Wszechświat królowej popu

Marek Świrkowicz
Jesteśmy w wielkiej fabryce słodyczy. Na naszych oczach powstaje smakowita różowa landrynka. Puszczona w ruch mocą potężnej maszynerii pędzi krętymi tunelami niczym kulka we flipperze. W pewnym momencie gigantyczny ekran, na którym śledzimy losy cukiereczka, zaczyna rozszczepiać się na mniejsze części, odsłaniając planszę z emblematem królowej popu. Z potężnych, skierowanych na wszystkie strony głośników dobiegają pierwsze takty zmysłowego "Candy Shop".

Dekoracje obracają się, ukazując złocisty tron w kształcie litery "M". Wyrywający się z tysięcy gardeł pisk wita siedzącą na nim gwiazdę, która w czarnym, seksownym wdzianku od Givenchy rzuca się w wir scenicznych szaleństw. I od tej chwili nie ma taryfy ulgowej.

Tak rozpoczął się występ Madonny, który zaledwie parę dni temu miałem przyjemność oglądać w paryskiej hali Bercy. Tak też rozpocznie się show, który największa gwiazda w historii muzyki pop zaprezentuje polskiej publiczności 15 sierpnia na warszawskim lotnisku Bemowo. I mogę z czystym sumieniem zapewnić: to będzie najwspanialsze, najbardziej imponujące i emocjonujące widowisko, jakie kiedykolwiek mieliśmy okazję oglądać nad Wisłą.

Celowo unikam określenia "koncert". Bo to, co królowa prezentuje podczas trwającej właśnie trasy "Sticky & Sweet Tour" (która już przyniosła artystce ponad 300 mln dol., przewodząc stawce najbardziej dochodowych przedsięwzięć w historii muzyki), ostatecznie zrywa z naszym dotychczasowym pojmowaniem występów na żywo.

Raz na zawsze zapomnijcie o schemacie "artysta wychodzi na scenę i odgrywa kolejne piosenki". Najnowsza produkcja Madonny to zapierający dech w piersiach multimedialny spektakl, w którym muzyka na równych prawach współistnieje z innymi dziedzinami sztuki: tańcem, teatrem, filmem, grafiką, fotografią, a nawet grą komputerową. Dopracowany w najdrobniejszych szczegółach scenariusz nie pozwala ani na chwilę oderwać wzroku i nieustannie zaskakuje kolejnymi zwrotami akcji, a barwny kalejdoskop odniesień stylistycznych i kulturowych przyprawia wręcz o intelektualną chorobę morską.
Czego tu nie ma! Potężna, naszpikowana zapadniami i podnośnikami scena (połączona ruchomym chodnikiem z drugą, wysuniętą daleko w tłum) staje się m.in. klubowym parkietem, peronem nowojorskiego metra (dzięki sprytnym efektom specjalnym Madonna i jej tancerze mogą zniknąć za drzwiami wirtualnego wagonu), bokserskim ringiem czy... ukraińską chatą. W czasie stylowego "Beat Goes On" na deski wyjeżdża lśniący, biały rolls-royce, "Into The Groove" to karkołomne popisy skoków na skakance, w "You Must Love Me" po scenie spacerują roboty, "Devil Wouldn't Recognize You" ukazuje nam gwiazdę wyginającą się zmysłowo na czarnym fortepianie za przezroczystym, cylindrycznym ekranem, a wykonana w cygańskim stylu "La Isla Bonita" kończy się solowym popisem Ukraińców z Kolpakov Trio.

A to zaledwie drobne migawki z tej blisko dwugodzinnej parady osobliwości. Madonna, niczym nabuzowana energią nastolatka, szaleje na scenie w towarzystwie zastępu tancerzy i co kilkanaście minut zaskakuje nowym wcieleniem: a to chwyci za gitarę i przyłoi jak prawdziwa rockmanka, a to wskoczy w oldschoolową minispódniczkę i getry, a to przywdzieje powłóczystą suknię albo wcieli się w hiszpańską kusicielkę. A przy wtórze płynnie zmieniających się kompozycji, których układ bardziej niż tradycyjną koncertową setlistę przypomina narkotyczny sen szalonego didżeja (tak naprawdę cały program występu to jeden wielki, poszatkowany remiks), przed oczami zachwyconych widzów przewijają się kolejne niezwykłe obrazy.

Jest w tym wszystkim miejsce i na sztukę (tanecznym harcom towarzyszą charakterystyczne grafiki Keitha Haringa), i na politykę (podczas "Get Stupid" widzimy na ekranach z jednej strony Hitlera i Stalina, a z drugiej Gandhiego, Matkę Teresę z Kalkuty i Baracka Obamę) i na odrobinę autoironii ("She's Not Me" to zabawny przegląd kolejnych wcieleń artystki). Nie brak też muzyczno-tanecznego hołdu dla Michaela Jacksona oraz specjalnych gości. Tyle że wyczarowanych przez speców od efektów specjalnych. Dzięki nim na scenie pojawiają się m.in. Timbaland i Justin Timberlake, którzy, zamknięci w ruchomych ekranach, śpiewają i tańczą wspólnie z gwiazdą wieczoru.

Brak tylko jednego - obyczajowej i religijnej prowokacji, której tak obawiają się nasi stróże moralności. Spieszę donieść, że wbrew ich przewidywaniom Madonna nie przybija się do krzyża, nie przystraja skroni koroną cierniową ani nie epatuje wulgarną seksualnością. No, chyba że ktoś poczuje się obrażony przelatującymi przez ekran w pewnym momencie cytatami z Biblii, Koranu i innych świętych ksiąg albo paroma sugestywnymi pozami artystki. A jedynym naprawdę szokującym elementem paryskiego widowiska było dla mnie odkrycie, jak słabiutko królowa popu radzi sobie ze śpiewaniem na żywo. Ale kto by się tym przejmował?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na kurierlubelski.pl Kurier Lubelski
Dodaj ogłoszenie