18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Zbigniew Gluza: Opowiem wam, jak powstała "Karta"

Redakcja
Trzy dekady istnienia Ośrodka "Karta" dowiodły, że spełnił on wszystkie edukacyjne postulaty - pisze jego założyciel, Zbigniew Gluza
Trzy dekady istnienia Ośrodka "Karta" dowiodły, że spełnił on wszystkie edukacyjne postulaty - pisze jego założyciel, Zbigniew Gluza WOJCIECH BARCZYNSKI / POLSKAPRESSE
Zapaści nie przeczuwaliśmy. Nie mieliśmy żadnych wyobrażeń dotyczących jakiejś gwałtownej zmiany, mimo że jesienią 1981 panowała ogólna atmosfera zagrożenia. Mówiło się ciągle o możliwej interwencji sowieckiej albo o większej akcji ze strony władz... My spokojnie przygotowywaliśmy do druku pierwszy numer "Odmowy". Mieliśmy go oddać niezależnemu wydawnictwu Krąg w drugiej połowie grudnia. Na 13 grudnia obaj z Gwidonem Zlatkesem byliśmy umówieni, by dokonać ostatecznego szlifu - pisze Zbigniew Gluza, szef Ośrodka "Karta"

W nocy 12/13 grudnia, mniej więcej o 1.00, przyjechał do mnie Andrzej Olendzki z "Nieprasować". Usłyszał krzyczącego z balkonu Andrzeja Celińskiego (sekretarza Krajowej Komisji Porozumiewawczej "S") - po którego właśnie przyszła ekipa internująca - że oto władze atakują Solidarność. Przyjechał przekonany, że to coś poważniejszego i że trzeba uprzedzać ludzi. Pojechałem wtedy swoim maluchem do kilku osób zagrożonych, ale nikogo nie zastałem. Jeżdżąc po mieście, widziałem skoty, posterunki, żołnierzy. Miałem poczucie, że skoro komuniści atakują w ten sposób - to jest już ich koniec, że to oznacza finalne zwycięstwo Solidarności. Byłem przekonany, że w poniedziałek, 14 grudnia, odpowiedź społeczeństwa będzie "bezkresna" i nastąpi w Polsce spektakularny koniec komunizmu.

Karta od początku była niezależna od polityki państwa. Dziś występuje do władz RP o dotację, choć w najmniejszym stopniu nie chce zrzec się zasad, którymi się rządzi

To wrażenie nie trwało długo. Wróciłem do domu, położyłem się spać, rano zaś spojrzałem na to inaczej, szczególnie po wysłuchaniu w radiu Jaruzelskiego. Czułem, że nie warto wstawać, że oblewa nas coś magmą. Ten generał gada jak bezduszna kukła…

Z Gwidonem spotkaliśmy się nieco później w miejscu, w którym on się ukrywał, ostrzeżony feralnej nocy przed branką. W momencie ataku władzy cała nasza "odmowa" od razu straciła znaczenie; w rozmowie nawet do tego nie wracaliśmy. Dowiedziałem się od niego, że powstają podziemne struktury Regionu Mazowsze, a on uczestniczy w ich tworzeniu. I dla niego, i dla nas pozostałych było oczywiste, że my, cała (warszawska) grupa "Odmowy", również się do tych działań dołączymy. Nie było wątpliwości - stan wojenny traktowaliśmy jak wojnę wypowiedzianą nam osobiście, jak cios wymierzony w nas samych.

Ja nawet zostałem "przyjęty do konspiracji". Rzecz się działa w mieszkaniu Zbyszka Brzozy. Miała tam miejsce dziwna, raczej nietypowa scena - innych w ogóle nie próbowano "zaprzysięgać". Spotkanie prowadziła nieznana mi dziewczyna. Gdy wszedłem, wyciągnęła ręcznie zapisaną kartkę i kazała się zapoznać z jej treścią. Gwido dodał, że lepiej w innym pokoju, w samotności - odpowiedź ma być "tak" albo "nie", żadnych "ale". Na kartce wypisano w punktach powinności konspiratora (dość oczywiste). Gdy wróciłem, nikt nie zażądał deklaracji - przeszliśmy do ustaleń.

Ala Wancerz i Kasia Madoń trafiły do grupy, która "zdobywała" mieszkania przeznaczone dla ukrywających się czy na spotkania konspiracyjne. Nie było łatwo, bo ludzie jednak się bali. Ja na początku byłem kimś w rodzaju kuriera, robiłem coś dla "Informacji Solidarności". Trwało to ze dwa tygodnie - przemierzanie zaśnieżonego miasta, wchodzenie do obcych domów (polecanych na zasadzie "łańcuszka"), przełamywanie rodzącego się w ludziach strachu.

Im dłużej tak się toczyło, tym bardziej rósł nasz dystans, rosło poczucie braku zakorzenienia, wyrwania z własnego nurtu. Coraz gorzej było na tym zanikającym czy raczej - pozornym froncie. Nie wystarczała nam rola gońców, a trudno było wyobrazić sobie, że inne nasze predyspozycje zostaną w tej bieganinie zauważone i wykorzystane. Szybko pojawiło się wrażenie jałowości. Traktowano nas przy tym jak ludzi z zewnętrznego zaciągu, nie byliśmy ani dobrze wprowadzeni w środowisko Regionu, ani tak oddani jak Gwido.
Intensywna praca "frontowa" trwała mniej więcej do końca roku, Boże Narodzenie trochę wyciszyło atmosferę. Strajki się kończyły, obrót informacji był coraz wolniejszy. Poczuliśmy potrzebę, by nazywać nową sytuację, choćby po to, byśmy sami rozumieli ją lepiej.

Jeszcze niedawno wydawało się, że społeczeństwo jest w większości nastawione opozycyjnie, że stanowi ogromną siłę, a tu nagle - w ciągu kilku dni - "dziesięć milionów Solidarności" rozwiało się w niebyt… To, jak łatwo Solidarność przegrała, było porażające. Wszyscy mieliśmy świadomość klęski. Chcieliśmy stworzyć coś, co w "wojennych" warunkach pozwoliłoby nam nie tylko zachować podmiotowość, ale też robić z niej użytek.

Zaczęło się od rozmów - czego już nie chcemy robić. Męczyło nas, że zupełnie nie mogliśmy ocenić skuteczności naszych bieżących działań. One były wpisane w jakiś ciąg zdarzeń, których znaczenia nikt nie próbował nawet tłumaczyć, a sądziliśmy, że ta dreptanina raczej traci sens. Nie wydawało się też, by powstawała solidna konspiracja. Czuliśmy, że jesteśmy trochę wykorzystywani, w celach, które może są słuszne, ale nam samym nie pomagają mierzyć się z opresyjną rzeczywistością.

Tuż przed Nowym Rokiem zaczęliśmy mówić o powołaniu pisma, które próbowałoby się zdobyć na elementarną refleksję nad tym, co trwa wokół. Żeby w myśleniu zrobić krok dalej poza te dominujące dotąd informacje o strajkach (gasnących), pobiciach, aresztach. Żeby pojąć, w jakich warunkach żyjemy i czego one od nas wymagają. Zdecydowaliśmy się robić pismo własnym sumptem. Zmierzyć się jakoś inaczej z tym stanem wojennym.

Sylwestra spędzaliśmy u Piotra Mitznera w Podkowie Leśnej. Tam w gronie zaufanych mieliśmy rozstrzygnąć o tytule i formule gazetki. Dołączyli jednak jacyś nieoczekiwani goście zabawowi i musieliśmy rzecz odłożyć. Tylko po północy w jednym z zakątków dużego domu namawialiśmy się trochę. Mówiłem już wtedy o "Karcie" jako tytule.

Uzasadnienie było proste - wiedzieliśmy, że będzie to kartka papieru zapełniona dwustronnie na maszynie do pisania, bo to najprostsze, przy braku urządzeń poligraficznych. Dobrze to się nam też kojarzyło z Kartą Praw - praw, jakie się ma, by żyć w normalny sposób. Poza tym Karta 77, która była nie wprost, ale takim dalekim naszym, czechosłowackim sprzymierzeńcem. W ten sylwestrowy wieczór nie dokończyliśmy rozmowy, nie założyliśmy pisma, lecz umówiliśmy się u mnie za kilka dni.

4 stycznia pięć osób zebrało się wieczorem w domu moich rodziców; każdy przyniósł pomysły, także pierwsze teksty do numeru. Były Ala i Kasia, Agata Tuszyńska (potem z nami nie pracowała), no i ukrywająca się wtedy Aldona Jawłowska, z którą kontakty były już niemal stałe. I tak, w piątkę, powołaliśmy "Kartę". Po ich wyjściu przepisałem wybrane wspólnie rzeczy na maszynie - aby się zmieściły na dwóch stronach kartki A4, następnego dnia kilka egzemplarzy rozdałem do przepisania kolejnym osobom, te dalszym… Tak zaczął się "kolportaż" pierwszego numeru "Karty", datowanego: 4 stycznia 1982.
Pomysł nie był dalekosiężny. Sama forma gazetki pokazuje, że mogła być ona jedynie działaniem chwilowym. Była zabiegiem o znaczeniu mobilizacyjnym - dla nas samych i dla ludzi wokół. Jednak pokazuje też ona naszą ówczesną kategoryczność. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że po 13 grudnia nie istnieje najmniejsze pole do kompromisu, a rzeczywistość ustanowiona przez komunistów nadaje się w całości do odrzucenia. "Karta" była naszym wypowiedzeniem posłuszeństwa.

Za lub przeciw. Trzeciego wyjścia nie ma. Polska Ludowa wprawdzie od początku narzucała nam proste alternatywy (z nią lub przeciw niej), jednak dopiero dzisiaj do wyboru zmuszono wszystkich. Wojskowy pucz nie pozostawił komfortu niezdecydowania. Nikt nie zachowa swojego azylu. Każdy musi podjąć los: prześladowcy, ofiary lub - przeciwnika.
Kwalifikacja moralna prześladowcy (WRON-y [Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego], partii, armii; zomowca, donosiciela, służalca) jest oczywista. Jaka jest zaś w przypadku niezaangażowanych? Myślę, że kwalifikacje te są (tak okrutna to sytuacja) w istocie bardzo do siebie zbliżone. Brak reakcji na zbrodnie jest równie ciężkim, niewybaczalnym przewinieniem.

Każdego z nas (wyłączmy prześladowców) brutalnie znieważono. Własną zniewagę można by jeszcze puścić płazem, ale na tym nie koniec - poniżono też naszych bliskich, naszych rodziców, dzieci, naszych przyjaciół i współpracowników. Junta odebrała nam elementarne ludzkie prawa. Tego darować nie wolno.

Zachowanie godności wymaga dzisiaj bezpardonowej walki. Owszem - z narażeniem siebie. Pamiętajmy jednak, że bezpieczeństwo i spokój, w imię których chcielibyśmy opuścić ręce, mogą nam przynieść jedynie życie moralnego bankruta, życie służalcze, podłe - egzystencję ofiary. (...)

Od razu też umówiliśmy się na kolejne spotkania, ustalając z grubsza, co kto przyniesie, jaką sprawę podejmie. Przychodziliśmy z tekstami i dorabialiśmy je wspólnie, potem to wszystko przepisywałem, dopracowując ostatecznie. Bardzo pomogły teksty, które Aldona przynosiła na te spotkania. Przygotowywała już wówczas zbiór analiz: Gdzie jesteśmy? Klęska czy nowy etap walki? (wyszedł potem w "Kręgu"); od razu mieliśmy rozsądne, przenikliwe wypowiedzi socjologów, prawników, psychologów… Choćby w pierwszym numerze tekst Zamach stanu a prawo, który pokazywał, na ile prawomocny jest stan wojenny - porządne wyjaśnienie, że oczywiście nie jest. To było ważne, że ktoś wznosząc się ponad silne wówczas emocje, przywołuje literę prawa.

Aldonę nazywaliśmy Zosią. Aldon było niewiele, więc posługiwanie się tym imieniem mogłoby identyfikować osobę. Postanowiliśmy zresztą wszystkich przemianować - każdy przybrał nowe imię. Myliły nam się przydziały, ciągle trzeba było je sobie przypominać. Szybko daliśmy więc spokój i tylko "Zosia" utrzymała się dłużej.

Siedem pierwszych numerów to była kartka maszynopisu, zapisywana dwustronnie, gęsto. Teksty dobieraliśmy uważnie, z przekonaniem, że tu słowo znaczy. Przykrawaliśmy je tak, by się zgrabnie mieściły, wypełniając dokładnie obie strony. Najpierw sam przepisywałem to parokrotnie przez kalkę, na papierze przebitkowym, co dawało około 30 egzemplarzy, potem przepisywali je następni, zresztą przeważnie osoby spoza redakcji.
"Karta" nie była pomyślana jako nasza osobista czy grupowa ekspresja, miała to być próba zdefiniowania zaistniałej sytuacji. Byliśmy przekonani, że - mimo początkowo niewielkiego nakładu - jest to publiczny głos w najważniejszej wówczas sprawie: społecznego znaczenia opresji, jaką nam zgotowali komuniści. (...)

Z czasem przychodziła refleksja, że powinniśmy tę rzeczywistość opisywać wnikliwiej; nie definiować jej wyłącznie w kategoriach moralnych. Redakcja nie miała jednak skłonności ani predyspozycji do obejmowania całego życia publicznego. Teksty, które pisaliśmy, miały nieco liryczny, zarazem deklaratywny charakter. To nie była najlepsza metoda na mierzenie się z taką sytuacją. (...)

Trwała jednak wojna - uważałem, że trzeba szukać sobie miejsca na jej froncie, że to nie czas dla pięknoduchów. Wymiar skuteczności stał się wtedy istotny. Inaczej niż w przypadku "Odmowy", która z góry nastawiała nas na pozostawanie na marginesie. Teraz zaś nie chodziło już o miejsce osobne, próbowaliśmy tworzyć jednokartkową esencję społeczeństwa. W tym, co robiliśmy, był rodzaj służebności wobec niego, choć chyba niezbyt świadomej. Wynikało to też z poczucia, że nie pora na kreacje autorskie - teksty podpisywaliśmy najoszczędniej: nie pełnymi pseudonimami, a literkami. (...)

Postanowiliśmy odwołać się do dziennikarzy, osób o temperamencie "reporterskim", które byłyby w stanie wnieść do "Karty" większy zmysł codzienności. Szukaliśmy sojuszników, trochę rozpytywaliśmy, kto by chciał się dołączyć. Od końca stycznia grupa powoli się rozszerzała. Redakcja stawała się zespołem różnorodnym, ale bardzo sobie oddanym. Byliśmy ludźmi o różnych zainteresowaniach i wrażliwości, lecz spotkania odbywały się niezmiennie w dobrej, energetycznej atmosferze.

Tuż przed 10 lutego, dniem niedoszłej obrony swej pracy habilitacyjnej, została aresztowana Aldona. Pracowała z nami ledwie od miesiąca i tu taki cios - zamarliśmy. Przez cały jej pobyt w Gołdapi, w obozie internowania, nie wysłaliśmy do niej żadnej kartki. Z niepewności co do dróg komunikacji, bo raczej nie z obawy o siebie. Że my tutaj - konspiracyjna redakcja - nie możemy ujawniać żadnych związków, by esbecji nie ułatwiać. To była bzdura, zaprzyjaźnieni byliśmy od dawna, nasza obecność byłaby więc naturalna.

Potem, na początku lata, gdy przywieziono ją do szpitala na Banacha w Warszawie - wycieńczoną długą głodówką - udały się nam nocne odwiedziny, nie była strzeżona. Aldona mówiła Ali, która weszła tam sama, jak bardzo ją dotknęło nasze milczenie - że przychodziły do Gołdapi listy zewsząd, bibuła też bez większych utrudnień, a myśmy nawet nie próbowali nawiązać kontaktu.

Karta od początku była niezależna od polityki państwa. Dziś występuje do władz RP o dotację, choć w najmniejszym stopniu nie chcezrzec się zasad, którymi się rządzi

Zbigniew Gluza, "Odkrycie Karty. Niezależna strategia pamięci", wyd. Ośrodek "Karta", Warszawa 2012. Skróty od redakcji

Powrót na siłownię - na jakich zasadach?

Wideo

Materiał oryginalny: Zbigniew Gluza: Opowiem wam, jak powstała "Karta" - Polska Times

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
kierpcosek2

Mam, wszystkie numery!

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3