SPECJALNIE DLA NAS. Aleksandar Vuković: Nadrzędnym celem jest utrzymanie, ale mam też ustaloną premię za wywalczenie Pucharu Polski

Adam Godlewski
Adam Godlewski
- Uniknięcie degradacji także jest wyzwaniem, podobnie jak walka o tytuł. Musimy po prostu wyjść z tej opresji i zapewnić sobie utrzymanie - tak trener Aleksandar Vuković definiuje cel na rundę rewanżową...
- Uniknięcie degradacji także jest wyzwaniem, podobnie jak walka o tytuł. Musimy po prostu wyjść z tej opresji i zapewnić sobie utrzymanie - tak trener Aleksandar Vuković definiuje cel na rundę rewanżową... fot. szymon starnawswki / polska press
Udostępnij:
Z trenerem Legii Warszawa Aleksandarem Vukoviciem rozmawialiśmy na przełomie roku. Oczywiście, nie tylko o grupie bankietowej. Przede wszystkim o nieoczekiwanej poświątecznej zmianie dyrektora sportowego i realnych problemach, które „Aco” zdiagnozował już po powrocie na Łazienkowską. Dlaczego zespół nie funkcjonuje? Z jakiego powodu nie funkcjonuje szatnia? Czy Josue może być liderem z prawdziwego zdarzenia? A także o relacjach z Markiem Papszunem, i gdzie losy poniosłyby Serba legitymującego się polskim paszportem, gdyby nie otrzymał zaskakującej propozycji powrotu do stołecznej drużyny.

Co pan na to, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki...

Właściwie mnie to nie dotyczy, bo ja nawet nie wiem dokładnie, który już raz wracam do Legii, ale na pewno drugi mam już dawno za sobą. Choć oczywiście wiem, o co panu chodzi w tym stwierdzeniu. Nie nastawiałem się oczywiście, że powrót może nastąpić w tej chwili. Nawet jeśli patrząc na swój wiek i wierząc, że trenerką będę się zajmował się jeszcze kilka ładnych, wiedziałem, że do Legii kiedyś wrócę. Nastąpiło to w niespodziewanym momencie, nie tylko dla mnie, ale sytuacja jest wyjątkowa. Taka, której nie sposób było przewidzieć, a tym bardziej zaplanować.

Wyjątkowa, czy Legia funkcjonuje teraz na wariackich papierach? Z propozycją ponownego przejęcia zespołu zwrócił się do pana Radosław Kucharski, a dzisiaj dyrektorem sportowym jest już Jacek Zieliński. A Kucharskiego nie ma w klubie... Czy to oznacza, że wszystkie ustalenia, które poczyniliście przed świętami, można teraz wyrzucić do kosza?

No tak, ale ja od początku podkreślałem, kiedy już przyjąłem tę zaskakującą propozycję, że moją motywacją jest przede wszystkim klub. Na pewno nie dyrektor, ani nawet jego właściciel. Tylko Legia i sytuacja, w jakiej się znalazła. Dlatego zgodziłem się na przyjęcie zaskakującej propozycji. A skoro byłem gotów na pracę z dyrektorem Kucharskim, to tym bardziej jestem do tego skłonny z dyrektorem Zielińskim, z którym trochę – a nawet znacznie - więcej mnie łączy niż z kimkolwiek w obecnej Legii. Bo z Jackiem razem graliśmy, był moim trenerem, od lat się znamy. Powtórzę jednak, że zgodziłem się wrócić do klubu niezależnie od osób, które sprawują poszczególne stanowiska, mam po prostu konkretną robotę do zrobienia. I cel, który chcę osiągnąć z drużyną. Przy takim moim nastawieniu zmiana na stanowisku dyrektora sportowego wiele nie zmienia, ale jestem oczywiście super pozytywnie nastawiony do współpracy z Jackiem.

Tylko że cel jest zupełnie inny niż w momencie, kiedy był pan piłkarzem, i w pańskiej pierwszej kadencji trenerskiej. Wtedy Legia rywalizowała o tytuły, teraz musi obronić się przed spadkiem.

Taka jest prawda. Poprzednio jako trener Legii rywalizowałem o mistrzostwo, które wygraliśmy. Teraz jest zupełnie inaczej i ja tej sytuacji nie lekceważę. Uniknięcie degradacji także jest wyzwaniem, podobnie jak walka o tytuł. Musimy po prostu wyjść z tej opresji i zapewnić sobie utrzymanie. Tak, to jest w tym momencie naszym nadrzędnym celem. A jeśli udałoby się pójść wyżej, to super. I tyle.

Czy wszystkie ustalenia, które poczynił pan przed przerwą świąteczną z Kucharskim są aktualne, czy z Zielińskim wszystko układacie od nowa?

Jestem już w kontakcie z nowym dyrektorem, to oczywiste. Razem ustalamy pewne kwestie, które dotyczą najbliższej przyszłości drużyny. Sytuacja jest o tyle prosta, że żadnych wielkich ustaleń wcześniej nie miałem. Po prostu zgodziłem się wrócić na warunkach kontraktu, jaki miałem wcześniej podpisany. Tym łatwiej jest też o porozumienie z nowym dyrektorem. Bo nic nie trzeba zmieniać moim kontekście.

A ja myślałem, że z dyrektorami to rozmawia pan w tej chwili wyłącznie o wzmocnieniach. A o zmianach w umowie to raczej z właścicielem...

To prawda, jeśli chodzi o wzmocnienia, zdążyłem przedyskutować już ten temat z Radkiem, a Jacek też jest człowiekiem z klubu, więc bardzo dużo na ten temat już wiedział. Nastąpiła zatem kontynuacja wypracowanej koncepcji i teraz pozostało już tylko pytanie, co uda się zrealizować z tych planów. Bo wiadomo, że nikt nie ma nieograniczonej możliwości. Legia też nie. Kilku zawodników na pewno chcielibyśmy pozyskać, nie wszystko zależy jednak od nas.

Mówił pan oficjalnie, że potrzebowałby doświadczonego bramkarza obok Artura Boruca, prawego wahadłowego, i ewentualnie kogoś do środka. Z kolei Zieliński na dzień dobry zadeklarował, że chciałby mieć w zespole więcej Polaków. Czy obie te koncepcje są zbieżne?

Zdecydowanie tak, w tym punkcie jesteśmy zgodni. Jeśli mielibyśmy dwóch zawodników podobnej jakości, to wolelibyśmy sprowadzić piłkarza polskiego. Nie jest to wymóg wykluczający inne rozwiązania, ale rozsądek podpowiada, że gdy się ma podobne oferty na stole, to wybiera się zawodnika z kraju. Z różnych powodów, choćby po, żeby tak zbilansować szatnię, aby miała możliwość funkcjonować na bardzo wysokim poziomie.

Zieliński też zapatruje się pozytywnie na pozyskanie Pawła Wszołka, jak pan?

Myślę, że tak. Paweł jest zawodnikiem uznanym, z dobrym okresem gry w naszym klubie. On ma tę jakość, o którą nam chodzi. Tyle że nie jest to jedyny zawodnik na tej pozycji, z którym w tej chwili prowadzone są rozmowy. W tym momencie nie jesteśmy w stanie powiedzieć, że to właśnie Wszołek do nas trafi. Nie mam wątpliwości, że teraz – aby pomóc drużynie, i pomóc sobie - potrzebujemy piłkarzy sprawdzonych, z określoną jakością i określonym doświadczeniem. To jest warunek konieczny do zaangażowania. W przypadku obcokrajowców i zawodników bez dużego obycia, musimy liczyć się z procesem adaptacji, aklimatyzacji i rozwoju. A na to zwyczajnie nie ma teraz czasu. Potrzebuję gotowych piłkarzy, to nie jest moment na eksperymenty.

Widzi pan w obecnej Legii lidera? Człowieka, który w trudnym momencie jest w stanie podnieść zespół, poderwać do walki?

Widzę, że zespół nie funkcjonuje jako całokształt; dla mnie to jest właśnie kluczowe słowo - zespół. A w tej chwili ten zespół nie funkcjonuje, szczególnie w momentach niepowodzeń, takich jak utrata bramki, czy nieudane zagranie. Bardzo widoczny jest brak pozytywnej reakcji na takie zdarzenia. I nie dotyczy to poszczególnych zawodników, konkretnego lidera, tylko wszystkich. Dlatego potrzebujemy dużo więcej niż jednej osoby, która umiałaby na boisku reagować pozytywnie nawet w trudnych momentach. Cała grupa musi być na to gotowa, trzeba ją mentalnie zbudować na nowo.

Bardzo dyplomatycznie pan się wypowiada, tymczasem gołym okiem widać, że gdyby Josue miał mentalność Vukovicia-piłkarza, to dziś Legia nie byłaby w dołku.

Josue nie ma problemów z radzeniem sobie ze stresową sytuacją. Natomiast Josue i każdy inny zawodnik potrzebuje zespołu, kolektywu, żeby mógł się wyróżnić. A dziś każda jednostka w Legii traci ze względu na to, że nie ma tej siły, jaką jest drużyna, z której mógłby czerpać. Moim celem jest, żeby na koniec sezonu w klubie było kilku facetów, o których się mówi, że są liderami z prawdziwego zdarzenia. I to jest wykonalne! Pod warunkiem, że uda się ponownie zbudować prawdziwy zespół.

Wypowiada się pan tak, jakby miał jakieś podstawy do optymizmu, tymczasem mecz z Radomiakiem kończący rundę nie pozostawił złudzeń, że w oparciu o kadrę z jesieni można by zbudować coś pozytywnego.

Ten mecz – podobnie jak wcześniejszy wygrany z Zagłębiem Lubin - wiele mówi o sytuacji, w jakiej znalazła się Legia, ale o niczym nie przesadza. Przed nami okres przygotowawczy, w którym na nowo pewne rzeczy można zbudować i wypracować, i na tym opieram optymizm. Kiedy walczyłem z Legią o mistrzostwo powtarzałem, że nie jesteśmy żadnym hegemonem, i że z każdym możemy przegrać. Obecny sezon, niestety, potwierdził moje słowa; i to niezwykle dobitnie. Teraz są w szoku ci, którzy kreowali teorię, że Legia jest nie wiadomo jakim klubem. A prawda jest taka, że poziom w polskiej ekstraklasie jest tak wyrównany, że linia między 0:3 i 3:0 jest bardzo cienka. Dlatego nie wolno zaniedbać żadnego detalu w przygotowaniach.

A pod jakim względem jesienią zespół Legii nie wytrzymał wszystkich obciążeń na kilku arenach - bardziej mentalnym czy fizycznym?

Będę się upierał, że aspekt mentalny jest najważniejszy. Nieraz, kiedy mentalnie człowiek czuje się gorzej, to odbija się też na jego fizyczności. Nie powiem, że jesienią brakowało nam wszystkiego, ale brakowało nam bardzo dużo do tego, aby tworzyć zespół, jaki chcemy mieć. Wszyscy wiemy, że wszystko było poniżej oczekiwań i standardów Legii, więc zamiast teraz publicznie rozkładać problemy na czynniki pierwsze, trzeba to po prostu naprawić.

Wielu zawodników z kadry zna pan doskonale. Dlaczego zatem Tomas Pekhart czy Filip Mladenović jesienią przeżywali taką zapaść? Czym pan to wytłumaczy?

Nie będę tego tłumaczył. Niczym. Chcę, aby nie byli cieniami piłkarzy w następnej rundzie. I zrobię wszystko, żeby ponownie prezentowali wysoki poziom, czyli taki, na jaki ich stać. To moje najważniejsze zadanie, żeby z Tomasa, Filipa i wszystkich pozostałych wydobyć wszystko, co potrafią. Bo że potrafią dużo, to wszyscy wiemy.

Dużo mówi pan o zespołowości, a zdaje się, że w tej drużynie, którą pan przejął team spirit był ostatnią rzeczą, jaką można było dostrzec. Słyszałem, że jeden z byłych trenerów Legii był jedyną osobą, którą zadzwoniła do Pekharta, gdy ten złamał nos na treningu…

Zawsze wychodziłem z założenia, że relacje międzyludzkie są najważniejsze. Szacunek dajesz ty, ale i wymagasz go od partnera. Jeśli relacji w zespole nie zbuduje się na prawdziwych wartościach to można zapomnieć o sukcesach. Dla mnie to podstawowy warunek budowy skutecznej drużyny. Bo tylko w oparciu o takie podstawy ludzie w trudnych chwilach będą się wspierać na boisku. Poza tym każdy człowiek lubi być doceniony, a już na pewno zasługuje na sprawiedliwe traktowanie...

Wypowiada się pan jak nie Vuko, którego znaliśmy - bardzo dyplomatycznie, na okrągło. Jak gdyby nie chciał pan nikogo urazić. Zwłaszcza Czesława Michniewicza…

Nie zgadzam się, właśnie że wypowiadam się jakVuko! To znaczy w taki sposób, żeby móc stać za każdym swoim słowem, i nie wypierać się go potem. Ja cały czas chcę mówić coś, czego nie będę się nigdy wstydził, nie będę musiał prostować. Mówię co czuję, i tak jak myślę. OK., mógłbym wypowiedzieć się szerzej na temat jednej czy drugiej osoby, ale nie chcę teraz tego robić. Pozostaję z szacunkiem dla każdego, dlatego nie chcę analizować, kto ponosi winę za zapaść Legii, za to czemu jest tak, jak jest. Chcę się po prostu skupić na przyszłości, na tym, żeby było lepiej.

Podejście słuszne, tylko że miał pan prawo odczuwać deficyt szacunku w momencie, kiedy był pan zwalniany z Legii. Bo tamta kadencja była niedokończona.

No tak, i głośno o tym mówiłem. I nie wstydziłem się tamtych słów, nie wybielałem po tamtych wypowiedziach, niczego nie wygładzałem. To jest moje subiektywne odczucie, którym dzieliłem się publicznie. Bo uważałem, że mam do tego pełne prawo. Wówczas postąpiono nie fair w stosunku do mnie w Legii. Tyle że to już daleka przeszłość, więc nie ma sensu do niej wracać.

Czy w związku z tym ponowne spotkanie z właścicielem klubu Dariuszem Mioduskim było trudniejsze niż wcześniejsze?

Nie było trudniejsze, bo każdemu mogę spojrzeć w oczy. Unikam sytuacji, w której musiałbym przed kimś uciekać, czy chować wzrok. Czy to jest prezes klubu, pracownik niższego szczebla, czy pani, która sprząta szatnię. Nie mam czego się wstydzić, więc także dzięki temu rozmowa z właścicielem była – powiedziałbym - naturalna. Tak jakby długa przerwy w naszych relacjach w ogóle nie miała miejsca.

Zawsze są jednak dwie strony... A nie jest wielką tajemnicą, że w pewnym momencie prezes Mioduski mocno polecał pana do Zagłębia Lubin. Jak zakładam - aby zejść z kosztów utrzymania.

Nie odniosłem wrażenia, żeby właściciel Legii miał jakikolwiek problem w rozmowie ze mną. Zresztą nie było tak, że zupełnie nie miałem kontaktu z prezesem Mioduskim po tym, gdy odszedłem z klubu. Przeciwnie, dawał mi odczuć, że ma spory szacunek do wszystkiego, co było wcześniej zrobione. A w każdym razie nie było wrogiego nastawienia z jednej i drugiej strony; zresztą gdyby było inaczej, to niemożliwy byłby powrót do współpracy.

Nie bez kozery wspomniałem o Zagłębiu. Pozostając na bezrobociu miał pan ofertę z Lubina, było - zdaje się – także zainteresowanie z Płocka, z Banja Luki, z Arabii Saudyjskiej i z Węgier. Zresztą właśnie na Węgry, z tego co słyszałem, chciał pan się udać z początkiem kolejnej rundy. To wszystko prawda czy fałsz?

Dużo jest prawdy w tym co pan powiedział, choć na przykład nie było tematu Płocka. A przynajmniej nie doszły do mnie żadne sygnały na ten temat. Powiem szczerze, że gdyby nie nieoczekiwany powrót do współpracy z Legią, to bardzo prawdopodobne, że teraz szykowałbym się do przygotowań zimowych z ekstraklasową drużyną węgierską. Powiedzmy – ze środka tabeli, choć obecnie plasuje się troszkę niżej. Miałem stamtąd propozycję, która mnie zaciekawiła i która była w zgodzie z tym, co chciałem dalej robić. Pojawił się jednak wątek Legii. W momencie, w którym za długo się nie mogłam zastanawiać. I uznałem, że powinna mieć pierwszeństwo.

W Arabii mógł pan pracować, w zespole beniaminka, za grubą kasę. O ile dobrze słyszałem za 700 tysięcy dolarów za sezon, choć moje źródła nie doprecyzowały, czy to pieniądze tylko dla pierwszego trenera, czy dla całego sztabu.

Faktycznie, latem pojawiła się taka propozycja taka propozycja. I rzeczywiście na znacznie lepszych warunkach niż moja umowa w Legii. Uznałem jednak, że to niewłaściwie moment, aby wybierać się w tamtym kierunku.

Kontynuując wątek finansowy, czy ma pan obiecaną dodatkową premię za wywalczenie Pucharu Polski?

Wiadomo, każdy jest nagradzany za sukces. A w tym momencie zdobycie Pucharu Polski jest jedynym trofeum, jakie możemy zdobyć. Dlatego nie ma sensu ukrywać – tak, mam wpisaną w kontrakt nagrodę za ewentualne zdobycie Pucharu Polski z Legią.

A jakie są pańskie relacje z Markiem Papszunem? Wiem, że się znacie…

… bardzo koleżeńskie, tak bym je określił. Bardzo szanuję trenera Papszuna, uważam go za dobrego trenera, nawet bardzo dobrego; takich jest tylko kilku w Polsce. Tylko kilku. Miałem okazję dłużej porozmawiać o piłce z trenerem Rakowa, to żadna tajemnica. Nasze relacje określam podejściem z wzajemnym szacunkiem.

Rozmawialiście już po pańskim powrocie do Legii, czy wcześniej?

Wcześniej. Domyślam się do czego pan zmierza, więc powiem otwarcie, że nie czuję, aby ktokolwiek czaił się w szatni Legii za moimi plecami. Na pewno jestem świadom planów Legii i prezesa Mioduskiego, ale kierowałem się własną motywacją wracając na Łazienkowską. Reszty – nie chcę i nie zamierzam komentować.

Nie będę zatem ciągnął pana za język w tej kwestii. Zapytam natomiast, czy uważa się pan teraz za lepszego trenera niż wtedy, kiedy się rozstawał z Legią?

Nie mam kompleksu, jeżeli chodzi o to, jak jestem przygotowany do zawodu. I żadnych wyrzutów, jak wykorzystałem ten czas, kiedy nie pracowałem. Co prawda staże były niemożliwe do wykonania ze względu na sytuację pandemiczną, ale odbyłem bardzo wiele pouczających rozmów z trenerami, których warsztat szanuję i uznaję za dobrych fachowców. O Marku Papszunie już wspomnieliśmy, ale także na Bałkanach są doświadczeni szkoleniowcy, z którymi kontakt uważam za równie cenny. Zatem miniony czas wykorzystałem do tego, żeby nad sobą pracować. I na analizach tego, co zdarzyło się wcześniej w Legii. Wydaje mi się, że to wszystko teraz mi się przyda.

Choć w serbskich mediach deklarował pan, że chętnie wróci na Łazienkowską pomóc Legii, kibice byli zaskoczeni, że padła taka propozycja w ogóle padła….

Ja również byłem zaskoczony! Nie spodziewałem się tego, ale patrząc na sytuację klubu nie kierowałem się swoimi urazami do poszczególnych osób. Trochę w życiu temu klubowi zawdzięczam, więc po prostu uznałem, że teraz mogę się za to Legii odwdzięczyć.

Mahir Emreli zostanie w Legii? Trafił pan do niego po przykrym incydencie? Czyli liczy się pan z odejściem Azera?

Miałem z nim krótką rozmowę, Myślę, że bardzo pozytywną, ale nie jestem w stanie powiedzieć, czy Mahir zostanie. Na pewno będzie z nami na obozie. I mam nadzieję, że także po zgrupowaniu, bo jest to wartościowy piłkarz.

W sytuacji, kiedy brakuje team spirit, trenerzy - na przykład Jan Urban – często zalecają piłkarzom wspólne wyjście na lampkę wina, czy kufel piwa. Czy w sytuacji, kiedy w Legii zdiagnozowana została grupa bankietowa, pan będzie optował za takim rozwiązaniem?

Są różne sposoby na budowanie team spirit. To jest proces, przede wszystkim codzienna praca. Będziemy robić w tym kierunku wszystko, żeby zawodnicy znów tworzyli drużynę. We wspólnym wyjściu nie widzę jednak niczego złego, ale na pewno taka jednorazowa eskapada nie rozwiąże problemu.

Rozumiem, że nie boi się pan, że grupa bankietowa się rozwinie?

Na pewno nie zaprzątam sobie tym głowy. Po prostu nie wyobrażam sobie nieprofesjonalnego podejścia zawodników w mojej drużynie. I nie boję się, że taka sytuacja zaistnieje. Zadbam po prostu o to, żeby wspólne wyjście piłkarzy było takie, jak być powinno. To moja cała odpowiedź.

Czego zatem życzyć panu na Nowy Rok?

Zdrowia! Kiedyś - zaczynając sezon, którego nie dokończyłem w Legii - powiedziałem w krótkiej ankiecie prasowej, że boję się tylko kontuzji… I trafił nam się covid, czyli coś, czego nawet nie można było sobie wyobrazić. I właśnie tylko takich spraw, na które nie mam wpływu, bardzo się obawiam. W meczu z Omonią nie mogłem przecież skorzystać z kilku piłkarzy, bo nagle wyeliminowały ich pozytywne wyniki testów na koronawirusa… Dlatego poproszę o życzenia zdrowia. I jeszcze… raz zdrowia! A z resztą będę musiał po prostu sobie poradzić.

Rozmawiał Adam GODLEWSKI

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Mistrzostwa w Polsce zwiększą popularność strzelectwa i rugby

Wideo

Materiał oryginalny: SPECJALNIE DLA NAS. Aleksandar Vuković: Nadrzędnym celem jest utrzymanie, ale mam też ustaloną premię za wywalczenie Pucharu Polski - Polska Times

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Kiedyś kibice ległej zabili kibica łks wyrzucając go z pociągu i robiąc na czole napis L - nie przeszkadzało to żydowskim [wulgaryzm]m tulić się do Ległej
Przejdź na stronę główną Kurier Lubelski
Dodaj ogłoszenie