opuścili Rotundę 22 lipca 1944 r. Nie tylko Adam Mastaliński przybył do tego miejsca tuż po wyzwoleniu miasta (niektórzy poszukiwali tam zwłok swoich bliskich). „Ludzi coraz więcej” – notował kronikarz 26 lipca. „Ten i ów próbuje kopać, coś tam odgrzebie, słychać unoszenie się i szlochy kobiece. Ile tysięcy kryje w sobie ta Golgota – Rotunda?”

„Kierat” i prześladowania

Wyzwoliciele w sowieckich mundurach szybko pokazali swoje prawdziwe oblicze. Już 30 lipca 1944 r. w zamojskich koszarach rozbrojono kompanie "Konrada" i "Ryszarda". W Szczebrzeszynie wyglądało to podobnie.

„Dowiedziałem się przed chwilą, że wczoraj wieczorem najzupełniej niespodziewanie przyszedł do komendanta „Adama” rozkaz rozbrojenia wszystkich naszych oddziałów, rozpuszczenia oficerów i żołnierzy do domów oraz przewiezienia zebranej broni do Zamościa: dzisiaj na godzinę dwunastą w południe i zdania jej protokolarnie” – notował w w swoich dziennikach 30 lipca 1944 r. (o godz. 10) Zygmunt Klukowski, lekarz, kronikarz i społecznik ze Szczebrzeszyna. „Wśród oficerów i żołnierzy zapanowała w pierwszej chwili straszna konsternacja i przygnębienie. Rozkaz posłusznie wykonano”.

A dalej Klukowski z żalem zauważył:. „Zniknęły wszelkie odznaki wojskowe, orzełki i biało-czerwone opaski. Na mieście (…) szaro i smutno. Zaledwie cztery dni cieszyliśmy się naszym wojskiem, które wyszło z lasu i podziemi”.

Klukowski pisał, że partyzanci byli zrozpaczeni, wielu z nich płakało. Broń jednak w większości zatrzymano (zdano Sowietom jedynie „szmelc”). To była dobra decyzja. Bo szybko rozpoczęła się fala prześladowań, rewizji i obław. Schwytanych członków polskiego podziemia Sowieci więzili m.in. w okrytej ponurą sławą, przejętej po gestapo kamienicy Czerskiego przy ul. Żeromskiego w Zamościu oraz w miejscowym więzieniu. Wielu rozstrzelano po wyrokach trybunału wojskowego złożonego z enkawudzistów. Znaczna część partyzantów znowu skryła się w lasach.

Tropiono ich bezwzględnie. W drugiej połowie 1944 r. oraz w 1945 r. główne operacje przeciwko podziemiu niepodległościowemu przeprowadzały oddziały NKWD. Zajmowały się one likwidacją grup partyzanckich oraz przeprowadzaniem tzw. akcji oczyszczających. Stosowano także deportacje, aresztowania oraz ściągano dostawy obowiązkowe. Potem tę rolę przejął polski Urząd Bezpieczeństwa.

Akowcy wielokrotnie próbowali nawiązać kontakt z Armią Czerwoną. Bez skutku. Zażądano od nich jedynie, aby podporządkowali się PKWN, czyli po prostu komunistom. To nie było możliwe. W końcu Komenda Główna AK podjęła decyzję o zbrojnym przeciwstawieniu się przemocy. 19 stycznia 1945 r. gen. Leopold Okulicki, który przejął dowodzenie nad AK, wydał rozkaz o rozformowaniu podziemnej armii. W jej miejsce powołano Delegaturę Sił Zbrojnych na Kraj, a 2 września 1945 r. utworzono w Warszawie Zrzeszenie "Wolność i Niezawisłość". Żołnierze WiN (oraz innych podziemnych organizacji) kontynuowali walkę, ale tym razem tylko z komunistami.

Była ona krwawa i bezpardonowa. 3 grudnia 1944 r. oddział Romana Szczura ps. "Urszula" przeprowadził w zamojskim przedmieściu Majdan słynną akcję o kryptonimie "Kierat". Do zamojskiego PUBP doniesiono, że obok jednego z miejscowych domów zakopano amunicję, broń i radio. We wskazane miejsce pojechała grupa ubeków w asyście milicji. Gdy zaczęli kopać, wybuchła mina podłożona wcześniej przez partyzantów. Zginęło 11 osób. Wśród nich byli m.in. Józef Kowalski, zastępca kierownika PUBP w Zamościu, 8 pracowników tego urzędu (m.in. Franciszek Borek, Piotr Bezuch, Mieczysław Czerwieniec i Paweł Greszta) oraz dwóch zamojskich milicjantów (Józef Pietrykowski i Jan Magdziarz).

Zamojscy żołnierze WiN nie byli osamotnieni. Już w 1945 r. w partyzantce było od 13 do 17 tys. osób zgrupowanych w 340 leśnych oddziałach. Wiosną tego roku początkowo spontaniczne wystąpienia zbrojne przerodziły się w prawdziwą partyzancką ofensywę. Organizowano liczne napady i zamachy na funkcjonariuszy NKWD, UB, MO i PPR. Rozbijano też siedziby bezpieki oraz więzienia. Jedna z najsłynniejszych tego typu akcji odbyła się 8 maja 1946 r. Znowu w Zamościu. Przeprowadził ją kilkunastoosobowy oddział dowodzony przez „Urszulę”.

Akcja rozpoczęła się ok. godz. 21. Partyzanci rozbroili strażników Jana i Józefa Kościków (bracia wracali z kolacji) oraz Serafina Nadrę, wartownika stojącego na zewnątrz więzienia. Potem doszło do strzelaniny w głównej wartowni (zginęło dwóch strażników). Udało się ją zdobyć. Następnie opanowano więzienną kancelarię. Rozbrojono tam m.in. Wawrzyńca Siwca, naczelnika więzienia.

Strażnicy byli zaskoczeni. Grzegorz Magryta wybiegł jednak z pepeszą (był to radziecki pistolet maszynowy) na więzienny korytarz. Zaczął strzelać do partyzantów. Zabił Edwarda Śwista ps. „Miś” oraz zranił Stefana Policho ps. „Krasnopolski”. Walka nie trwała długo. Strażnik został zabity przez jednego z WiN-owców.

Partyzanci otworzyli wówczas wszystkie cele i uwolnili 301 więźniów. Wśród nich była m.in. Regina Nowakowska ps. Przepiórka” (torturowano ją i przypalano prądem podczas przesłuchań), Jan Gleń ps. „Nurt”, żołnierz AK z Tyszowiec oraz Marian Petz ps. „Dąb”, żołnierz AK, a później WiN z Zawalowa. Akcja zakończyła się sukcesem. Partyzanci wraz z uwolnionymi uciekli do lasu.

Śmierć „Burty”, powrót „Urszuli”

Komunistyczny aparat bezpieczeństwa był coraz sprawniejszy. Jeszcze w 1945 r. tylko na Zamojszczyźnie służby bezpieczeństwa przeprowadziły kilkadziesiąt operacji, m.in. w Skierbieszowie, Nieliszu, Turobinie, Grabowcu i Koloni Kornelówka. Zabito 38 partyzantów, a 490 członków podziemia niepodległościowego zostało aresztowanych. W 1946 r. UB przeprowadził 92 podobne akcje przeciwko partyzanckim oddziałom. Aresztowano 391 partyzantów. Schwytanych skazywano na kary śmierci lub długoletniego więzienia. W efekcie, w 1947 r. zamojskie podziemie zostało właściwie rozbite.

Bezpieka próbowała dopaść także "Urszulę" i jego podkomendnych. Latem i jesienią 1946 r. Odpowiedzialnym za to przedsięwzięcie został ppor. Andrzej Kolano, wiceszef PUBP w Zamościu. "Urszuli" nie udało się schwytać. Musiał jednak z Zamojszczyzny uciekać. Wyjechał na ziemie zachodnie PRL (tzw. odzyskane), a potem znalazł się w Warszawie. 22 marca 1947 r. przed komisją amnestyjną działającą przy stołecznym WUBP ujawnił swoją działalność w szeregach AK i WiN-u. Na razie darowano mu wolność.

"Urszula" pojechał wówczas do Nowej Soli na Dolnym Śląsku. W połowie marca 1949 wraz z dwoma innymi byłymi żołnierzami WiN-u napadł na Bank Spółdzielczy w tej miejscowości. Była to tzw. akcja rekwizycyjna. Zdobyte pieniądze (ponad 1,6 mln zł) miały być przeznaczone na pomoc ukrywającym się żołnierzom podziemia oraz ich rodzinom. Został jednak rozpoznany. Funkcjonariusze UB zatrzymali go na dworcu kolejowym w Ostrowie Wielkopolskim. Postawiono go przed Wojskowym Sądem Rejonowym we Wrocławiu i skazano na karę śmierci.

Roman Szczur został rozstrzelany na dziedzińcu więzienia przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu. Jego szczątki odnaleziono w listopadzie 2011 r., na Cmentarzu Osssowickim w tym mieście, a zidentyfikowano 17 maja 2019 r. Niedawno „Urszula” powrócił na Zamojszczyznę. 4 marca 2021 r. jego szczątki zostały pochowane w klasztorze ojców Bernardynów w Radecznicy. Znalazł miejsce spoczynku w podziemnej krypcie radecznickiej bazyliki.

„Miejsce pochówku zostało wybrane ze względu na zasługi ojców Bernardynów, którzy w latach II wojny światowej, a później komunistycznego terroru, wspierali działalność podziemia niepodległościowego oraz walkę o wyzwolenie Ojczyzny” – podkreślał w piśmie skierowanym do mediów tuż przed pogrzebem Lech Sprawka, wojewoda lubelski.

Wielu żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego nadal leży jednak w bezimiennych mogiłach. Tak jest m.in. ze szczątkami słynnego Jana Leonowicza ps. „Burta”, działacza WiN oraz dowódcy dużego oddziału działającego na Lubelszczyźnie. Funkcjonariusze UB (dowodzeni przez sierż. Ryszarda Trąbkę) dopadli go dopiero 9 lutego 1951 roku. Został zabity w zasadzce zorganizowanej we wsi Nowiny (gm. Susiec). Zwłoki „Burty” przewieziono do Tomaszowa Lub. Przez dwa tygodnie były wystawione na widok publiczny przed budynkiem miejscowego PUBP. Nie wiadomo co się potem stało z jego ciałem.

Szczepienia w szkołach wciąż za mało popularne

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie