Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Krasnale zgodne z regułami tradycji

Paweł Franczak
Współczesne krasnale na deskach Teatru Osterwy
Współczesne krasnale na deskach Teatru Osterwy Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie
Od publikacji kanonu polskiej krasnoludkologii, czyli "O krasnoludkach i sierotce Marysi" Marii Konopnickiej minęło aż 113 lat. Można się więc było obawiać współczesnej opowieści o krasnalach autorstwa Grażyny Lutosławskiej, którą w niedzielę po raz pierwszy pokazał Teatr im. J. Osterwy. Jednak "O dwóch krasnoludkach i jednym końcu świata" w reżyserii Krzysztofa Babickiego to sympatyczna opowieść, która w żaden sposób nie nadwyręża reputacji tych małych wzrostem, lecz wielkich sercem istot.

Wspomniane obawy nie wzięły się stąd, że tematyka się zestarzała - krasnale są przecież bardzo na czasie, co widać po ilości gipsowych pomników stawianych im w przydomowych ogródkach. Chodzi o coś przeciwnego: że poczciwe stworki trafią pod nóż postmoderny, że się unowocześnią, stechnicyzują albo - aż strach pomyśleć - urosną! Nic z tych rzeczy. Grażyna Lutosławska podeszła do krasnoludkowej tematyki z całym należnym jej szacunkiem. Krasnale w Osterwie (główni bohaterowie to rodzeństwo: Len i Lenka) były urocze, słodkie i hołdowały konserwatywnym regułom ich przodków: mieszkać trzeba w lesie, koniecznie w drewnianej chatce, pić malinową herbatę i raz na jakiś czas wpakować się w groźne, ale pouczające przygody.

W ten sposób dziennikarka Radia Lublin i autorka książek dla dzieci potraktowała młodego widza jak należy - nie obciążała go żadnymi pseudofilozoficznymi rozważaniami, nie tworzyła skomplikowanych profilów psychologicznych (a ostatnio mieliśmy taki przypadek w innym lubelskim teatrze). W "O dwóch krasnoludkach?" chodziło o rzeczy najprostsze, ale zarazem najważniejsze: przyjaźń, bratersko-siostrzaną miłość, szacunek do przyrody i do pracy, skromność.

Było też w sztuce nieco moralizatorstwa, które czasem przybierało dziwaczną formę. Bo o ile można zrozumieć zachętę do czytania książek, jako alternatywy dla Czesia z "Włatców Móch", to nie wiadomo czemu miała służyć ciągła demonizacja miasta. Zwłaszcza że kilkuletni widzowie to, było nie było, miejska publika.

Ważne, że całą historię opowiedziano w bardzo przyzwoity i przystępny sposób. Reżyser Krzysztof Babicki nafaszerował przedstawienie wpadającymi w ucho piosenkami autorstwa Janusza Grzywacza i z powodzeniem unikał dłużyzn. Także napotkane przez poszukujące końca świata rodzeństwo postacie były ciekawe, wyraziste i barwne. Spośród nich najwięcej ciepłych uczuć na widowni wzbudziła Hanna Pater w roli zakochanej w sobie Wrony, choć i Andrzej Redosz jako hałaśliwy Pies wywoływał salwy dziecięcego śmiechu. Z kolei dwójka głównych aktorów (Hanka Brulińska i Przemysław Gąsiorowicz) za wielki plus może poczytać sobie umiejętność nawiązywania kontaktu z publicznością i umiejętność przykucia jej uwagi. A że nie jest to rzecz łatwa wie każdy, kto miał do czynienia z hordą rozbrykanych maluchów.

Reasumując - obyło się bez ekstrawagancji, co dla jednych może być zaletą, dla drugich wadą. Z jednej strony, tego typu przedstawień są setki i nic nowego tu nie pokazano. Z drugiej, lepiej jest porządnie opowiedzieć znaną bajkę niż udziwniać na siłę. Bo tego, że dzieci takiej klasycznej gawędy są ciekawe można być pewnym: po każdym opuszczeniu kurtyny niecierpliwie biegły pod scenę, żeby podejrzeć co tam też się za nią kryje.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na kurierlubelski.pl Kurier Lubelski