Wsłuchując się w naturę: trębacz-pielgrzym na ekumenicznym szlaku

Michał Dybaczewski
Michał Dybaczewski
Piotr Damasiewicz to wybitny polski trębacz, czołowy przedstawiciel sceny awangardowej, zdobywca Fryderyka w kategorii Jazzowy Debiut roku 2012 Aleksandra Żołnacz
Piotr Damasiewicz to wybitny polski trębacz, czołowy przedstawiciel sceny awangardowej, zdobywca Fryderyka w kategorii Jazzowy Debiut roku 2012. Rozmowa z nim miała w być w założeniu krótka i dotyczyć specjalnego projektu realizowanego na potrzeby 12. edycji Lublin Jazz Festiwal. I faktycznie, od tego rozmowa ta się zaczęła, ewoluowała jednak w ciekawym kierunku stając się rozważaniem iście filozoficznym.

Tradycją Lublin Jazz Festiwal jest interpretacja klasyki polskiego jazzu przez przedstawicieli sceny współczesnej. Tym razem padło na Ciebie i „Seant” Andrzeja Trzaskowskiego. Skąd wyszła idea tego przedsięwzięcia?

To był pomysł pani Barbary Luszawskiej z Impresariatu Centrum Kultury. Zostałem zaproszony do tego projektu, odpowiedziałem pozytywnie i zabraliśmy się za to. W którymś momencie pojawiło się nazwisko Davida Murrey’a, amerykańskiego saksofonisty, którego pani Basia bardzo chciała zaprosić na festiwal i zastanawiała się w jakiej konstelacji mógłby wystąpić. Pojawił się pomysł, żeby wystąpił jako gość specjalny, tak jak na płycie „Seant” Trzaskowskiego gościem specjalnym był trębacz Ted Curson, który zastępując osobę Tomasza Stańki wystąpił obok polskich jazzmanów.

Przyjechałeś do Lublina kilka dni przed koncertem by na próbach „szlifować” materiał. Jak wyglądały od strony technicznej przygotowania nad interpretacją legendarnego albumu Andrzeja Trzaskowskiego?

Spisaliśmy materiał nuta w nutę – tematy, funkcje, linie basowe – tak żeby mieć materiał stanowiący punkt wyjścia do interpretacji. Oryginalnego zapisu niestety nie posiadaliśmy. Podeszliśmy do sprawy bardzo rzetelnie żeby wiedzieć co robimy, z czego wychodzimy i dokąd idziemy. Nie mieliśmy założenia żeby dzieło Trzaskowskiego wywrócić do góry nogami, ale zagrać je tak, żeby zatrzymać ducha lat 60-tych i jednocześnie dodać nasze indywidualne języki wyrażone w improwizacji. Muszę dodatkowo powiedzieć, że przy okazji tego projektu miałem rozmowę telefoniczną z Włodzimierzem Nahornym i razem z mistrzem doszliśmy do wniosku, że ta interpretacja musi być zagrana przez nas bardzo osobiście – tak jak my to widzimy i słyszymy dzisiaj, bo wtedy ta muzyka przechodzi do kolejnego etapu, kolejnego pokolenia. Na koniec naszej rozmowy Nahorny dał mi swoje błogosławieństwo, żebyśmy „Sean” odczytali wedle własnego gustu.

A jak już po koncercie oceniasz efekt końcowy?

Jestem zadowolony. Wykonaliśmy kawał dobrej roboty. Materiał nie należał do najprostszych. Sporo musieliśmy „pogrzebać”. Chcieliśmy żeby tematy brzmiały tak samo jak na płycie. Wiadomo że nie wszystko wyszło w stu procentach, tak jak byśmy chcieli, ale daliśmy z siebie wszystko. Najważniejsza była energia i muzyka. To się wydarzyło. Materiał nas nie przytłoczył, ale zmotywował i zainspirował, a to był myślę największy sukces. Pojawiła się chemia i energia między nami, to się liczy.

A jak reinterpretację „Seant” ocenił David Murrey?

Davidowi bardzo spodobała się muzyka i koncept, a także to jak podchodzimy do grania i pracy. Akceptował wszystko i szybko się dopasował. Można było odczuć, że ten rodzaj pracy jest dla niego naturalny. Już po pierwszym dniu podczas spaceru powiedział, że to dobra muzyka, dobre aranżacje.

W Lublinie gościsz dość często biorąc udział w różnych projektach z naszym Tatvamasi. Kilka miesięcy temu wyszła ich improwizowana płyta Muzyka Ucha Trzeciego, świetnie przyjęta przez krytyków. Uczestniczyłeś w tych koncertowych sesjach. Jakie masz odczucia ze współpracy z Tatvamasi?

Moja ulubiona ekipa (śmiech). Świetni muzycy. Każdy wyrazisty, każdy z innego backgroundu, inną osobowością, ale z dużym szacunkiem do siebie nawzajem i do tego co się robi. Wiadomo że całościowo trzyma to w garści Grzegorz Lesiak, ale kooperatywa działa muzycznie bardzo kolektywnie i ten koncept jest poszerzony zawsze o koloryt każdego z muzyków. Lubię chłopaków zarówno od strony muzycznej, za swobodę i chęć niepardonowego przekazu, a także od strony interpersonalnej, bo jest u nich naturalna chęć przebywania ze sobą i tworzenia prawdziwych relacji. W Tatvamasi urzeka mnie to, że ta sytuacja jest prawdziwa, ma swoją historię i kontynuację.

Sam mówisz o sobie, że jesteś muzykiem będącym „poza” – poza układami i mainstreamem. Wyrazem tego jest założone przez Ciebie wydawnictwo L.A.S. Przybliż jego ideę.

Stworzyłem własne wydawnictwo L.A.S. Jej założeniem jest zbliżanie słuchacza do artysty i angażowanie go w proces twórczy. Filozofia L.A.S. wyraża się w sześciu sentencjach: listening and sounding, looking and seeing, learning and surviving, living and synchronising, liberty and synergy, love and stream. Mam grupę ludzi, z którymi współpracuje, wydaliśmy już kilka płyt – ostatnią była „Watra” nagrana z góralami z Suchej Beskidzkiej. Jest intensywnie bo mam już materiał na kolejne albumy, m.in. z mojej pieszej pielgrzymki do Santiago de Compostela w Portugalii, Prowansji, czy pobytu w Afryce, gdzie grałem z muzykami etnicznymi.

Paradoksalnie właśnie teraz kiedy głośno i namacalnie zaakcentowałeś swoją niezależność trafiłeś na okładkę mainstreamowego Jazz Forum. Zdziwiłeś się tym?

Tak, był to niewątpliwie paradoks (śmiech). Zainteresowanie moją twórczością wzrosło – ale nie tylko dzięki Jazz Forum, ale również JazzPress i RadioJazz. Korzystam aktywnie z mediów społecznościowych i między innymi mój apel do fanów sprawił, że wydana pod koniec grudnia płyta „Śpiwle”, choć nie była wówczas jeszcze zrecenzowana przez krytyków, została uznana przez czytelników miesięcznika Jazz Press płytą roku 2020.

Lublin na kilka dni zamieni się w cyrkową scenę. W czwartek ...

Wspomniany przez Ciebie L.A.S. to tak naprawdę „wierzchołek góry lodowej”, niejako namacalny wyraz twoich poszukiwań. Zasadniczą rolę w formowaniu twojego podejścia do twórczości odegrała wspomniana już pielgrzymka piesza do hiszpańskiej Galicji, do Santiago de Compostela, którą odbyłeś dwa lata temu.

Przed pielgrzymką do Santiego de Compostela była podroż do Prowansji i Afryki. W Prowansji znalazłem kaplicę, gdzie towarzyszyły mi cykady, mewy, rybitwy. Tam poprzez modlitwę doznałem przebudzenia duchowego: przed sobą, przed Bogiem. Afryka z kolei otworzyła mnie na organiczny i ekspresyjny wymiar. Po powrocie z Afryki, mając już wcześniejsze doświadczenia, ruszyłem intymną drogą, na półroczną samotną pielgrzymkę pieszą – od Korczowej do Santiego de Compostela.

Mówisz o pielgrzymce w kontekście szerszym jako o wędrówce, czy w kontekście katolickim?

Raczej w szerszym, ale idąc miałem świadomość, że idę jako chrześcijanin. Wybrałem drogę ekumeniczną św. Jakuba by być otwartym na inne kultury i religie. Odwiedzałem świątynie różnych wyznań chrześcijańskich, ale także synagogi, a udało mi się także odwiedzić meczet.

Udało ci się zagrać we wszystkich świątyniach, w których chciałeś zagrać?

W meczecie oczywiście nie, choć spędziłem z imamami czas na modlitwie i nagrałem ich. Generalnie odmawiano mi kilka razy, i to nawet nie z przyczyn ideowych, ale raczej personalnych – ktoś akurat nie miał ochoty na taką sytuację, lub za późno przyszedłem i takie nagranie mogłoby spowodować zamieszanie. Jednak w ponad stu trzydziestu miejscach udało mi się zagrać. Spotkałem wielu dobrych ludzi, byłem zdeterminowany, nakręcony i dzięki temu udało mi się nagrać materiał w miejscach, w których wydawało się to niemożliwe, m.in. w samej Katedrze w Santiago de Compostela, gdzie w zasadzie przyszedłem prosto z ulicy i prośba o zrealizowanie nagrania obok grobie św. Jakuba wydawała się wręcz nonsensowna. A jednak się udało.

Z tego co mówisz to ta pielgrzymka wykraczała znacząco poza sferę muzyczną.

Ta droga miała cholernie symboliczny wymiar. Dźwięk dźwiękiem, ale ważne były indywidualne poszukiwania, zebranie swoich myśli, stanięcie przed Uniwersum, przed Bogiem. Pielgrzymi mają różne intencje, ja pielgrzymowałem po swojemu. Rozmawiałem z wieloma duchownymi, zupełnie spontanicznie, bez żadnych założeń, że coś trzeba lub muszę. Trafiałem akurat na duchownych, którzy mieli duże wyczucie i myślę, że ta moja wizyta miała symbiotyczny charakter i zmieniała nie tylko mnie, ale również ich.

Twoja pielgrzymka chrześcijańskim szlakiem jest w środowisku jazzowym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły. Nie ma co ukrywać – na taką deklarację stać może byłoby poza tobą jeszcze dwóch, trzech muzyków. Nie obawiałeś się ostracyzmu ze strony środowiska?

Byłem tego świadomy, ale czułem że moja potrzeba jest ponadczasowa – dotyczy tego co przeżyłem dwadzieścia lat temu i co przeżyję za dwadzieścia lat i absolutnie nie ma nic wspólnego z tym, co obecnie dzieje się w polityce i religii, która po części jest upolityczniona. Ja w swojej pielgrzymce odnosiłem się do tego, czym żyli nasi dziadowie, pradziadowie, co jest źródłem pewnych sytuacji, co należy szanować i czego mieć świadomość. To wszystko. Nie może być tak, że obecna sytuacja będzie powodem zanegowania całego dorobku wypracowanego przez tysiące lat. Byłem w tej drodze otwarty na to by poznać kondycję duchową, nie tylko swoją, ale innych ludzi, czy ogólnie Europy. Starałem się okazywać szacunek, nie osądzać, nie być zorientowanym wyłącznie na jedną ideę. Jeśli ktoś był nastawiony na rozmowę, modlitwę, czy medytację to starał się dzielić z nim swój czas.

Uogólniając: do jakich wniosków doszedłeś dzięki tej półrocznej pielgrzymce?

Przejście tych ponad czterech tysięcy kilometrów uświadomiło mi, że muszę iść jakąś drogą, ale nie może być to droga wyznaczona przez czynniki zewnętrzne, np. rynek muzyczny, ale determinantami muszą być wartości, które mi zawsze towarzyszyły i pierwotne intencje. Pielgrzymka do Santiago de Compostela dala mi siłę i uświadomiła, że moja droga tak naprawdę dopiero teraz się rozpoczęła, droga „tak, tak; nie, nie”, bez dryfowania pomiędzy, bez płynięcia w ustanowionym przez kogoś nurcie. Utwierdziła mnie też w tym, że ideologie nie mają znaczenia, ale znaczenie mają ludzie i ich otwarte serca. Od Korczowej po Santiago spotkałem na tej drodze katolików, grekokatolików, ewangelików, luteran, baptystów, żydów, muzułmanów i widziałem albo otwarte serca i umysły chcące dojść do oświecenia, albo zatrzymanie na sztywnych zasadach i zagubienie się w nich.

Już tak na koniec – jakie szanse ma dorobek przeszłości w zderzeniu z postnowoczesnością? Jaki może być wynik tej batalii?

Pewne tradycje zostaną utrzymane, a pewne nie – choć nie jestem w stanie wskazać konkretnie które. Prastare rzeczy ustanowione kilka tysięcy lat temu działają i będą zawsze działać, są po prostu uniwersalne, ale my współcześnie musimy się na nowo zacząć wsłuchiwać w swój głos wewnętrzny, spędzać ze sobą czas, odrzucać pewne rzeczy, widzieć coraz więcej, a jak boli to zostawić. Wyłączmy Internet i wsłuchujmy się w naturę, słuchajmy wibracji, bo muzyka i słowa są wibracją, a przecież na początku było słowo.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie