Zbliża się 100. rocznica urodzin Wandy Kaniorowej

Andrzej Z. Kowalczyk
Kaniorowcy - często słyszymy to określenie i widzimy je w publikacjach. Stało się potocznie używaną, choć nieformalną nazwą Zespołu Pieśni i Tańca Lublin im. Wandy Kaniorowej. Czy jednak dobrze pamiętamy założycielkę i patronkę zespołu? Zbliżająca się 100. rocznica urodzin jest dobrą okazją do przypomnienia tej niezwykłej postaci.

Życie i losy Wandy Kaniorowej tak ściśle związały się z Lublinem, że bez wahania umieszczamy ją w galerii postaci najbardziej zasłużonych dla naszego miasta. Nie była jednak lublinianką z pochodzenia i urodzenia. Rzuciły ją do nas wojenne i powojenne losy, będące udziałem wielu kresowian. Przyszła twórczyni najsłynniejszego lubelskiego zespołu folklorystycznego urodziła się 6 kwietnia 1912 roku w Kijowie, jako córka Kazimierza Królikowskiego i Julii Wandy z domu Śniechowskiej. W jej domu rodzinnym kultywowano tradycje narodowe i czystość języka; obecna w nim była na co dzień literatura wielkich klasyków. Pamiętano o datach rocznic narodowych powstań, pielęgnowano również zwyczaje i obrzędy ludowe związane zwłaszcza ze świętami kościelnymi. Taka atmosfera sprzyjała z jednej strony rozwojowi literackich i reżyserskich uzdolnień młodziutkiej Wandy, a z drugiej - uczyła wrażliwości społecznej, a więc tego wszystkiego, czym zasłynęła po latach. Już w wieku niespełna dziesięciu lat napisała pierwszą sztukę w pięciu aktach pod tytułem "Beduinka", a następnie sama zorganizowała trupę teatralną złożoną z dzieci z sąsiednich podwórek. Właśnie praca z dziećmi i młodzieżą okazała się jej życiowym przeznaczeniem. Czyniła to jako nauczycielka, najpierw w poleskich, a po wojnie w podlubelskich wsiach, następnie zaś w stworzonym przez siebie w 1948 roku Teatrze Młodego Widza, który pięć lat później przekształcił się w Zespół Pieśni i Tańca Ziemi Lubelskiej.

Wszyscy wspominający dzieje zespołu są zgodni co do tego, że o jego kształcie i rozwoju zadecydował bujny talent Wandy Kaniorowej; jej umiejętności organizacyjne, pedagogiczne i artystyczne. Potrafiła jak nikt inny pokonywać wszelkie przeszkody oraz wychowywać dzieci i młodzież tak, że nie tylko rozbudzała umiłowanie pieśni i tańca, lecz także wpajała poczucie wspólnoty, dzięki czemu "Kaniorowcy" również po zakończeniu karier pozostają w pewnym sensie członkami zespołu. Nawet jeśli - jak choćby Bogdan Łazuka - wybrali inną drogę artystyczną i odnieśli na niej znaczące sukcesy. A w jej ślady poszli inni. Zespół Wandy Kaniorowej był pierwszy, a dopiero po nim powstawały kolejne, tworząc z czasem środowisko nazywane często lubelskim "zagłębiem folklorystycznym". Nie będzie więc ani słowa przesady w stwierdzeniu, że to pani Wanda była tą osobą, która roztańczyła Lublin.

Nie ulega wątpliwości, że Wanda Kaniorowa była wybitną choreografką. Przez lata swej działalności artystycznej stworzyła dziesiątki (jeśli nie więcej) prac na najwyższym poziomie. Jej choreografie do mazura ze "Strasznego dworu" czy poloneza "Pożegnanie ojczyzny" Ogińskiego uchodzą za arcydzieła. A tańce z naszego regionu? Jak twierdzi Maja Waliniak, jedna z legendarnych postaci zespołu, pietyzm w traktowaniu przekazu, rozmach i autentyczne wyczucie folkloru przyniosły pani Wandzie miano znawczyni tańców regionu lubelskiego. Nie przypadkiem najsłynniejszy polski zespół folklorystyczny "Mazowsze" - o czym nie wszyscy pamiętają - właśnie ją poprosił o choreografię tańców lubelskich, tańczonych później na estradach całego świata. Choreografie Wandy Kaniorowej pozostały i są wykonywane do dziś. Gdy oglądamy tancerzy w suicie lubelskiej, rzeszowskiej lub biłgorajskiej, gdy podziwiamy fantastycznego "Mazura chłopskiego" do muzyki Karola Namysłowskiego, który po latach powrócił do repertuaru zespołu, warto pamiętać, że są to prace jego założycielki i patronki.

Z twórczością Wandy Kaniorowej możemy zatem wciąż obcować. A jaka była w bezpośrednich kontaktach?

- Już przy pierwszym kontakcie przekonałem się, jak skuteczna była, gdy w grę wchodziły interesy zespołu - wspomina wieloletni kapelmistrz, Henryk Kukawski. - Był rok 1961, zespół przygotowywał się do ważnego wyjazdu do Francji i w kapeli potrzebny był pierwszy skrzypek. Grałem wówczas w orkiestrze lubelskiej operetki, a właśnie tam pani Wanda szukała tego "wzmocnienia". Właściwie nie pozostawiła dużego wyboru dyrekcji teatru, bo pół żartem, pół serio zagroziła, że jeśli nie dadzą jej potrzebnego muzyka, to ona… nie udostępni sali, w której odbywały się próby baletu. Prowadzący orkiestrę Wacław Geiger wskazał na mnie, a ja - choć folklor nie był moim wyborem - nie opierałem się, bo w tamtych latach wyjazd za "żelazną kurtynę" to była wielka atrakcja. Szybko opanowałem repertuar i pojechałem. Później wróciłem do operetki i myślałem, że była to jednorazowa przygoda. Ale wkrótce znowu byłem potrzebny i to drugie "wypożyczenie" przeciągnęło się do ponad 40 lat. Już te pierwsze spotkania pokazały mi, że pani Wanda była kobietą z wielką pasją. Dla niej zespół był wszystkim. I tak potrafiła nim kierować, że tą swoją pasją potrafiła zarażać innych. Ale nie zawsze była łagodna i "do rany przyłóż". Bywało, że dochodziło do naprawdę ostrych spięć. Jednak zawsze potrafiła je załagodzić, a gdy dochodziła do przekonania, że nie ma racji, potrafiła się do tego przyznać.

- Rzeczywiście, dla pani Kaniorowej zespół był na pierwszym miejscu - dodaje Kazimierz Borowiecki, tancerz i instruktor grup dziecięcych. - Często po próbach wracaliśmy razem do domów, bo mieszkaliśmy w pobliżu siebie, i nie przypominam sobie, by w naszych rozmowach pojawiały się inne tematy. Tak samo było na celebrowanych przez cały zespół imieninach pani Wandy. Obchodzonych w jej niewielkim mieszkaniu w Alejach Racławickich, z bukietami własnoręcznie zrywanego przez nas jaśminu i - obowiązkowo - przy jej ulubionym cieście z truskawkami. Być może wyjątkiem były tylko jej tradycyjne czwartkowe brydże, ale wcale nie jestem pewien, czy i tych okazji nie wykorzystywała, aby coś dla zespołu załatwić. A załatwić potrafiła wiele. Czasem uśmiechem, innym razem uporem, a gdy było trzeba - nawet tupnięciem nogą w gabinetach najważniejszych osób. I nie robiła tego dla siebie, ale dla tych wszystkich młodych ludzi, za których czuła się odpowiedzialna.

Dla Wandy Kaniorowej zespół nie był jedynie miejscem pracy. Był sposobem na życie. W 1978 roku, w 30-lecie działalności, w wywiadzie udzielonym Kurierowi Lubelskiemu mówiła: "(…) Przestając stale z młodzieżą, z ludźmi pełnymi radości życia, którzy życie kochają, wówczas człowiek przedłuża sobie młodość. Lubię mocne, radosne życie, wszystko, co tego życia daje pełnię. Czy się będzie wyszywać, grać, czy tańczyć, jeśli ma się co pokochać, to życie jest wówczas pełniejsze. Czasami mówię sobie - kończę z tym, a mimo woli zrywam się i pracuję nadal".

Pracowała do końca, do ostatniego dnia, co w tym przypadku nie jest - używaną często - figurą retoryczną. Po raz ostatni Wanda Kaniorowa była w siedzibie zespołu 11 października 1980 roku. Jak głosi zapis w kronice - jeszcze wydawała dyspozycje, jak załatwić bieżące sprawy, jaki przygotować program na koncert… Jeszcze raz spotkała się z przyjaciółmi. Tego samego dnia odeszła na zawsze.

Od 1981 roku Zespół Pieśni i Tańca "Lublin" nosi imię Wandy Kaniorowej. Jest żywym pomnikiem wybitnej twórczyni i niezwykłego człowieka.


Codziennie rano najświeższe informacje z Lublina i okolic na Twoją skrzynkę mailową. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Andrzej R
Dziś już nie wiele osób wie że w latach 1864-65 z sali na parterze siedziby zespołu przy ! Armii WP dochodziły dźwięki gitar elektrycznych i łomot perkusji. Pani Wanda pozwoliła aby w jej "świątyni folkloru" powstał zespół bigbeatowy. Mało tego. Zakupił nam wzmacniacz gitarowy! LUNA 12W!!! Na tamte czasy to było.....
Skorpiony - tak się nazywaliśmy. A grali: Kazik Borowiecki gitara rytmiczna ten pierwszy w prawym górnym rogu na zdjęciu grupowym) Leszek Krawczyk gitara basowa, na perkusji Stasio...nazwisko mi się zapomniało no i ja na gitarze. Dla ludzi graliśmy przeważnie w klubie Pigułka na Jaczewskiego.
Pozdrawiam wszystkich żyjących muzykantów i słuchaczy.
y
yeti
w Lublinie dbają tylko o pamięć żydowską,może gdy prawdziwi POLACY zasiądą w ratuszu zacznie się kultywować tradycję i historię POLSKI ??????
F
Fang
Czy w Lublinie jest ulica której patronem jest ta zasłużona dla lubelskiej kultury Pani Wanda Kaniorowa.Jeżeli nie to należałoby to zrobić niezwłocznie.Bardziej zasługuje na to niż ostatni ostatni patroni placu przy teatrze czy rond.
P
Piotr
Miły artykuł. A jutro o 17.00 tańczymy!! Dwa jubileusze na rok przed 65 leciem Zespołu. Magia i wehikuł czasu :)
Dodaj ogłoszenie