Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Najpierw Gruzja, potem Ukraina… Felieton redaktora naczelnego

Wojciech Pokora
Wojciech Pokora
Tegoroczna Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa pokazała nam dobitnie, jakie miejsce w umysłach, bo już nie sercach, ludzi Zachodu zajmuje Ukraina po dwóch latach wojny. Jak podaje The Conversation, jeszcze w 2023 roku w ogłaszanym w Monachium wskaźniku ryzyka, pięć krajów G7 postrzegało Rosję jako największe zagrożenie dla bezpieczeństwa. Dziś to zdanie podzieliło jedynie dwóch członków G7. To niezwykle niepokojące dane i nie wróżą dobrze Ukrainie. Co się zmieniło od 2022 roku, że Rosja przestała być postrzegana jako zagrożenie, a Ukraina w sposób widoczny traci zainteresowanie i sympatię Zachodu?

Czynników jest wiele. Jednym z nich są niewątpliwie rosnące koszty wojny, co odczuwają gospodarki światowe. Ale nie tylko. Analitycy wskazują, że obecnie np. wyborcy we Francji i Niemczech znacznie bardziej niepokoją się masową migracją i radykalnym terroryzmem islamskim niż Putinem i jego agresją na Ukrainę. Do tego doszła wojna w Gazie i związana z nią destabilizacja sytuacji na Bliskim Wschodzie, wojna domowa w Sudanie i nasilające się konflikty w innych krajach afrykańskich, skutecznie odciągające uwagę od wydarzeń na Ukrainie. Oraz wszechobecna rosyjska propaganda, wymierzona w postrzeganie Ukrainy i Ukraińców przez społeczności zachodnie. Szczególnie widoczne jest to w ostatnich dniach w Polsce i przybiera niekiedy bardzo absurdalne formy.

Wysłuchałem niedawno na platformie X fragmentu wystąpienia dr. Artura Bartoszewicza, w którym padły takie słowa: „Dla mnie partnerską relacją byłby program obrazy za czołgi. We Lwowie jest wielka galeria lwowska, w której są najpiękniejsze obrazy polskie. Ja mówiłem od początku – jeden obraz, za jeden czołg. My dajemy wam czołgi, wy dajecie nam obrazy. Uważałem, że to było bardzo partnerskie, bardzo normalne”. Czy takie wystąpienia mieszczą się w ramach cywilizowanej debaty? Sądząc po reakcjach wielu internautów, tak. Pod tym wystąpieniem w internecie znalazła się rzesza osób, wskazująca na „roszczeniowość” Ukraińców i przypominających polskość Lwowa oraz znajdujących się w nim dzieł sztuki. Czym takie pomysły różnią się od niedawnych pomysłów znanych prorosyjskich polityków, nawołujących do odzyskania Lwowa przy okazji wojny z Rosją? Niczym, może poza skalą, bo w powyższym przypadku nie sam Lwów mamy odebrać, ale „tylko” dzieła sztuki. Wykorzystajmy okazję i ograbmy sąsiadów, bo przecież dziś potrzebują czołgów bardziej niż obrazów. Przypomnę tylko, że bez tych czołgów, obrazy w polskich galeriach także przestaną być bezpieczne.

Już przecież w polskiej przestrzeni publicznej pojawiają się hasła w sposób jawny nawołujące Putina do zrobienia porządku nie tylko z Ukrainą, ale i z Polską. Znany jest obrazek z protestu rolników, gdy jeden z protestujących przyczepił do ciągnika transparent o takiej treści. Dlaczego taki prowokacyjny transparent mógł się pojawić na proteście? Tu znów odwołam się do tej specyficznej części opinii społecznej, która obecna jest w mediach społecznościowych (zdaję sobie sprawę, że nie jest ona reprezentatywna dla całego społeczeństwa, ale oddziałuje na nie) – bo jest na to przyzwolenie i zapotrzebowanie. Komuś przecież zależy na tym, by Ukraina w swojej walce była osamotniona, komuś, kto jest stroną w tym konflikcie. A my bezwolnie się temu poddajemy. Oczywiście prowokacje pojawiają się po obu stronach i sprzyjają im ciągle wznawiane protesty w pobliżu granicy z Ukrainą. Z jakiegoś powodu każdy protest musi dziś dotyczyć granicy, nawet gdy postulaty protestujących bezpośrednio nie dotyczą Ukrainy. Bo zwróci się uwagę, bo zaszkodzi się Ukraińcom, których politycy przecież „nas oszukują” - jak był łaskaw w swoim wystąpieniu stwierdzić dr Bartoszewicz, którego opinia nie jest niestety odosobniona. Na poparcie tych tez przytacza się różne medialne wypowiedzi poszczególnych ukraińskich polityków (na tej samej zasadzie wypowiedziami różnych polskich polityków można poprzeć każdą, najbardziej absurdalną tezę), a gdy akurat takich nie ma, to internautów, by uzasadniać rosnące antyukraińskie nastroje w Polsce.

Gorącym głowom przypomnę, że zasadniczo medialnie eksponowane wypowiedzi poszczególnych ukraińskich polityków czy internautów nie zmieniają sytuacji polityczno-militarnej Ukrainy, Polski i Europy w obliczu rosyjskiej agresji militarnej. To, że ktoś coś powiedział, często w emocjach, starając się na nowo zwrócić oczy świata na broniącą się (i nas) Ukrainę, nie zmienia celów strategicznych Kremla, więc też nie usprawiedliwia zmiany nastrojów w Polsce na prorosyjskie. Przypomnę, Rosja nie zmieniła kursu od 2014 roku. Ba, nie zmieniła go od 2000 roku. Więc jakie to ma znaczenie, które wypowiedzi Wołodymira Zełenskiego stają się medialne, oczywiście poza znaczeniem propagandowym? Zasadnicze cele Moskwy są imperialne i gdy uda się pokonać Ukrainę, będą realizowane w naszej części Europy. Tego możemy być pewni. Bo najpierw Gruzja, potem Ukraina, a na końcu zapewne i Polska.

od 7 lat
Wideo

Uwaga na Instagram - nowe oszustwo

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na kurierlubelski.pl Kurier Lubelski