Perełki polskiego jazzu A.D. 2018. Ranking do cna subiektywny

Michał Dybaczewski
Michał Dybaczewski
Trębacz Piotr Schmidt jako pierwszy oddał muzyczny hołd Tomaszowi Stańce
Trębacz Piotr Schmidt jako pierwszy oddał muzyczny hołd Tomaszowi Stańce archiwum Piotr Schmidt
Rok 2018 będzie pamiętny dla krajowego jazzu. Z jednej strony niespodziewanie straciliśmy mistrza – Tomasza Stańkę, z drugiej jednak, na rynku ukazało się kilka, jeśli nie kilkanaście genialnych płyt, co pokazuje, że jazz nad Wisłą ma się świetnie. Poniżej przedstawiam mój subiektywny „top of the year”.

Otwiera go płyta „Ninjazz” Tomasza Dąbrowskiego wydana tylko na winylu. Dąbrowski, trębacz wciąż młody, ale już z ogromnym dorobkiem, razem z japońskim trio AD HOC nagrał album łączący postkomedowskie surowe klimaty z powściągliwością typową dla kraju Kwitnącej Wiśni. Stonowany klimat, czasem kontrastowany energią ogniskuje uwagę słuchacza. Przy tej muzyce nie pozmywamy naczyń, nie posprzątamy mieszkania, ona wymaga, aby tylko jej oddać swój czas.

Nie próżnował także inny trębacz, Wojciech Jachna. W samym tylko 2018 roku partycypował w kilku projektach, ale prawdziwa perełka ujrzała światło dzienne na kilkanaście dni przed jego końcem. Album „Emanacje”, bo o niego mi chodzi, jest materiałem solowym, co stawia od razu poprzeczkę bardzo wysoko i jest trudnym sprawdzianem dla muzyka: nie ma co liczyć, że potknięcia i niedociągnięcia zamaskuje sekcja rytmiczna. Płynie do nas dziewiczy dźwięk trąbki nagrany w różnych dziwnych miejscach: np. bydgoskiej synagodze i wieży ciśnień. Głownie autorski materiał został wzbogacony interpretacją utworu Komedy, Colemana, Przybielskiego i Stańki.
Zachęcając do zapoznania się z tą płytą napiszę tylko, że po utworze, który ją zamyka „Pray for rain” zbierałem szczękę z podłogi.

Wspomniany już Tomasz Stańko był inspiracją dla wielu. Jako pierwszy muzyczny hołd oddał mu młodszy kolega po fachu, Piotr Schmidt. Nie podążył jednak szablonem zbierając i interpretując po swojemu wybrane selektywnie utwory Stańki, ale nagrał materiał autorski dekorując go jedynie wisienką w postaci „Kołysanki Rosemary”. Schmidtowi pomagali Maciej Grabowski (kontrabas) i Krzysztof Gradziuk (perkusja), a więc 2/3 składu RGG oraz nieoceniony Wojciech Niedziela. Nic zatem dziwnego, że włączając tę płytę z głośników płynie istna jazzowa poezja wpisująca się w stańkowski idiom. Niewątpliwie mistrz byłby dumny!

Wspomniałem o dwóch panach z RGG, ale trio uzupełnia Łukasz Ojdana (pianino). Podczas 12 edycji Silesian Jazz Festival dołączyli do nich dęciaki: fiński trębacz Verneri Pohjola i szwajcarski puzonista Samuel Blaser. Efektem, płyta „City of Gardens”. Bez dwóch zdań arcydzieło! Dawno nie słyszałem tak perfekcyjnie pracującej i soczyście brzmiącej sekcji rytmicznej. Choć kolaboracja na scenie była incydentalna to absolutnie tego nie słychać, wręcz przeciwnie: chemia jest tak wielka, iż wydaje się, że muzycy grają ze sobą od lat. RGG to obecnie najlepsze trio jazzowe, jakie nosi polska ziemia, dlatego już teraz z utęsknieniem wyczekuję na ich kolejną płytę, która w połowie marca wyjdzie pod szyldem Polish Jazz.

24 lata temu zmarła nagle Barbara Kwiatkowska, aktorka znana m.in. z kultowego filmu „Ewa chce spać”. Jej ostatnim partnerem życiowym był saksofonista Leszek Żądło. W specyficzny sposób przeżywał żałobę, bo już dwa dni po pogrzebie zamknął się z kolegami (Andrzej Cudzich – kontrabas, Janusz Stefański – perkusja) w studiu nagrywając muzykę dedykowaną właśnie jej. Materiał przeleżał prawie ćwierć wieku w szufladzie by ukazać się dopiero jesienią 2018 roku. Płyta zatytułowana „Miss B.” jest jazzową nostalgią, ale nie żałobną, w tej muzyce wyraźnie słuchać nadzieję. Żądło ma dar do tworzenia wspaniałych kompozycji – otwierający płytę „Song of nice death” stanowi temat wręcz filmowy, a utwór tytułowy jest tęsknotą ujętą w ramy piękniej elegii. Szkoda, że Żądło tak rzadko daje o sobie znać.

Last but not least: „Skerebotte Fatta”. Pod tą dziwną nazwą (która tak naprawdę nic nie znaczy, a tylko otwiera furtkę do interpretacji) kryje się polski duet: Jan Małkowski (saksofony różne) i Dominik Mokrzewski (perkusja). Niby skromny zestaw instrumentalny, ale na płycie zatytułowanej mistycznie „Riders from the Ra” słychać jakby cały zastęp orkiestrowy grał. Panowie nie biorą jeńców, a za nimi już tylko morze (cytując klasyka). Dla fanów szalonego free jazzu zakorzenionego w duchu lat 60. jest to pozycja więcej niż obowiązkowa.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie