Oskarżony o zabójstwo i wybuch przy Kleeberga. Koniec procesu Andrzeja R.

Michał Dybaczewski
Właśnie dobiegł końca proces w głośnej sprawie 52-letniego Andrzeja R., którego prokurator oskarża o zamordowanie żony i doprowadzenie do wybuchu w pasażu handlowym przy ul. Kleeberga w Lublinie. Mowy końcowe wygłosili we wtorek prokurator i obrońca Andrzeja R. Głos zabrał też sam oskarżony.

- To, że Andrzej R. przeżył wybuch, budziło zdumienie lekarzy, przeżył być może dlatego, aby odpowiedzieć za swoje czyny - stwierdził prokurator Mariusz Szewczyk.

Jego zdaniem, oskarżony był zdolnym i kreatywnym człowiekiem, jednak utracił kontrolę nad emocjami.

Prokurator przedstawił też sekwencję zdarzeń, która, jego zdaniem, w lipcu 2012 roku doprowadziła do tragicznego finału.

- Boom finansowy, jakiego doświadczył Andrzej R., przerósł go. Zaczęły się hazard, alkohol, zaniedbywanie syna i w końcu konflikty z żoną - dowodził Mariusz Szewczyk. - Życie to nie kreskówka, żyje się tylko raz, drugiego życia nie ma, dlatego oskarżonego musi spotkać surowa kara - kończył swój wywód, wnioskując o 25 lat więzienia dla Andrzeja R.

Adwokat oskarżonego przekonywał jednak sąd, że zebrany materiał dowodowy nie wskazuje, iż to Andrzej R. zabił swoją żonę. Nie było tam bowiem jego DNA. Wnioskował o uniewinnienie 52-latka od zarzucanych mu czynów. - Nie ma, jak dowodzi prokurator, jednego łańcucha, który łączy wszystko w spójną całość - ocenił obrońca Andrzeja R.

Na rozprawie pojawił się także oskarżony, który został przywieziony do Sądu Okręgowego ambulansem z oddziału szpitalnego Aresztu Śledczego. Poruszał się na wózku. Swoją „mowę końcową” odczytał z kartki. Dało się zauważyć, że wypowiedzenie każdego słowa to dla niego wielki wysiłek, z trudem też opanowywał trzęsące się ręce.

- Chciałbym przeprosić osoby, którym wyrządziłem krzywdę. Nie było to moim zamiarem. Nie przyznaję się do winy, nie zabiłem swojej żony - wyjaśniał przed sądem. - Małgorzata była dobrą osobą, spokojną, zawsze odnosiłem się do niej z szacunkiem. Jeśli były między nami konflikty, to dotyczyły sposobu wychowywania syna - dodawał.

Andrzej R. twierdził, że doprowadził do wybuchu przy ul. Kleeberga w akcie desperacji.

- Zrobiłem to, bo byłem dręczony psychicznie, ale nie pamiętam ani wybuchu, ani czasu, który go poprzedzał - stwierdził. - Moim jedynym błędem było to, że ze swoimi problemami (alkohol i hazard - dop. red.) nie udałem się do psychologa - przyznał.

Przypomnijmy. Do dramatycznych wydarzeń doszło pod koniec lipca 2012 r. 30 lipca Kamil, syn Andrzej R., znalazł ciało matki w mieszkaniu przy ul. Kunickiego. Nie żyła od kilku dni. Policjanci od razu podejrzewali, że za jej zabójstwem stał Andrzej R.

Gdy dzień później mundurowi przyszli do sklepu spożywczego, który mężczyzna prowadził przy ul. Kleeberga, ten zabarykadował się w środku. Groził, że się zabije, a potem wysadzi w powietrze butlę z gazem. Słowa wprowadził w czyn. W wybuchu zostali ranni dwaj funkcjonariusze policji.

Andrzej R. doznał wtedy bardzo poważnych obrażeń. Miał poparzone ok. 90 proc. powierzchni ciała. Długo pozostawał w śpiączce. Potem, przez pięć lat, przechodził rehabilitację. Jego stan był na tyle poważny, że proces mógł się rozpocząć dopiero w 2017 roku.

Wyrok zapadnie 8 listopada.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie