„Antygona” w Teatrze Kameralnym: Poprawnie zrobiona lektura...

    „Antygona” w Teatrze Kameralnym: Poprawnie zrobiona lektura (RECENZJA)

    Andrzej Z. Kowalczyk

    Kurier Lubelski

    Kurier Lubelski

    „Antygona” w Teatrze Kameralnym: Poprawnie zrobiona lektura (RECENZJA)
    1/16
    przejdź do galerii

    ©Marek Dybek

    Nie ulega wątpliwości, iż znaczną część publiczności lubelskiego Teatru Kameralnego stanowią widzowie młodzi, a w jego repertuarze dość często pojawiają się szkolne lektury. Z czego oczywiście nie czynię teatrowi zarzutu; przeciwnie – uważam za swego rodzaju misję. Mając jednak świadomość tego faktu wiedziałem mniej więcej, czego mogę się spodziewać na premierze „Antygony” – najnowszej realizacji Kameralnego.
    Nie oczekiwałem eksperymentu ani spektaklu opartego na wielkiej artystycznej wizji, jakim była realizacja Leszka Mądzika i Anny Chodakowskiej sprzed dwudziestu lat w Teatrze Osterwy. Spodziewałem się przedstawienia – nazwijmy to tak – edukacyjnego, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Przez co rozumiem: szacunek dla tekstu i widza, konsekwencję reżysera oraz aktorstwo na poziomie co najmniej dobrego rzemiosła.
    I taki właśnie spektakl otrzymałem. Reżyser, Jan Wojciech Krzyszczak podszedł do tekstu „Antygony” właśnie z szacunkiem. Nie uległ (bo zwykł tego czynić) obowiązującej dziś modzie na dopisywanie klasykom dodatkowych scen czy całych wątków. Zrealizował tę tragedię w takim kształcie, w jakim Sofokles ją napisał; nie udziwniając jej ani nie uwspółcześniając na siłę. Uważam to za ważne nie dlatego, że dzięki temu młodzież będzie mogła „zaliczyć” lekturę, lecz dlatego, że po długiej nieobecności tej sztuki na lubelskiej scenie publiczność otrzymała okazję zobaczenia „Antygony”, a nie jakichś wariacji na jej temat. Co więcej – twórca spektaklu nie skorzystał ze współczesnego, skądinąd bardzo dobrego przekładu Stanisława Hebanowskiego, lecz sięgnął po pochodzące z początku ubiegłego wieku, stylizowane na staropolszczyznę tłumaczenie Kazimierza Morawskiego, co z jednej strony podkreśliło klasyczność dzieła, a z drugiej – pokazało bogactwo i urodę języka polskiego. Myślę, że taki wybór był jak najbardziej świadomą decyzją reżysera, choć aktorom z pewnością pracy to nie ułatwiło, ale w większości poradzili sobie z tym wyzwaniem. A zabłysła tu Krystyna Szydłowska występująca wraz z Beatą Pietroń w roli Chóru. W ostatnich miesiącach wielokrotnie miałem okazję słuchać aktorów (również tych o „dużych” nazwiskach) mówiących wierszem, także białym, i wrażenia rzadko – niestety – były dobre. Tymczasem słuchanie Szydłowskiej to była sama przyjemność. Oczywiście – jako śpiewaczce było jej łatwiej poradzić sobie z rytmiką i muzycznością tekstu, ale przecież partie chóru mają także określone i zróżnicowane warstwy znaczeniowe, które należało wiarygodnie przekazać. Również to zadanie Krystyna Szydłowska wykonała bezbłędnie, czym dowiodła, że jej forma artystyczna jest naprawdę bardzo wysoka.

    Przejdźmy jednak do pary głównych bohaterów sztuki. Jan Wojciech Krzyszczak nie tylko wyreżyserował „Antygonę”, lecz także zgrał Kreona. I jest to rola bardzo dobra; gruntownie przemyślana i poprowadzona z pełną konsekwencją. Kreon w jego interpretacji nie jest okrutnym tyranem w typie stalinowskim. Nieposłuszeństwo Antygony, dokonującej wbrew zakazowi pogrzebu Polinejkesa, nie jest dlań sprawą osobistej obrazy, lecz wystąpieniem przeciwko państwu i prawu; surowemu, ale jednak prawu. Również jego decyzja o ułaskawieniu bohaterki zdaje się być motywowana nie tyle względami moralnymi ( a tym bardziej – religijnymi), co właśnie troską o państwo w obliczu zagrożeń wskazanych mu przez Tyrezjasza (Jan Krzysiak).
    To decyzja spóźniona, bo tragedia już się dokonała i Kreon ma tego świadomość. Zasadne zatem wydaje się zadanie sobie pytania: w jakim stopniu jego rozpacz ma wymiar osobisty, a w jakim wynika z poczucia nieuchronności nieszczęść, jakie spadną na państwo? Realizacja Krzyszczaka nie daje odpowiedzi na to pytanie, ale jego rola zmusza wręcz do takiej refleksji.
    Wreszcie tytułowa bohaterka w wykonaniu Pauliny Połowniak. To Antygona niejednoznaczna. Z jednej strony w pełni świadoma konsekwencji swego czynu i gotowa je ponieść, z drugiej jednak – nie pozbawiona nadziei na to, że racje moralne okażą się może silniejsze niż litera prawa. Postać w zasadzie nie odchodząca daleko od tradycyjnego jej ujęcia, ale jednocześnie naznaczona mocnym rysem współczesności. Taka, którą może zrozumieć i zaakceptować dzisiejsze młode pokolenie, któremu trudno byłoby być może przyjąć Antygonę z góry pogodzoną z nieuchronnością losu. To kolejna bardzo dobra rola Pauliny Połowniak i z pewnością ważna w jej dorobku.

    Głównymi odbiorcami „Antygony” Jana Wojciecha Krzyszczaka będą zapewne ludzie młodzi, którzy dzięki niemu poznają lekturę nie męcząc się jej czytaniem. Ale także ci widzowie, którzy wybiorą się na ten spektakl nie z obowiązku, nie powinni uznać poświęconego mu czasu za stracony.

    Czytaj treści premium w Kurierze Lubelskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    O tym się mówi

    Wideo