Ach, ta magia kina... Czekamy na Wasze wspomnienia z "Kosmosu"

Sylwia Hejno
1964 rok. Jubileusz Wojewódzkiego Zarządu Kin w holu "Kosmosu" Fot. archiwum Lucyny Kościk
Lada moment kino "Kosmos" pójdzie do rozbiórki. Wstępną umowę sprzedaży spółka Max Film podpisała w grudniu ubiegłego roku. W Magazynie Kuriera chcemy przypomnieć "Kosmos" z czasów świetności.

1 października 1961 - to była oficjalna data otwarcia nowego kina, które miało być wizytówką miasta. Tłum urzędników Miejskiej Rady Narodowej niecierpliwie wiercił się w krzesłach w oczekiwaniu na projekcję filmu "Ogniomistrz Kaleń". Ale tego dnia z seansu nic nie wyszło. Zacięła się kurtyna, a woda z projektorów ciekła strugami po suficie. Naprawa trwała dwie doby.

Pomimo pechowego startu, "Kosmos" podbił serca lublinian. Był symbolem nowoczesnego, komercyjnego kina. Łzy lały się rzęsiście na "Love Story" czy "Titanicu". Publiczność aż podskakiwała, gdy rozlegał się huk efektów specjalnych podczas "Trzęsienia ziemi" i z zapartym tchem śledziła kolejne części "Gwiezdnych wojen."

Kosmos, największe kino w mieście, w szczytowym okresie mieściło osiemset osiemdziesiąt osób. I sala była regularnie wypełniona po brzegi, a w oczekiwaniu na seans można było zagrać na automatach ustawionych w holu budynku.
Dziś przedstawiamy Państwu Danutę Kościk, dyrektorkę "Kosmosu" w latach 1990-2001 oraz Stanisława Krusińskiego, filmoznawcę związanego z tym kinem. Publikujemy ich historie. Od przyszłego tygodnia tę rubrykę oddajemy w Wasze ręce.

Przysyłajcie wspomnienia związane z kinem "Kosmos": pocztą (Kurier Lubelski, Krakowskie Przedmieście 10/1, 20-002 Lublin z dopiskiem "Kosmos"), mailem ([email protected] z tytułem "Kosmos"), bądź przynoście je do naszej redakcji. Najlepsze listy opublikujemy (zastrzegamy sobie prawo do ich redakcji i skrótów). Na wyróżnionych przez nas autorów czekają atrakcyjne nagrody - CD z muzyką filmową i filmy na DVD. Ufundował je Kulturomaniak z E.Leclerc.

Lucyna Kościk, wieloletnia dyrektorka "Kosmosu"

To miało być tak na chwilę, a związałam z kinem całe życie. Mieliśmy w "Kosmosie" takiego widza… wielkiego fana Bruce'a Lee. Był na "Wejściu smoka" pięćdziesiąt razy. Bilet na pięćdziesiąty pierwszy seans dostał gratis. Pamiętam mnóstwo takich sytuacji - dowodów, że to kino znaczyło dla wielu ludzi wiele.

Regularnie przychodziła młodzież z okolicznych szkół. Przez długi czas dostawałam listy od jednego z absolwentów. Z więzienia. Prosił, żeby mu przysyłać reklamy i fotosy z wchodzących na ekrany filmów, bo założył kącik filmowy w więzieniu w Radomiu.
Najmilej wspominam czasy, kiedy w "Kosmosie" dzieci ze Starego Miasta miały swoje przytulisko. Dzisiaj myślę, że to było coś na kształt domu. Wiele z nich pochodziło z biednych, wielodzietnych rodzin, nikt im nie poświęcał uwagi, niektóre już miały problemy z używkami, a dwoje dzieci z tzw. "dobrych domów" wąchało butapren. Serce się ściskało. Musiałam być w stałym kontakcie z dzielnicowym. Wspólnie udało nam się skierować jedno z tych dzieci na odwyk. Teraz nie żyje. Kiedy myślę o tym chłopcu, to widzę bladą buzię i sińce pod oczami.

Pamiętam też chłopca, którego rodzice mieli szczęście do bliźniaków. Kiedy urodziły się trzeci raz z rzędu, koniecznie chciał pójść z kolegą na jakiś film o dwudziestej. - Piotruś - mówię - film skończy się o 22, będziesz musiał sam wracać o tej porze, ja się boję o ciebie i co powiedzą twoi rodzice? Zaśmiał się tylko i wyjaśnił: - Rodzice świętują i nie zwracają uwagi czy jestem, czy mnie nie ma.

Niektóre dzieci znajdowały zajęcie w domu kultury. Dwójka chłopców ćwiczyła akurat breakdance. Chyba była wtedy wiosna, albo jesień, bo pamiętam jak radośnie zrzucali kurteczki, gdy skrzyknęłam całą załogę, żeby na nich popatrzyli. Ależ oni się przed nami popisywali! Tak bardzo tego potrzebowali, a w "Kosmosie" był taki piękny hol…

Takie dzieci do nas przychodziły. Wpuszczaliśmy je jakoś dyskretnie, bokiem, żeby nikt z publiczności nie widział, że za darmo, bo i czym miałyby zapłacić? I jak w ogóle prosić o pieniądze, kiedy czasem oddawało się takiemu dziecku kanapkę, bo ono było zwyczajnie głodne? Pomimo że o takich dzieciach mówi się, że są "trudne", to nam nie sprawiały kłopotów. Szukały akceptacji i dobrze się czuły, bo ją znajdowały. To moje najpiękniejsze i najsmutniejsze wspomnienia.

Wielu widzów znaliśmy z widzenia. Mieli nawet swoje stałe miejsca w kinie. Było ich dokładnie osiemset osiemdziesiąt osiem. Gdy weszły nowe przepisy, w myśl których w sali powyżej sześciuset miejsc trzeba było wmontowywać czujniki dymu, zmniejszyliśmy ilość miejsc do pięciuset osiemdziesięciu.

Na niektóre filmy przychodziły takie tłumy, że były grane tygodniami i trzeba było organizować dodatkowe, nocne seanse. A gdy trafiały się filmy słabsze, wynajmowałam salę na recitale, występy, kabarety. Kino prosperowało bardzo dobrze. Był okres, że zajmowało trzecie miejsce w Polsce pod względem pozyskiwanego przychodu.

Walczyłam o to kino jak lwica. Dużo się narażałam. Chodziłam do Urzędu Marszałkowskiego, rozmawiałam z mediami, występowałam w telewizji. Zostałam dyrektorką w 1990 r., a zatem w okresie trudnym, gdy kina się prywatyzowały. Nie mogłam przeboleć, że nasze miasto oddało "Kosmos" warszawskiej spółce Batax, pomimo że dobrze mi się z nią współpracowało. Potem Batax przekształcił się w Viktonex. W połowie lat 90. przejął nas warszawski Max Film i po jego staraniach znowu trafiliśmy pod czapkę państwową, tym razem Urzędu Marszałkowskiego w Warszawie.

Myślę, że "Kosmos" miałby szansę dziś przetrwać jako kino trzysalowe z ofertą familijną. Sama byłam ostatnio w kinie na "Róży" i ledwo dostałam ostatnie bilety. To dowodzi, że istnieje w Lublinie popyt.

Do "Kosmosu" już nigdy więcej nie poszłam po tym, gdy zakończyłam pracę w 2001 roku. Było mi żal.
Wysłuchała Sylwia Hejno

Stanisław Krusiński, filmoznawca

Po raz pierwszy "Kosmos" w moim życiu pojawił się pod koniec lat 60. Mieszkałem wówczas w małej wsi koło Bychawy i od czasu do czasu przeżywałem atrakcje związane z wizytami kina objazdowego, serwującego filmy zgrane, do tego na podłej jakości taśmie. I nagle pewnego dnia mój najstarszy brat mieszkający na stancji w Lublinie zabrał mnie do prawdziwego kina, na prawdziwy, jeszcze świeżutki film - w dodatku panoramiczny. "Działa Navarony", bo o nich mowa, jeszcze dziś są znakomitym widowiskiem, a cóż mówić wtedy... To był dla mnie istny szok, coś jak uderzenie pioruna w dziecięcą wyobraźnię.Kiedy wracaliśmy po seansie trolejbusem do domu, z emocji poczułem mdłości i musieliśmy wysiąść koło Domu Kultury Kolejarza. Dalszą część drogi pokonaliśmy taksówką. Do dziś pamiętam minę brata, kiedy musiał wysupłać 8,5 zł za przejazd.

Ten seans ostatecznie przesądził o mojej filmowej pasji, która z biegiem lat coraz częściej związana była właśnie z "Kosmosem". Na studiach wspólnie z Piotrem Kotowskim prowadziliśmy DKF Bariera w UMCS i z konieczności musieliśmy czytać listy dialogowe do filmów prezentowanych w oryginalnej wersji językowej.

Bywały dni, że nie wychodziłem z "Kosmosu". Moim rekordem było czytanie listy dialogowej do filmu "Miłość, szmaragd i krokodyl" przez 25 dni. Każdego wieczoru meldowałem się w kinie. Kiedy niedawno film pojawił się w telewizji, oglądałem go bez dialogów... Najwięcej emocji towarzyszyło mi jednak podczas pierwszego pokazu "Parku jurajskiego" Stevena Spielberga. Sala wypełniona tłumem ludzi, sporo ważnych osób, dużo kolegów i ja czytający na ślepo bez możliwości wcześniejszego obejrzenia filmu. To zresztą zdarzało się bardzo często - listy dialogowe pełne były pułapek w postaci brakujących kilku scen czy podstępnych literówek. Czasami było się mimowolnym współtwórcą filmu wymyślając brakujące dialogi.
Wracając do Spielberga, kiedy na ekranie Kosmosu pojawiły się "żywe" dinozaury widzowie zapomnieli o lektorze, a ja o niekompletnej liście dialogowej. Znów zadziałała wyjątkowa magia kina jako miejsca wspólnego przeżywania iluzji możliwej tylko dzięki X Muzie.

Moje związki z "Kosmosem" osłabły na początku tego stulecia, kiedy kino trafiło we władanie warszawskiej instytucji Max Film i powoli traciło swój magiczny charakter. Ale to już temat na osobne opowiadanie.

Wideo

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Z
ZYGMUNT
było fajnie , mój tata do dziś wspomina karmazynowego pirata A TERAZ TURSCY WYBUDUJĄ NASTĘPNEGO SKYSCRAPERA
j
john_doe
tak fotka druga i mina tego pana bezcenne... jak i napoj obok ;) Tez mi brakuje starych kin ten plexi cinema to kino dla szczyli.Faktem jest ,ze fotele w Kosmosie - odleglosci pomiedzy fotelami byla tylko dla osob niskich.... ale klimat o wiele lepszy niz w multipleksie..
w
witek
kasy spadło chyba za film,,Wejście smoka,, sam byłem kilkanaście razy,a zam takich,co wychodzili i wchodzili po raz drugi w tym samym dniu,ale kiedy to było
g
gość
Mam jak najlepsze wspomnienia i żadne cinema city nie będzie dla mnie miało atmosfery prawdziwego kina
d
dix
Moje wspomnienia z Kosmosu to głównie boląca d*pa i plecy od siedzenia w ultraniewygodnych fotelach. Uruchomienie CinemaCity powitałem tańcem radości.
Z
Ziggy
... Stanisław Krusiński, Lucyna Kościk, bileterka Zofia Myśliwiec, złota rączka "Kosmosu" Ryszard Bartoszek i kasjerka Zofia Nestorowicz... oraz w roli głównej flaszka...:-)
w
wtf
Najbardziej oldschoolowe hehehehe
Dodaj ogłoszenie