Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Rozmowa z Marcinem Januszem, rozgrywającym siatkarskiej reprezentacji Polski: Aby zostać mistrzem - trzeba zachowywać się jak... mistrz!

Adam Godlewski
Adam Godlewski
Po wywalczeniu tytułu mistrza Europy Marcin Janusz miał powód do zadowolenia. A nie był to jedyny powód do radości w minionym, niezwykle udanym sezonie.
Po wywalczeniu tytułu mistrza Europy Marcin Janusz miał powód do zadowolenia. A nie był to jedyny powód do radości w minionym, niezwykle udanym sezonie. Sylwia Dąbrowa/polska press
Marcin Janusz przebojem wdarł się do siatkarskiej reprezentacji Polski, w której - odkąd selekcjonerem został Nikola Grbić - jest niekwestionowanym pierwszym rozgrywającym. Z jednym z liderów Biało-Czerwonych podsumowaliśmy złoty i naznaczony wieloma rekordami sezon kadry. - Jeśli jest czas, żeby poświętować to mamy akceptację od trenera, który włącza zielone światło. Każdy na tyle zna swój organizm i ma w sobie tyle odpowiedzialności, że potrafi połączyć dobrą zabawę i próbę odcięcia się od emocji, z profesjonalnym zachowaniem - mówi bez ogródek nasz playmaker.

To był najlepszy sezon, odkąd zacząłeś grać w siatkówkę?
Zdecydowanie tak, bo udało się połączyć świetne wyniki klubowe z ogromnymi sukcesami w kadrze. Myślę, że dla reprezentacji Polski to również był jeden z najlepszych sezonów z historii, wygraliśmy praktycznie wszystko, co było do wygrania. I to jest piękne. Oczywiście, wszyscy mamy gdzieś w głowach przyszły sezon z igrzyskami olimpijskimi, które byłyby na pewno pięknym zwieńczeniem tego całego udanego okresu, ale na chwilę obecną jesteśmy bardzo zadowoleni. Ja osobiście - nawet bardzo!

Po wygranej ZAKSY w Lidze Mistrzów, z reprezentacją wygrałeś mistrzostwa Europy, Ligę Narodów i turniej kwalifikacyjny do igrzysk. Naprawdę można przygotować trzy szczyty formy w sezonie? I jak wielką stratą energetyczną okupiliście ten morderczy, wielomiesięczny maraton?
Myślę, że bardzo ciężko przygotować trzy szczyty formy i w tym miejscu ukłony w stronę sztabu. Za to, że prawie się to udało, chociaż ja nie uważam, że mieliśmy trzy turnieje, gdzie graliśmy najlepszą siatkówkę. Liga Narodów i mistrzostwa Europy – tu się zgodzę, że ta siatkówka była na najwyższym poziomie. Natomiast w kwalifikacjach do igrzysk spisywaliśmy się trochę gorzej, bo fizycznie czuliśmy się także gorzej. Ale to jest naturalne, stąd moje ciepłe słowa pod adresem sztabu, że trenerzy i fizjoterapeuci potrafili postawić nas na nogi i tak, jak mówił trener Nicola – mimo że ta cytryna była już wyciśnięta prawie do końca, byliśmy w stanie znaleźć jeszcze trochę soku w sobie. Na tyle dużo, żeby wygrać jeszcze jeden bardzo ważny turniej. Myślę nawet, że kluczowy przed przygotowaniami w przyszłym roku do igrzysk w Paryżu, ponieważ dzięki zwycięstwu w Chinach czasu na olimpijskie przygotowania będzie więcej, a ich komfort wyższy. Długa i nieprzerwana seria wygranych bardzo dobrze świadczy o naszej drużynie, żaden sukces nie był przypadkowy, nikt nie ma prawa powiedzieć, iż raz – może przypadkowo – trafiliśmy z formą. Byliśmy bowiem powtarzalni, zwyciężaliśmy regularnie, a przede wszystkim – graliśmy dobrze w najważniejszych momentach. Nie odpuszczaliśmy, a forma zarówno fizyczna, jak i mentalna była na tle rywali naszym atutem, co dobrze zwiastuje na przyszłość.

Moc czuliście głównie pod względem typowo siatkarskim, czy właśnie mentalnym? W Chinach, gdzie zmiana strefy czasowej też wam nie pomogła, okazaliście się wielkimi mistrzami tie-breaków. Można było nawet odnieść wrażenie, że nasz zespół cechuje bezczelna pewność siebie...
Bez wątpienia, jesteśmy pewną siebie drużyną. To widać od środka, i przeciwnicy też to widzą. Kiedy patrzymy na siebie na boisku, to udziela się wszystkim w naszym zespole, a w trudnych momentach jest wręcz zaraźliwe. Inna sprawa, że wiele podobnych meczów już wcześniej rozegraliśmy. To znaczy takich, gdzie nie szło nam siatkarsko szczególnie dobrze, i mieliśmy problemy z poszczególnymi elementami. Ale widać było i czuliśmy to także do wewnątrz, że nie panikujemy w trudnych momentach, że ze spokojem podchodzimy do rywalizacji – nawet będąc faworytem – przy wyniku 23:23. Czyli wówczas, gdy teoretycznie temu faworytowi powinno się trudniej grać, z uwagi na dodatkowe obciążenie fizyczne i psychiczne, a także oczekiwania wobec nas. Każdy indywidualnie ma tyle doświadczenia, czy to z rozgrywek klubowych, czy z wcześniejszych sezonów reprezentacyjnych, że do takich rozstrzygających chwil wszyscy podeszliśmy z chłodną głową. To zaprocentowało zarówno na mistrzostwach Europy, jak również w kwalifikacjach olimpijskich. I właśnie takie doświadczenia uważam za bezcenne.

Teraz kibice mają właściwie tylko jedną obawę - czy ta tegoroczna dyspozycja nie przyszła rok za wcześnie?
Wydaje mi się, że każdy sezon będzie osobną historią i nikt u nas nie traktował zakończonego właśnie okresu jako przygotowania do tego, co będzie za rok. Choć bez wątpienia dla naszych szkoleniowców od przygotowania fizycznego i dla selekcjonera Nicoli była to znakomita okazja do wyciągnięcia wniosków. W przyszłym sezonie będziemy mieć pewnie górki i dołki, bo na tak długim dystansie trudno uniknąć wahań formy, dlatego kluczowe było zakwalifikowanie się na igrzyska już w Chinach. Dzięki temu w przyszłym sezonie kadrowym będziemy mogli dostać trochę więcej wolnego, i trochę spokojniej się przygotować do startu w Paryżu, w ogóle nie oglądając się na ranking światowy. I na mecze Ligi Narodów, bo wiadomo, że priorytetem w przyszłym roku będą igrzyska. Dlatego jestem spokojny. Tym bardziej, że ludzie, z którymi pracujemy są fachowcami. Potrafią wstrzelić się z naszą najwyższą dyspozycją w ten najważniejszy moment, co miniony sezon pokazał najlepiej.

Dodatkowo motywuje, czy raczej usztywnia was fakt, że bijecie kolejne rekordy reprezentacji i serię meczów bez porażki macie już najdłuższą w historii?
Na pewno dla wielu z nas na turnieju w Chinach była to dodatkowa motywacja, której musieliśmy już szukać. Oczywiście, sama kwalifikacja na igrzyska jest ogromnym bodźcem, ale trzeba pamiętać, że byliśmy po dwóch złotych medalach, a po takich sukcesach zmotywować się jest zdecydowanie trudniej. Więc takie dodatkowe rzeczy, jak właśnie świadomość wspomnianej serii, pomagała zagrać dobrze w bloku, czy w obronie. Na pewno nie było to coś, co nas dodatkowo obciążało psychicznie. Ta seria kiedyś się skończy, i oczywiście lepiej dla nas, żeby skończyła się jak najpóźniej, ale nie będzie powodowała dodatkowego spięcia w czekających nas przed igrzyskami meczach Ligi Narodów. Będziemy po prostu podchodzić do każdego meczu tak jak dotychczas, czyli z nastawieniem, aby zagrać dobrą siatkówkę i wygrać. Nikt nie będzie dorabiał jakiejś dodatkowej filozofii do meczu siatkarskiego. Bo to nie ma sensu.

Czy po tak długim i wyczerpującym sezonie jeszcze możecie na siebie... patrzeć?
Jeśli chodzi o atmosferę w szatni, i w ogóle w drużynie – było naprawdę dobrze. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, bo sezon reprezentacyjny trochę się różni od tego klubowego – z reguły jesteśmy zamknięci w jednym hotelu, wszystkie posiłki spożywamy razem, czas wolny także spędzamy wspólnie. W klubie to trochę inaczej wygląda, bo jest też moment dla rodziny, dla bliskich i zawsze można złapać oddech w trochę inny sposób. Na kadrze jesteśmy cały czas razem, dlatego myślę, że jednym z największych plusów w tej drużynie jest to, że po prostu lubimy siebie i dobrze spędzamy czas w swoim gronie. W przeciwnym razie, niezależnie nawet od tego, że jesteśmy bardzo dobrymi siatkarzami, na najwyższym światowym poziomie, atmosfera zaczęłaby gęstnieć z czasem. Nawet mimo dobrych wyników. Wiadomo, na koniec każdy odetchnął, że w końcu się rozjeżdżamy – bo ileż można siedzieć ze sobą?! – ale było to bardziej humorystyczne podsumowanie niż rzeczywiście ktoś kogoś miał już dość.

Są zadaniowcy od robienia atmosfery w talii asów Nikoli Grbicia?
Jedną osobę trudno mi wymienić w odpowiedzi na takie pytanie. Jesteśmy grupą – mimo tego, że dobrze się dogadujemy – o zupełnie różnych charakterach. I mamy jednostki bardzo ekspresyjne, jak Tomek Fornal oraz spokojniejsze – jak Kamil Semeniuk. Atmosferę robi cała drużyna i to jest ważne. Niepotrzebny kwas potrafi zepsuć cały organizm, jakim jest zespół, więc każdy jest w tej drużynie odpowiedzialny za to, żeby wszystkim żyło się dobrze podczas zgrupowań. Nawet jeśli pojawiły się jakieś małe spory przez te kilka minionych miesięcy, to każdy z nas starał się zamienić je w żart, żeby na koniec dnia wyszła z tego jakaś pozytywna sytuacja. I to jest naszą siłą. Tak, jak mówię – jest kilka osób głośniejszych, które widać, i takie też są potrzebne, ale mamy też taką fajną równowagę charakterów. Co również przekłada się na wyniki.

Macie jakieś uświęcone rytuały, przećwiczyliście choćby świętowanie? Trener Grbić nie ma problemu, gdy kapitan zarządza wspólne wyjście na piwko?
Oczywiście, jeśli jest czas, żeby poświętować to mamy akceptację od trenera, który włącza zielone światło. I nie ustanawia w takich sytuacjach kontroli nad nami. Jest zaufanie ze strony sztabu, że nawet jeśli wychodzimy i teoretycznie możemy robić co chcemy, to każdy na tyle zna swój organizm i ma w sobie tyle odpowiedzialności, że potrafi połączyć dobrą zabawę i próbę odcięcia się od emocji, z profesjonalnym zachowaniem. Zresztą, nie było nawet czasu, żeby jakoś szczególnie się rozwinąć na tym polu. Gdy wygraliśmy Ligę Narodów, to oczywiście poświętowaliśmy, ale w głowie mieliśmy, że zaraz są mistrzostwa Europy. A po mistrzostwach Europy też był bardzo krótki okres do kwalifikacji olimpijskich, więc nikt nie zapomniał się w celebrowaniu złotego medalu. To jednak zupełnie normalne, że nie chcemy być ludźmi, którzy tylko świetnie grają w siatkówkę i każdy sukces traktują jako normę, a później mają w głowach wyłącznie na treningi. Czas poświęcony na świętowanie sukcesów jest ważny dla atmosfery. Kiedy mamy pracować, to rzeczywiście jesteśmy skupieni na zajęciach na hali czy na siłowni, i ta praca jest na najwyższym poziomie. A kiedy wychodzimy wspólnie na miasto – jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy potrafią się też pobawić. Po prostu.

Skoro padło nazwisko Grbicia, to co trener u was zmienił? W siatkówkę potrafiliście znakomicie grać już wcześniej, ale tegoroczne wyniki pokazują, że selekcjoner znalazł zupełnie nowy klucz do drużyny.
To, co do tej pory zrobiło na mnie największe wrażenie, to epizod z zeszłorocznych mistrzostw świata. Mieliśmy taką sytuację w grupie, że mogliśmy wybrać sobie łatwiejszą – teoretycznie – drogę do finału. Jeśli przegralibyśmy tam jeden mecz, ostatni ze Stanami Zjednoczonymi, to nie trafilibyśmy później właśnie na USA w ćwierćfinale i na Brazylię w półfinale. Było dużo spekulacji w mediach na ten temat, my też dostawaliśmy wiele pytań przed tym ostatnim starciem pierwszej fazy. Nikola wziął nas wtedy na spotkanie – a jeszcze nie było pewne, że mamy nową jakość, byliśmy drużyną, która musi się pokazać na arenie międzynarodowej i potwierdzić wysokie aspiracje – i powiedział, że jeśli chcemy być najlepsi na świecie, jeśli chcemy wygrywać turnieje takie jak mistrzostwa świata czy w przyszłości igrzyska olimpijskie, to musimy myśleć jak mistrzowie. Czyli to inne drużyny powinny nas się bać. Oczywiście, my z szacunkiem podchodzimy do każdego z rywali, ale to wtedy trener uświadomił nam, że drogę na top ułatwiać możemy sobie tylko i wyłącznie zwycięstwami. Na mnie wywarło to ogromne wrażenie. Sprawiło się i cały czas mam w głowie, że aby zostać mistrzem, to trzeba zachowywać się jak mistrz. Istniało duże ryzyko, że taką postawą utrudnimy sobie, czy nawet zamkniemy drogę do strefy medalowej, można było przecież przegrać zarówno ze Stanami, jak i z Brazylią w drodze do finału, do którego ostatecznie i tak dotarliśmy, ale dzięki obranej strategii zbudowaliśmy mentalność zwycięzców. Uwierzyliśmy w projekt trenera Nikoli, który wywarł wrażenie już faktem, jak niesamowicie jest utytułowany jako zawodnik i szkoleniowiec, ale też pokazaliśmy, że choć już wcześniej wiele wygrywaliśmy to stanowimy grupę, która nadal chce się uczyć.

Byłeś zaskoczony, że Grbić tak szybko i zdecydowanie postawił na ciebie w roli pierwszego rozgrywającego reprezentacji?
Wiedziałem, że mam umiejętności na światowym poziomie i sezon w Kędzierzynie-Koźlu, w którym wygraliśmy Ligę Mistrzów potwierdził, że mam pełne prawo grać z najlepszymi jak równy z równymi i z nimi wygrywać, ale nie spodziewałem się tego. To znaczy nie oczekiwałem, że teraz przyjadę na kadrę i będę bezapelacyjnie "jedynką". Nadal zresztą nastawiam się na bardzo mocną pracę, nie zamierzam wrzucać na luz, bo cały czas chcę się rozwijać. I spłacać kredyt zaufania, jakim obdarzył mnie trener.

Czy na najwyższym poziomie światowym ma to znaczenie, że macie takich sponsorów jako ORLEN?
Oczywiście. Sponsorzy to nieodłączna część profesjonalnego sportu i jesteśmy bardzo wdzięczni za to, co robią dla nas właśnie takie firmy, jak ORLEN. Bo dzięki nim mamy ogromny komfort pracy, przede wszystkim możemy skupić się tylko i wyłącznie na siatkówce. Wszystkie sprawy organizacyjne – hotele, przeloty, posiłki, treningi; a to jest naprawdę mnóstwo małych rzeczy – składają się na sukces. A do głowy nie przychodzi mi jakikolwiek moment, w którym musielibyśmy tracić naszą energię na organizację. Czy cokolwiek dookoła siatkówki. I to jest bardzo cenne dla nas jako zawodników. Można nawet powiedzieć, że jest kluczowe, bo mamy po prostu spokojne głowy.

Wnioskuję zatem, że fatum olimpijskie nie spędza snu z powiek żadnemu z zawodników naszej fantastycznej w minionym sezonie siatkarskiej reprezentacji?
Powtórzę – każdy turniej to zupełnie inna historia, ale na pewno zbudowały nas tegoroczne triumfy. Oczywiście, to nie oznacza, że wynaleźliśmy patent na wygrywanie i teraz będziemy zwyciężać już we wszystkich imprezach, ale w głowach zostanie na pewno, że potwierdziliśmy wszystkim i sobie, że w trudnych momentach nie pękamy. W minionym sezonie rozegraliśmy mecz z każdym ze światowej czołówki i z każdym wygraliśmy, więc to jest bardzo cenne. Jesteśmy mocnym zespołem mentalnie i siatkarsko, ale nie zapominamy, że w sporcie wszystko się może zdarzyć. Na pewno jednak nie wierzymy w żadne klątwy, co udowodniliśmy w starciu ze Słowenią w półfinale mistrzostw Europy. Wychodzimy z założenia, że wszystko sprowadza się do siatkówki, i do tu i teraz. Z szacunkiem podchodzimy do rywali, wiemy, że z drugiej strony siatki też poziom jest bardzo wysoki, ale mamy wszystkie argumenty, żeby wygrać z każdym przeciwnikiem.

Rozmawiał Adam Godlewski

od 12 lat
Wideo

92. Derby Rzeszowa: Stal pokonuje Resovię 2:0

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Rozmowa z Marcinem Januszem, rozgrywającym siatkarskiej reprezentacji Polski: Aby zostać mistrzem - trzeba zachowywać się jak... mistrz! - Portal i.pl

Wróć na kurierlubelski.pl Kurier Lubelski