Sagi Lubelszczyzny: Gdzie jest ta ulica, gdzie jest ten dom... i wiśniowy sad Sabiny

Dorota Krupińska
Czas płynie nieubłaganie. Ludzie odchodzą. Zostają wspomnienia i zdjęcia
Czas płynie nieubłaganie. Ludzie odchodzą. Zostają wspomnienia i zdjęcia Anna Kurkiewicz
Udostępnij:
Gdyby ktoś porównał moje życie do filmu, to byłoby to kino historyczno-obyczajowe z nutą sensacji - mówi 88-letnia Sabina Chyła, która z radością dzieli się wspomnieniami. Chce, żeby pamięć o nich przetrwała.

Ludzie nie zawsze mają ochotę słuchać, jak to było. A ja chcę przekazać swoje wspomnienia innym. Obrazy z przeszłości nie zniknęły, mam je wciąż przed oczami. Wywołują we mnie te same emocje jak dawniej. Pamiętam zapach chleba pieczonego przez mamę czy widok dymiących samowarów, w których stary sprzedawca Woskobojnik parzył herbatę w swoim sklepie.
Tam były najlepsze jabłka
Przy dawnej ulicy Rury Jezuickie 21, obecnie Nadbystrzyckiej, w okolicach Politechniki Lubelskiej leżało gospodarstwo państwa Tudrujów. Ludwika, żołnierza, muzyka orkiestry wojskowej, rolnika i jego żony Anieli ze Stasina. Przedwojenne Rury Jezuickie to była wiejska, niewybrukowana droga, która biegła od Głębokiej. Z kolei Głęboka była tak wąska, że mieściła się na niej tylko jedna furmanka, a w czasie deszczu z otaczających ją pagórków spływała woda z gliną. W brei grzęzły konie i wozy.

W tym gospodarstwie, gdzie kwitły wiśniowy sad i mały ogród, 8 lutego 1928 roku urodziła się Sabina Chyła z domu Tudruj. Jej czterej bracia zmarli, gdy byli jeszcze noworodkami, Sabina wychowywała się z czterema siostrami. Najstarszą Janiną, zwaną Janką, Helą, Czesławą i najmłodszą Tereską. Jej całe życie związane było z dzielnicą Rury Jezuickie. Mieszka tam do dziś. Była świadkiem, jak jej rodzinne tereny po wojnie zamieniły się w miejską dzielnicę. W miejscu biednych wiejskich chat i stodół powstały bloki, gmachy politechniki i garaże.

Nie ma już u zbiegu Głębokiej i Narutowicza kuźni, a przy Plażowej nie ma już piekarni Jabłońskich, skąd zapach pieczonego chleba unosił się aż do doliny Bystrzycy. Znikły plaże nad rzeką i przystań kajakowa. Żadna kobieta nie pierze już ubrań na tarze w nurtach rzeki. Nikt nie gromadzi się w czasie nabożeństw majowych przy starej kapliczce, która mimo upływu wielu lat przetrwała i stoi wciąż przy ulicy Plażowej. Nieopodal przy Strażackiej była podstawówka nr 9, gdzie uczyła się Sabina. W wolnym czasie pomagała rodzicom w gospodarstwie. - Dawniej dzieci ciężko pracowały, czasy były biedne - mówi. Od pracy i nauki odskocznią były barwne dożynki u dziedzica Michalewskiego. W jego pałacyku z kolumnadą mieści się teraz rektorat politechniki. - Dożynki to była huczna zabawa. Dzieciaki miały wielką frajdę, dostawały cukierki, coś się działo, było wesoło - opowiada. Włości dziedzica ciągnęły się od Głębokiej, przez obecne LSM, aż do szosy kraśnickiej. - Dookoła dworu rozciągały się sady, zresztą sady były wszędzie, na Głębokiej i Glinianej. Dzierżawili je Żydzi, rosły tam najlepsze, soczyste jabłka. Dzieciaki zakradały się po owoce, a Żydzi przeganiali je - opowiada.

W niedzielę po sumie, spragnieni rozrywki dorośli szli nad Bystrzycę na wyścigi konne. Latem rodziny odpoczywały w piaszczystych zatokach Bystrzycy.

W 1938 roku ze świata zaczęły napływać niepokojące wieści o zbliżającej się wojnie. Sąsiedzi wzajemnie się odwiedzali, by posłuchać audycji radiowych. Radioodbiorniki, te cudeńka techniki, stały na honorowych miejscach w zaledwie dwóch domach w dzielnicy. W 1939 roku ojciec Sabiny często odwiedzał sąsiada i wsłuchiwał się w płynące z radia informacje o Hitlerze. Wracał do domu zamyślony.

Szklane samoloty kołysały się na niebie1 września wczesnym rankiem, 11-letnia Sabina wyprowadziła krowy na łąki nad Bystrzycę. Pogoda tego dnia była piękna, niebo błękitne, czyste, bez chmur. - Wtedy na tym cudnym niebie pojawiły się samoloty. Spojrzałam w górę. Kołysały się. I tak błyszczały, wyglądały jak ze szkła. Ale to złudzenie, światło słoneczne odbijało się od blach - opowiada. Samoloty skierowały się na Bronowice na lotnisko Plagego i Laśkiewicza. Zaczęły się bombardowania. Bomby spadły w wielu miejscach, m.in. na cmentarz na Lipowej. - Po południu, gdy ucichło, dzieciaki pobiegły oglądać zbombardowane groby - mówi.

Największe bombardowanie spadło na Lublin 9 września. - W nocy od błysków było jasno jak w dzień. Huk dział i strach nie pozwalały spać, a w dzień pracować - opowiada pani Sabina.

Przerażeni ludzie zaczęli uciekać z miasta. Każdy chciał znaleźć się w bezpieczniejszym miejscu. - Pojechaliśmy furmanką przez Stary Gaj do Zemborzyc, potem do Stasina i Radawca. Tam mieliśmy rodzinę - mówi.
Po drodze mijali tłumy przestraszonych uciekinierów, którzy pieszo, na furmankach, z całym dobytkiem opuszczali Lublin. - Tak naprawdę wszędzie było niespokojnie. Rodzice zdecydowali, że wrócimy do domu - wspomina. Zaczęły się ciężkie czasy okupacji. - Biednie było. Ludzi wyniszczał głód, choroby. Panował świerzb. Wszystkiego brakowało, wszystko było pod wydział. Staliśmy w kolejce po naftę, sprzedawali ją tylko po ćwiartce na osobę. Z koców wojskowych szyłyśmy sobie palta, z worków po cukrze ubrania. Panował strach przed łapankami. Kto młody, był wywożony na roboty do Niemiec - opowiada. W czasie wojny zmarła jej najstarsza siostra Janka, która ciężko chorowała. Zostały już tylko cztery panny Tudrujówny.

Pod niemieckim nadzorem- Wie pani, co najbardziej zapadło mi w pamięć z okresu okupacji? Jak ratowaliśmy pewnego Żyda. Choć mam przed oczami wiele innych smutnych obrazów - dodaje. Ludwik Tudruj, jej ojciec, szył kurtki i palta u starego Żyda. Krawiec swój zakład i mieszkanie miał w jednej z bram przy Kowalskiej. W czasie okupacji trafił do getta przy Lubartowskiej. Udało mu się uciec. Przybiegł do rodziców Sabiny. Chciał się dostać do Bełżyc do rodziny. Myślał, że tam jest spokojniej i bezpieczniej. Ojciec poprosił ją, by zaprowadziła żydowskiego krawca do Stasina, do ich rodziny. Stamtąd jej wujek miał go zawieźć do Bełżyc. - Szliśmy polami na piechotę 7 km. Szedł za mną w sporej odległości, by nie budzić podejrzeń. Zatrzymywałam się na rozstaju dróg i w ukryciu patrzyłam, czy się zbliża i wtedy znów ruszałam - opowiada.

O pomoc do jej rodziny w czasie wojny zwrócił się również kuzyn, porucznik Armii Krajowej, Edmund Tudruj, ps. Mundek, partyzant oddziału majora Hieronima Dekutowskiego, ps. Zapora. Był synem rodzonego brata ojca Władysławy. - Przyszedł nocą. Ojciec dał mu snopek siana, by mógł się przespać. Potem zniknął. Nie mieliśmy z nim kontaktu. Wiedzieliśmy, że po wojnie wciąż był w partyzantce. Złapali go w Nysie funkcjonariusze UB. Zginął w więzieniu mokotowskim. Jego ciało odkryto dopiero niedawno, na tzw Łączce. Sabina Chyła zamyśla się. - Wciąż żywy jest we mnie widok pędzonych przez Niemców Żydów z Majdanka. Kopali glinę w cegielni na Glinianej. Pamiętam, jak wracali wycieńczeni pracą i nieśli zwłoki swoich towarzyszy.

W czasie okupacji w 1943 roku Władysława zapisała się do zawodowej szkoły krawieckiej przy ulicy Złotej. W 1945 roku Niemcy wstrzymali wydawanie świadectw. Uczniowie mieli inne zadania. Mieli kopać rowy obronne. - Codziennie od czerwca do 22 lipca, do wyzwolenia, kopałam więc rowy na Dziesiątej, pod kirkutem, na górkach czechowskich. Ale pewnego dnia zobaczyłam uciekających niemieckich żołnierzy i rzuciłam szpadel. Pomyślałam, że koniec wojny jest bardzo blisko.

Cukierki i martwe konie- Niemcy uciekali w stronę Warszawy jak mogli: na piechotę, w czołgach, na wozach. Potem wkroczyli Rosjanie. Wjechali na kucykach, to była specjalna rasa koni. Wyglądali zabawnie. Rozdawali dzieciakom cukierki. Mama zabroniła mi ich jeść, obawiała się, że są zatrute. Ktoś powiedział, że wojsko polskie idzie Krakowskim Przedmieściem. Patrzyłam na naszych żołnierzy stojąc na Kołłątaja. Szli, a po bokach ulicy wszędzie leżały martwe konie z rozdętymi brzuchami - wspomina.

Po wojnie Władysława zapisała się do gimnazjum krawieckiego na Spokojną. Skończyła ją w stopniu czeladnika.

W 1947 roku 18-letnia Sabina wyszła za mąż za Stanisława Chyłę z Zemborzyc. Jego stryj był jej sąsiadem. Młodzi małżonkowie wynajęli pokój z kuchnią w starym domu z werandą i ogrodem przy ulicy Glinianej. Tam na świat przyszło czworo dzieci, jedno, dziewczynka, zmarło przy porodzie. Wychowała dwie córki Ewę oraz Grażynę i syna Andrzeja. Mąż był zawodowym kierowcą w Zespole Szkół Budowlanych przy Słowiczej w Lublinie i złotą rączką. Nie było samochodu, którego nie potrafiłby naprawić.

Niestety, pensja Stanisława nie wystarczała, Sabina dorabiała krawiectwem. Uwielbiała szyć ubrania, szczególnie swoim dzieciom. - Życie jakoś się toczyło, było skromnie, ubogo, ale ludzie byli inni. Życzliwi, ciepli, wszyscy się spotykaliśmy. Gościliśmy. Teraz każdy zamyka się w sobie, nie ma takiej otwartości - opowiada.

Łuny nad miastem
Dzieci dorosły. Sabina Chyła zaczęła pracować w spółdzielni odzieżowej Ludart. Pracowała tam do emerytury. Na początku lat 60. w Lublinie zaczęły się wywłaszczenia. - Ludzie na usługach władzy ludowej podpalali gospodarstwa po to, by rolnicy zrezygnowali z ich prowadzenia - mówi. Wybierali bezwietrzne dni i noce. Płonęły na Rurach domy z dachami ze strzechy, stodoły pełne siana, obory. Niebo rozświetlała wieczna łuna. - Wywłaszczyli ziemię moich rodziców, a płacili nędznie - wspomina. W 1971 roku kupiła mieszkanie przy ul. Nadbystrzyckiej. Dzieci założyły swoje rodziny, wyprowadziły się.

Sabina Chyła jest babcią sześciorga wnucząt i prababką trzech prawnuków. Żyje jeszcze jej siostra Tereska. Kilka lat temu umarł jej mąż. Przeżyła z nim 64 lata.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie